„Pollock”, debiut reżyserski wybitnego aktora, Eda Harrisa, o życiu jednego
z największych amerykańskich malarzy, abstrakcjoniście Jacksonie Pollocku,
spokojnie można postawić w panteonie najwyższych osiągnięć amerykańskiego
kina biograficznego. Harris spędził bite dziewięć lat, przygotowując się do
realizacji tego projektu. W tym czasie nauczył się malować, przewalił sterty
biografii, wywiadów i wspomnień najbliższych Pollocka; z nagranych za życia
dokumentów studiował jego głos i fizyczność; zadbał o najdoskonalsze z
możliwych reprodukcje dzieł, zależało mu również, aby zdjęcia powstały w
autentycznych lokacjach, w których malarz żył. W efekcie powstał obraz
niezwykły – jak żaden inny film o artyście, brutalnie i bez słodzenia,
dotyka on problematyki wyalienowanej, nierozumianej jednostki, dla której jedynym sposobem na przetrwanie jest kreatywność, która z kolei stale
zmienia oblicza, raz będąc jego najlepszą przyjaciółką, a kiedy indziej –
największym wrogiem.
Oskar Wilde pisał: są tylko dwie tragedie w życiu – nie dostać tego, co
się chce, i dostać to, i chyba nic lepiej nie sumuje losów Pollocka.
Powiedzieć o Pollocku, że był trudnym człowiekiem, to okazać ogromną
powściągliwość – patologicznie nieśmiały, seksualnie zakompleksiony,
emocjonalnie infantylny, a nade wszystko: wiecznie niezadowolony, z ego
wielkości stadionu Wembley, łaknął on sławy z taką samą intensywnością, z
jaką gardził tymi, którzy pomagali mu ją osiągnąć. Kiedy pił, a pił ostro
przez całe życie, dostawało się wszystkim po kolei – najwięcej spadało
jednak na żonę, kobietę niebywale silną, wspierającą i kochającą go
bezwarunkowo malarkę Lee Krasner. Kiedy nie pił – trzymany przez nią z dala
od grona kumpli od kieliszka, przeobrażał się w tytana pracy. Jego żelazna
determinacja, aby być największym malarzem swojego czasu, w końcu
zaprowadziła go na szczyt, a wówczas, zdaje się mówić Harris, impulsywny,
przewrażliwiony na punkcie odbioru swoich prac Pollock nie był w stanie
sprostać presji, i nie wiedząc, co ma zrobić z tym, do czego tak uparcie
dążył, na dobre uciekł w alkohol. Tą przejmującą historię, ze wspaniale
rysowanym tłem lat 30. i 40., Harris opowiada po prostu cudownie. Wiele
kardów w filmie to niemal ruchome reprodukcje obrazów innego wybitnego
artysty, Edwarda Hoppera, który jak nikt inny potrafił odmalować
wyobcowanie, a faktograficzny charakter wydarzeń, zamiast nas przytłaczać,
podawany harmonijnie i bez zbędnych dłużyzn, wciąga od pierwszej do
ostatniej minuty. Zachwyca aktorstwo; Harris doskonale wiedział, że musi ten
film zbudować na kreacji Pollocka – ukazując go w mrocznym świetle gęstej
psychologii, odsłania przed nami całe bogactwo tej skomplikowanej
osobowości, pełną gamę sprzeczności, z chorobliwymi skłonnościami do
samouwielbienia i autodestrukcji na czele, dając jedną z najwybitniejszych
kreacji męskich ostatnich dwudziestu lat. Znakomity jest tu również drugi
plan – zwłaszcza Marcia Gay Harden, w roli Krasner, Jeffrey Tambor w
odsłonie wziętego krytyka tamtego czasu, Clema Greenberga, oraz Val Kilmer,
jako artystyczny rywal Pollocka, Willem DeKooning.
„Pollock” to świadectwo pasji i poświęcenia, bez których nie może być
mowy o wielkim kinie. Majstersztyk.
© 2009 Jacek Szafranowicz
verte.art.pl > Film > Recenzje > Maluj! Maluj! („Pollock” Eda Harrisa)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski