Amerykanie lubują się w filmach, które dobrze znają. Wydaje się, że Hollywood stanowi ośrodek krystalizacji bohaterów, którzy raz stworzeni nie opuszczą srebrnego ekranu nigdy. Będą powracać o kilka lat starsi/bogatsi/młodsi w następnych sequelach, prequelach, lub staną się nienaruszalnym wzorem dla innych postaci, których jedyną cechą indywidualizującą będzie imię. Zastanawiające jest, że wraz z transferem tego samego typu bohatera do kolejnego filmu, dokonuje się równoczesne przeniesienie obrazu świata. Ten ostatni jest bowiem w filmach amerykańskich głównego nurtu niepoddawany jakimkolwiek zmianom. Przykładem dla powyższej tezy jest „Iron Man”, ekranizacja komiksu w reżyserii Jona Favreau’a, skupiająca w sobie jak w soczewce wszystkie właściwości filmu traktującego o superbohaterze.
Amerykanin Francis Fukuyama na początku lat 90. ogłosił „koniec historii”. W myśl jego tezy, wraz z upadkiem ZSRR era totalitaryzmów i wojen miała ustąpić miejsca liberalizmowi — nowej drodze prowadzącej do powszechnej szczęśliwości. I świat, i „Iron Man” obnażają pomyłkę Fukuyamy. Historia znaczona kolejnymi wojnami wcale nie dobiegła końca, a żaden system ekonomiczno-polityczny (a tym bardziej ONZ) nie wyręczy nadczłowieka w przywróceniu porządku na świecie.
Amerykańskie filmy konsekwentnie kreują obraz rzeczywistości, nad którą politycy nie potrafią zapanować, i dlatego też sytuują się na jej marginesie. Dyplomaci nie potrafią zdiagnozować stanu świata i w stosunku do superbohaterów stają się przeżytkiem. Może są dobrzy w czasach pokoju, ale na czas wojny potrzebny jest ktoś zupełnie inny.
Tony Stark (Robert Downey jr.), podobnie jak Bruce Wayne — Batman i Peter Parker — Spiderman, jest typowym bohaterem czasu wojny: młody, przystojny, pozbawiony skrupułów, czasem cyniczny. Ponadto, w przeciwieństwie do Spidermana, który jest postacią statyczną, gdyż przemiana, jaką przechodzi, jest wyłącznie pozorna, Stark to osobowość dynamiczna ulegająca przeobrażeniu pod wpływem doznanego nieszczęścia. Superbohater nie może być typem analitycznym — filozof bowiem na nic się w Afganistanie nie przyda. Stark głównie działa, bo w podejmowanych przez niego akcjach kryje się istota superbohatera. Postępowanie Starka w większości przypadków stanowi zaprzeczenie prawa, ale nie jest to jego wybór — wojna narzuca swoje warunki, i ten, kto chce zwyciężyć, musi na te warunki przystać.
Superbohater ma szansę na wygraną wtedy, gdy nie działa w pojedynkę. Samotna, wyalienowana postać wzbudza w widzu amerykańskim pewnie więcej współczucia niż podziwu, tak więc Stark, Wayne i Parker muszą mieć przyjaciół/pomocników (Potts w „Iron Manie”, Robin i BatGirl w „Batmanie”). Ale oprócz nich bohater zdaje się, przede wszystkim, na naukę. Twórcy „Irona Mana” swoją niezachwianą wiarę w nieustający postęp techniki wyrażają niemalże w każdej scenie filmu. Konfliktu nie można rozwiązać w sposób pokojowy, bo wróg jest dziki (ostatnio jest, głównie, Arabem) i tylko karabin najnowszej generacji operuje wystarczającą siłą, by się go pozbyć. W filmach amerykańskich celem nie jest zmiana postawy naczelnego wroga, ale uśmiercenie go. Dominuje przekonanie, że zło nie jest wcale brakiem dobra, ale po prostu samym, niezmiennym, złem i jedyne, co można zrobić, to zniszczyć je.
Zło rodzi się w Ameryce, ale Ameryka posiada w sobie siłę, aby je zniszczyć. Mit USA jako krainy czystej i niewinnej jest obecny w „Iron Manie”. Obadiah Stane, grany przez Jeffa Bridgesa, jest wspólnikiem Starka, w rzeczywistości przeciwko niemu spiskującym. Obadiah dąży do maksymalizacji zysków nie zważając na koszty. Liczą się wyłącznie pieniądze i dla nich jest w stanie zrobić wszystko, łącznie ze zdradą przyjaciela.
Poprzez wprowadzenie postaci Obadiah twórcy filmu przyznają, że Ameryka jest skorumpowana od wewnątrz, że „źle się dzieje w państwie duńskim”, ale Fortynbras nie jest potrzebny. Amerykanie swoje problemy rozwiązują sami i w przeciwieństwie do innych krajów (np. Afganistanu, Iraku czy Sudanu), nie uciekają się do pomocy z zewnątrz. Potęga Stanów to siła i wiara w dobro ich obywateli. Póki tych prawych ludzi nie zabraknie, Ameryka pozostanie krainą czystą, i pomimo że skażoną złem, to tym złem trwale niezatrutą.
W „Iron Manie”, jak i w „Spidermanie”, amerykańska flaga eksponowana jest w kadrze wiele razy. Zaskakuje ów patriotyzm w czasie, gdy coraz częściej mówi się o globalizmie i powstaniu jednego, ponadnarodowego państwa europejskiego. Wydaje się, że poprzez ciągłą obecność czerwono-biało-niebieskiej flagi Amerykanie dążą do podkreślenia własnej odrębności i wyjątkowości. Tak jakby do kraju za oceanem zmierzch ogłoszony prawie sto lat temu przez Spenglera i przynależny kulturze krajów europejskich, nie dotarł, a młode, witalne państwo, budowane rękami osadników, którzy Stary Świat zostawili za sobą, z ufnością patrzy w przyszłość.
Osadnicy kolonizowali rozciągające się po horyzont przestrzenie Dzikiego Zachodu, a ich trudy stały się w latach 30. i 40. XX wieku podstawą westernów. Dzisiaj ten gatunek filmowy raczej rzadko gości w kinach, ale za jego swoistą mutację można uznać serie traktujące o superbohaterach. W przypadku „Iron Mana” szeryfa Willa Kane’a, bohatera kultowego „W samo południe”, zastąpił przemysłowiec Tony Stark, a blondwłosą żonę Kane’a, kwakierkę, równie blondwłosa Potts. Zmiana jest jednak zasadnicza: wróg w XXI wieku pozostaje nieuchwytny, a jego tożsamość nieweryfikowalna, walka natomiast rozgrywa się, przede wszystkim, w krajobrazie miejskim, będącym naturalnym środowiskiem człowieka.
Natura jest przedstawiana w owych filmach jako wtórny habitat człowieka. Ludzie mieszkają w miastach i tylko tam czują się bezpiecznie, gdyż pustynia i las to potencjalna kryjówka wroga. W małych wioskach znajdujących się poza granicami miast żyją ludzie dzicy i biedni, jak wynika z „Iron Mana”. Miasto to bowiem domena cywilizacji: zamieszkujący je ludzie zajmują się sztuką i nauką, a do świata nastawieni są pokojowo. Dom, w którym mieszka Stark, jest symbolem podejścia współczesnego człowieka do natury. Willa, usytuowana nad przepaścią i otoczona wodą, konstytuuje przestrzeń jego wpływów. Ujarzmia naturę i potwierdza dominację Starka nad rozciągającym się krajobrazem. Wydaje się, że taki stosunek do natury stanowi dowód niepewności człowieka, co do jego własnej siły, skoro potrzebuje jej tak widocznych i trwałych oznak.
Pepper Potts, bohaterka grana przez Gwyneth Paltrow, jest emblematyczna dla postaci kobiecych w filmach o superbohaterach. Potts przypomina Alfreda z serii o Batmanie, jest żeńskim odpowiednikiem majordomusa albo karykaturą żony. Pierze, prasuje, wynosi śmieci, odprowadza do drzwi kochanki oraz prowadzi (napięty) grafik spotkań swojego pracodawcy, Starka. Innymi słowy, zakres obowiązków kobiety dotyczy spraw domowych. Wie o podwójnej tożsamości Starka, ale o produkcji broni nie posiada najmniejszego pojęcia i wcale jej nie zależy, by dowiedzieć się czegokolwiek. Jest dumna z faktu, że zna, lepiej od Starka, jego numer ubezpieczenia. Wszak, według jej własnych słów, bez niej by zginął.
Amerykańska kobieta głosuje na republikanów — taki wniosek można wysnuć po nawet pobieżnym zakreśleniu jej wizerunku. Potts tańczy ze Starkiem na balu charytatywnym, ale już po chwili martwi się, co pomyślą sobie inni… Reputacja Starka jako kobieciarza jest bowiem powszechnie znana i Potts nie chce zostać uznana za jedno z jego trofeów. Z drugiej strony, na ten sam bal przyszła bez partnera (Stark, niespodzianie, dołączył później), ubrana w „sukienkę bez pleców”. Łączy w sobie przeciwieństwa: jest zarazem konserwatywna w głoszonych przekonaniach i wyzywająca w ubraniu (zawsze chodzi na niewiarygodnie wysokich szpilkach, nawet w sytuacji największego zagrożenia!). Potts jest projekcją marzeń scenarzysty, wyśnioną przez chłopców żywą lalką, która nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Obraz kobiety w „Iron Manie” jest głęboko zafałszowany.
Wizerunek Potts w jakiś sposób jest odzwierciedleniem męskich lęków przed świadomą samej siebie kobietą. W „Iron Manie” prawo do wzroku i głosu przynależy mężczyźnie, ona spełnia rolę wytresowanego wykonawcy poleceń. Stark jest znanym podrywaczem, ale na dobrą sprawę nie wiadomo, kogo uwodzi, bo kobieta pragnień seksualnych nie posiada. Po obejrzeniu „Iron Mana” wydaje się, że idealna sytuacja to taka, gdy kobieta rozwija się biologicznie, ale nigdy umysłowo.
W przeciwieństwie do swojego szefa, Potts nie błyszczy kreatywnością. Charakteryzuje ją sumienność, pracowitość, zaradność. Własnych ambicji i marzeń nie posiada. Jej rolą jest wspierać Starka, dlatego też na nim koncentruje wszystkie swe działania. Autonomia kobiety właściwie nie istnieje. Kobieta, w myśl słynnego wyrażenia, to „matka, żona i kochanka”. Potts kochanką, jak można sądzić po końcówce filmu, pewnego dnia zostanie, choć wolałaby pewnie dostać najpierw pierścionek zaręczynowy. Za to jako matka zaczęła się już realizować — gdy prasuje rzeczy należące do kochanki Starka, a potem rozmawia z nim o młodej dziennikarce, wciela się w rolę nadopiekuńczej matki rozgrzeszającej swojego rozpuszczonego syna z każdego przewinienia.
Jedna z najsłynniejszych interpretacji „Okna na podwórze” mówi, że sytuacja głównego bohatera, Jeffa, jest odbiciem sytuacji widza przebywającego w kinie, który chciałby stać się częścią akcji. Możliwe, że podobny mechanizm działa przy okazji filmów o superbohaterach — widz chciałby mieć wpływ na rzeczywistość znajdującą się poza salą kinową, oswoić ją i przykroić na wzór swoich marzeń. Ponieważ nie potrafi tego dokonać, przychodzi do kina, gdzie ktoś inny, w jego zastępstwie, cyklicznie ratuje świat. Pragnienie naprawy świata jest z gruntu idealistyczne, dlatego też w „Iron Manie” wszystkie liczące się argumenty to argumenty serca.
© 2008 Natalia Pamuła
verte.art.pl > Film > Eseje > Konserwatywny uścisk Iron Mana
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski