> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№58 kwiecień 2009

Kompleksy i konteksty („Der Baader–Meinhof Komplex” Uliego Edela) Emilia Walczak

W zeszłym roku minęła okrągła, 40. rocznica wydarzeń roku ’68 na świecie. Dało się słyszeć głosy, że już najwyższa pora na nową rewolucję, bo i sytuacja na globalnej wiosce jest podobna jak wtedy. Nie ma Wietnamu, jest za to Irak; konflikt izraelsko-palestyński pozostaje ten sam, ale właśnie się nasila; fala brutalnego korporacjonizmu zalewa świat, a rytm życia ludzi wyznacza konsumpcja, i tak dalej. Tymczasem właśnie leci 41. roczek od pamiętnego ’68, a rewolucji nadal ni widu, ni słychu. Są tylko filmy o wolnościowych rewoltach, co jest chyba jakimś symptomem zapotrzebowania na przewrót, choćby i obraz przewrotu na ekranie. I tak, mieliśmy niedawno „Milka” Gusa Van Santa, teraz mamy „Der Baader–Meinhof Komplex” Uliego Edela, którego to filmu tekst ten będzie dotyczył, a wkrótce do kin wejdzie „Che” Stevena Soderbergha.

W kinie podczas seansu z „Der Baader–Meinhof Komplex” towarzyszyły mi jeszcze – jedynie – trzy osoby, a szkoda, bo tegoroczne jego nominacje w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” do Oscara, Złotego Globu i nagrody BAFTA są jak najbardziej zasłużone i miarodajne – przeczuwam, że będzie to jedna z lepszych premier 2009 roku. Ale chodzi nie tylko o to, że jest to film „dobrze skrojony” – z fenomenalnymi zdjęciami, zgrabnie zmontowany, profesjonalnie zagrany, utrzymujący uwagę widza przez dwie i pół godziny, i tak dalej, i tak dalej. Chodzi o całą masę jego kontekstów interpretacyjnych – tych zamierzonych przez twórców filmu i tych całkiem przypadkowych – a taką wielowarstwowość odbioru cenię sobie w kinie najbardziej. I pomimo że gra tu iście zjawiskowa Martina Gedeck (tytułową rolę Ulrike Meinhof), znana z „Życia na podsłuchu” Floriana Henckla von Donnersmarcka (niem. „Das Leben der Anderen”, czyli: „Życie innych” – polskie tłumaczenie tytułu jest zwykłą fuszerą, pozbawiającą widza jednego z najważniejszych kluczy interpretacyjnych tegoż filmu, podobnie zresztą jak funkcjonujące u nas „Baader–Meinhof”, wykluczające z tytułu arcyważne słowo: „Komplex”!) – to z tamtym miałkim filmikiem nie ma na szczęście „Der Baader–Meinhof Komplex” już żadnych punktów stycznych. Nowe kino niemieckie rehabilituje się!

Zacznijmy od pewnego zbiegu okoliczności. Przed filmem w kinie raczono nas trailerami różnych najświeższych ekranizacji, w tym wspomnianego „Che”, gdzie padły z ekranu znamienne słowa, iż każda rewolucja rodzi się z miłości. I również z miłości zrodził się w filmie Uliego Edela RAF! I z tego też między innymi względu, iż mamy tu do czynienia z, w pewnym sensie oczywiście, sytuacją jak w „American Gangster” Ridleya Scotta – że sympatią darzymy raczej „tych złych” – obraz Edela wzbudził jeszcze przed swą oficjalną premierą wiele kontrowersji, żeby nie powiedzieć, że wręcz skandal obyczajowy, zwłaszcza we Włoszech, przez które przetoczyła się cała fala protestów przeciwko dystrybucji filmu.

Oto powody. Nie dość, że scenariusz, a później film, zostały skonstruowane tak, aby widz był raczej po stronie Andreasa Baadera (po „Cząstkach elementarnych” Oskara Röhlera Moritz Bleibtreu chyba już na zawsze pozostanie w szufladce: „grający niezrównoważonych typów”!) i jego ludzi, to jeszcze jest miejscami „Der Baader–Meinhof Komplex” wręcz gloryfikacją ich frakcji. Po zamachu dokonanym przez ultraprawicowca Josefa Erwina Bachmanna na lewicowym aktywiście Rudim Dutschkem – zamachu symbolicznie zrównanym tu z zamachami na JFK i Martina Luthera Kinga – bunt lewicujących młodych intelektualistów eskaluje. Powstaje RAF. Po ukazaniu na ekranie ataku na wydawnictwo Axla Springera, w którym uczestniczy też młoda Ulrike Meinhof, wtedy jeszcze wahająca się przed dokonaniem tak „prozaicznego” w porównaniu z późniejszymi czynu, jak rzucenie kamieniem w szybę, Uli Edel wprowadza do filmu ciąg archiwalnych zdjęć przedstawiających w tonie elegijnym najważniejsze wydarzenia roku ’68 – zbrojenia w USA i wojnę w Wietnamie, zamachy na Kinga i JFK właśnie, hippisowską rewoltę i tak dalej, a wszystko z monumentalną muzyką w tle – utworem „Child in Time” Deep Purple! Później mamy też zresztą między innymi „My Generation” The Who, a film otwierał przecież słynny „Mercedes Benz” Janis Joplin – Edel wybrał więc kultowe utwory kojarzące się z buntem lat sześćdziesiątych, mocno osadzając tym samym swe postaci w kontekście ówczesnej obyczajowości i ówczesnego krytycznego myślenia w perspektywie hippisowsko-anarchistyczno-lewicowej.
Owi krytycznie myślący, lewicujący młodzi ludzie zmieniają się w filmie niemieckiego reżysera w męczenników, jak choćby hippis krzyczący po ataku na wydawnictwo Springera: „Wietnam! Wietnam!” albo zmarły w więzieniu po wycieńczającym strajku głodowym Holger Meins (Stipe Erceg) – obaj przypominają wyglądem Chrystusa (sic!). To jest właśnie ta mogąca razić widza stronniczość Edela. Lecz moim zdaniem taki ruch miał być po prostu próbą spojrzenia na członków RAF-u jak, po pierwsze, na ludzi, a po drugie, sięgając głębiej – jak na tragiczne postaci, które miały przecież dobre ideały i intencje, lecz w zderzeniu ze ścianą rzeczywistości uległy one wypaczeniu i wszystko wymknęło się spod kontroli, a nie z kolei jak na terrorystów-bezmózgie maszyny do zabijania niewinnych obywateli Niemiec, i nie tylko – jak funkcjonują we wszelkich źródłach historycznych i w świadomości ludzkości. Swoją drogą, dokładnie takiego samego „odczarowania” paradygmatu myślenia o historii kraju – tyle że w odwrotną stronę – chciał dokonać u nas ostatnio Paweł Chochlew filmem „Tajemnica Westerplatte”, lecz działania te zostały skutecznie ukrócone...

Największą męczennicą, ale taką, której autentycznie żałujemy, a może nawet ronimy łezkę nad jej smutnym losem, jest w „Der Baader–Meinhof Komplex” Ulrike. Trochę jak w powieści Steve’a Sem-Sandberga „Teresa”, ale bardziej jak w sztuce „Ulrike Maria Stuart” Elfriede Jelinek – bo mimo że ta (wystawiona w Polsce w Aneksie do VI Festiwalu Prapremier w 2007 roku w Bydgoszczy w przez Thalia Theater z Hamburga) z jednej strony rozprawia się z mitem RAF-u w sposób prześmiewczy, to jednak, mimo wszystko, nazywa Meinhof Marią Stuart, wskazując tym samym na tragizm tej postaci. To Ulrike, nie kto inny, w „Der Baader–Meinhof Komplex” zostawia wszystko i wszystkich, z własnymi dziećmi włącznie, i z lewicowej, powszechnie znanej i szanowanej dziennikarki „Konkretu” zmienia się w dysydentkę i, było nie było, terrorystkę-kryminalistkę. Albo mówiąc inaczej, zdradzona przez męża, upokorzona, rzuca się w ramiona Rewolucji, która wszystkie (swe) dzieci kocha, lecz na koniec i tak je pożera, równie zapalczywie i brutalnie jak Saturn na obrazie Francisca de Goi. Bo w filmie Edela, w ostatecznym rozrachunku, również ta nowa terrorystyczna „rodzina” Ulrike uznaje ją za czarną owcę, wymierzając weń ostrze palącego ostracyzmu. Meinhof nie jest w stanie znieść tej sytuacji i w więzieniu popełnia samobójstwo… Co ciekawe, w tym właśnie miejscu stronniczość twórców filmu znacznie maleje – mogli bowiem pokazać, że Ulrike została po prostu „zlikwidowana”, wszak okoliczności śmierci Meinhof po dziś dzień nie są jasne.
Być może Edel znał sztukę Jelinek, istotnie czyniąc z Meinhof w swym filmie Marię Stuart, szykanowaną co i rusz przez choleryczną Gudrun Ensslin (Johanna Wokalek), i tym samym jest to jeden z tych, rzeczonych wcześniej, zamierzonych kontekstów interpretacyjnych danych widzom-erudytom w prezencie. Ale na pewno nie mógł przewidzieć pewnej sytuacji, jaka miała miejsce u nas, w Polsce, kilka tygodni temu…

Sytuacja 1. Niemcy, Berlin, początek filmu. Pokojowa demonstracja lewicowych aktywistów przeciwko obecności w Berlinie irańskiej pary książęcej zamienia się w krwawe zamieszki. Powód? Policja nie stawia się w obronie manifestujących swe prowolnościowe poglądy Niemców, a w zasadzie popiera – w teorii i praktyce – atakujących ich niespodziewanie Irańczyków z SB „Savak” – porządnych facetów w garniturach, przeciwstawionych hippisowskim obszarpańcom. Efekt? Był to początek rewolucji, narodziny ruchu „Baader–Meinhof” (potem RAF), który później po tysiąckroć zrewanżował się uprawiającym tego typu politykę. Politykę państwa policyjnego.
Sytuacja 2. Polska, Białystok, początek marca. Relacja białostockiej „Gazety Wyborczej”: Młode małżeństwo, które wybrało się […] na zakupy do białostockiego centrum handlowego Galeria Biała, z pewnością nie spodziewało się zagrożenia. Mąż – obywatel Szwecji, żona – również obywatelka Szwecji, ale pochodzenia kubańskiego, studentka I roku na wydziale medycznym Uniwersytetu w Białymstoku. Przechadzając się pomiędzy sklepowymi butikami, zostali zaczepieni przez trzech wyrostków. Chuligani zauważyli, że kolor skóry dziewczyny różni się od nich i jej męża, rozpoczęli więc popis rasistowskiej agresji. Zaczęło się od wulgaryzmów, szyderstw i śmiechu. Po chwili z ust agresorów zaczęły lecieć rasistowskie hasła, jak np. „white power”. Studentka, nie znając dobrze języka polskiego, próbowała uspokoić sytuację i nawiązać jakąś rozsądną rozmowę w języku angielskim. Bez skutku. […] Z każdą chwilą awanturnicy nabierali pewności siebie. W pewnym momencie, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, jeden z nich uderzył dziewczynę w twarz. Nie tracąc zimnej krwi, studentka odepchnęła napastnika i uderzyła go trzymaną w ręku reklamówką z zakupami. W tym czasie mąż poszkodowanej starał się odpędzić pozostałych dwóch atakujących. […] Całe wydarzenie rozegrało się w godzinach popołudniowych w jednej z największych galerii w Białymstoku. Codziennie przepływa przez nią tłum osób. W chwili incydentu żaden z przechodzących obok ludzi nie zareagował na krzywdę dręczonego małżeństwa. Nie interweniowała też ochrona.

Ten artykuł przypomniałam sobie oglądając „Der Baader–Meinhof Komplex”. Co prawda w Polsce za sprawą białostockich rasistów nie wybuchła rewolta, bo – całe szczęście że – ochrona nie przyłączyła się do złoczyńców, ale jednak – stała i przyglądała się zajściu, miast interweniować, co do jej obowiązków należy. Sytuacja zatem, do pewnego stopnia, powtórzyła się – wszak niemiecka policja też wtedy nie interweniowała – co może być dowodem na to, że faktycznie co 40 lat historia zatacza koło. Niezaprzeczalną prawdą jest, że mamy dziś na świecie podobne jak wówczas nastroje – nastroje rozczarowania, wyczerpania i buntu. I mimo że rewolucja w praktyce nadal nie nadeszła, to na kinowym ekranie mamy dziś liczne jej symulakra, będące wizualizacjami naszego pragnienia zmian. Symulakra jakościowo lepsze i gorsze. „Der Baader–Meinhof Komplex” zdecydowanie należy do tych pierwszych.

© 2009 Emilia Walczak

verte.art.pl > Film > Recenzje > Kompleksy i konteksty („Der Baader–Meinhof Komplex” Uliego Edela)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski