> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№70 kwiecień 2010

Miłość i zombi („Wysyp żywych trupów” Edgara Wrighta) Adam Kruk

Źródło: Gizmondo.pl

To nie żart. Pośród cukierkowatych komedii romantycznych, „Wysyp żywych trupów” Edgara Wrighta wydaje się najoryginalniejszym ujęciem miłosnych rozterek współczesnego człowieka.

To była pierwsza sobota 2010 roku. Dochodziła północ, pora, która nie sprzyja wzmożonemu wysiłkowi intelektualnemu, choć pracujący po nocach Balzac zapewne by się z tym nie zgodził. Wtedy właśnie TVP2 pokazała film „Wysyp żywych trupów” Edgara Wrighta (2004). Za zombi nie przepadam – to dość mało sympatyczne stwory. Skusiła mnie jednak brytyjskość filmu, do której mam mało obiektywną słabość. Dała ona o sobie znać, gdy tylko zobaczyłem w obsadzie Billa Nighy’ego i Penelope Wilton – aktorów, którzy potrafią przykuć uwagę nawet ledwo naszkicowanymi rolami. Początkowo zawstydzony głupawym wyrazem twarzy gwiazdy filmu, Simona Pegga (przedrzeźnianie jego nazwiska na Simon Pig jest uzasadnione postaciami, które grywa), oddałem się przyjemności seansu. Wybór okazał się trafny. Nie zobaczyłem wprawdzie horroru, a komedię, w której interesująca okazała się sama opowieść, bo… nie mówiła nic o zombi. Świadomie czy nie, zajmuje się zgoła innym tematem, rozbierając go na części pierwsze drogą eliminacji, dokonywanej dzięki figurze zombi. Swoim rozbrajającym realizmem, który przechodzi w karykaturę, ten błahy i nieskładny film otwiera oczy na to, co otaczając nas zewsząd, staje się niewidzialne.

 „Wysyp żywych trupów” (2004) wita nas obrazem przeraźliwie zwyczajnych przedmieść Londynu, gdzie swój (i symbolicznie każdego z nas) żywot wiedzie Shaun (Pegg). 29-letni sprzedawca telewizorów, mieszkający z dwójką kumpli w podobnym wieku, raczej unika podejmowania decyzji i wyzwań, życie unosi go niejako siłą bezwładności. Poznajemy też jego dziewczynę Liz, która rzuca go, dochodząc do zrozumiałego wniosku, że koleś jest beznadziejny. Wiemy to i my, ale znając również własne wady i ograniczenia, znajdujemy usprawiedliwienie w fakcie, że przecież jest sympatyczny i chce dobrze. Tylko wiecznie coś nie wychodzi. Rozumiemy też rozdrażnienie Liz, kiedy ten daje jej bukiet kwiatów z dedykacją dla matki, upija się dzień w dzień w ulubionym pubie i nie potrafi rzucić palenia. Nie wykonuje żadnego wysiłku. Ten zwyczajny angielski pal, nie wzbudza szacunku nawet wśród 16-latków, z którymi pracuje w sklepie. W tę codzienną rutynę wkracza nieoczekiwanie zombi, zmuszając Shauna, by zadał sobie kilka pytań. Pierwsze z nich brzmi: kogo ratować? Nieoczekiwanie bowiem bohater stawia siebie w roli „bohatera” i zaczyna odczuwać odpowiedzialność za bliskie osoby, a klisze kulturowe podpowiadają mu unicestwiać. To zrozumiałe, bo z racji wieku Shaun wychować musiał się na antyhipisowskim kinie epoki Reagana, w którym dominujący wzorzec męskości streścić można skrótem SS (Stallone/Schwarzenegger). Film opowiada zatem także o dojrzewaniu (na miarę swoich możliwości). Przede wszystkim jednak – choć pozornie niewiele na to wskazuje, a na pewno nie tytuł – „Wysyp żywych trupów” jest traktatem o miłości. Takiej, jaką jest ona dzisiaj.

Wydaje się, że mit miłości nigdy wcześniej nie był tak silny. Nad jej naturą zastanawiali się wprawdzie Starożytni, św. Paweł i średniowieczna poezja dworska (koncepcja amour courtois), to jednak wraz z eksplozją kultury popularnej miłość zyskała status nieba dla każdego, prawdziwie demokratycznego mitu, opiewanego w przytłaczającej większości piosenek i znacznej przewadze filmów. Stanowi dziś schemat zakodowany w każdej głowie, uniwersalne marzenie, pewnik. Kiedy w 1936 Chaplin nakręcił „Dzisiejsze czasy”, tytułowego ducha ówczesności charakteryzowała niewątpliwie gorączka modernizacyjna. Po Auschwitz nikt już jednak na poważnie nie śmie fetyszyzować rozwoju, ostatniej z wielkich idei, które po dekonstrukcji wszelkich wcześniejszych uniwersalistycznych wierzeń (Bóg, honor, człowiek) uległy dewaluacji. Miłość okazuje się jedyną powszechnie dziś obowiązującą narracją, jedynym abstrakcyjnym pojęciem, które ma w kulturze Zachodu (to też jej najlepszy mit eksportowy) monopol na rząd dusz. Urosła do takich rozmiarów, że podważanie jej istnienia – jak dawniej rezystancji Boga czy supremacji człowieka – grozi oskarżeniem o zgorzknienie i nihilizm, a na pewno niezrozumienie. Co ma wspólnego miłość z „Wysypem żywych trupów”? Otóż wiele. Nie tylko pokazuje, że żadnej historii nie da się dziś opowiedzieć bez jej obecności (może w tym tkwi oryginalność Michaela Hanekego, że on to potrafi? Ale czy nie właśnie dlatego jego filmy uznawane są za zimne i okrutne?), ale dostarcza też wyrażoną niemal explicite instrukcje obsługi jej najbardziej podstawowej i przyziemnej wersji. W największym uproszczeniu – czyli właśnie tak, jak pokazuje to film – chodzi o diagnozę: co przeszkadza nam w stworzeniu dobrego, zdrowego związku uczuciowego? Diagnoza ta jest kompilacją mitów greckich, mądrości ludu, mieszczańskich tradycji i teorii Freuda – wszystko w wersji „dla opornych”. A kuracją jest eksterminacja szkodników.

Pierwszą przeszkodę stanowią znajomi. Zombi, jako sprawca indukcji, unicestwia po kolei kumpli Shauna, którzy podważają sensowność jego pracy nad związkiem, kusząc piwem i lekkością bytu. Następni pogryzieni zostają przyjaciele Liz, którzy życzliwie podpowiadają jej wszystkie niedoskonałości kochanka. Potem umrzeć muszą rodzice protagonisty. Najpierw ojczym (symbolizujący superego), potem matka (związek edypalny). Ojczym, ustawiając wciąż bohatera w pozycji dziecka, nie pozwala mu dorosnąć, narzucając jednocześnie imperatyw bycia dojrzałym. Matka, choć akceptuje styl życia syna, kocha za mocno, czym sprawia, że synowi bardziej zależy na niej niż na dziewczynie. No i ten wie, że – niczym w „Dniu Świra” Marka Koterskiego – zawsze dostanie od niej talerz gorącej zupy. Nie służy to dojrzewaniu i budowie własnego „domu”. Matka musi w końcu zwolnić miejsca dla nowej miłości, i zombi w tym pomoże. Na koniec spali się jeszcze „Winchester” – ulubiona knajpa Shauna – ostatnia przeszkoda na drodze do szczęścia przypieczętowanego miłosnym związkiem pary dorosłych osób, którego doświadczyć można tylko poskromiwszy hedonistyczne zapędy. Ograniczyć używki i libido wycelować tylko w jedną osobę (knajpa otwiera pole obu tym pokusom) – łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. W finale, po nie do końca spełnionej apokalipsie, spełnia się miłość Shauna i Liz. Siedzą wygodnie na kanapie wpatrzeni w telewizor, już bez pokus i przeszkadzaczy. We dwoje. Szczęśliwi.

Nietrudno zauważyć, że jest to model w dużej mierze uniwersalny i powtarzalny. Tak w filmie, jak w życiu. Podobnie jak poszukiwanie wentyla bezpieczeństwa, które ma miejsce w epilogu filmu, kiedy Shaun schodzi z kanapy i czmycha do szopy (zasłużonej wcześniej jako magazyn broni do walki z zombi), by pograć w tajemnicy przed ukochaną na PlayStation. Niegroźny wyskok, by przez chwilę powrócić do pozycji chłopca, z której zombi pomogło mu się wydostać. Potem hop, z powrotem na kanapę. Sytuacja tyleż kastracyjna, co satysfakcjonująca. Trzeba jednak jeszcze raz oddać sprawiedliwość zwyciężonym – bez zombi związek Shauna i Liz dawno już by nie istniał. Nawet gdyby para zeszła się bez pomocy trupów, potykaliby się co chwilę o każdą z usuniętych przez zombi przeszkód. Niektórzy podobne problemy rozwiązywać muszą niekończącymi się awanturami, bądź leżąc godzinami na kozetce. Zombi załatwia je jednym ugryzieniem.
Z okazji premiery „Zombieland” czy kolejnych „Zmierzchów” i „Świtów”, przez prasę przetoczyło się sporo artykułów o fenomenie wampirów, zombi i tym podobnych stworów. „Wysyp żywych trupów” jest o tyle ciekawy, że mówi o nim mało, za to sporo ma do powiedzenia o zwyczajnym życiu w typowych mieszkaniach, pospolitych knajpach i codziennej pracy. Robi to zapewne mimowolnie, po prostu chcąc być realistyczny. Zombi już wcześniej zasłużyło się dla demaskowania najbardziej podstawowych mechanizmów społecznych. „Noc żywych trupów” Georga A. Romero (1968) mówiła o rasizmie w Stanach Zjednoczonych inaczej niż słynne „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” (1967), gdzie segregacja była tematyzowana. Tu, jako jednemu z pierwszych czarnoskórych aktorów, Ducanowi Jonesowi przypadła rola pierwszoplanowa. Przede wszystkim zakończenie filmu (nieruchome kadry z fotografiami pogromów, dokonywanych przez Ku-Klux-Klan na potomkach niewolników), miało moc przemiany tego źle zrobionego filmu w wielką metaforę, w której „żywym trupem” może okazać się sąsiad. Z kolei w „Świcie żywych trupów” (1978), gdzie bohaterowie próbują schronić się w supermarkecie, pojawia się silne antykonsumpcjonistyczne przesłanie. „Wysyp żywych trupów” jest natomiast pierwszym filmem o zombi, pokazującym matrycę współczesnego pojmowania miłości.

Niby-mechanizm opisany w filmie jest tak ewidentny, że nie potrzeba wzmożonej koncentracji, by go dostrzec, ale to nie do końca prawda. Film Wrighta nie tematyzując miłości, biorąc ją niejako za oczywistość, staje się ideowo przezroczysty. A wiadomo, że przezroczystość nie istnieje, a miłość to też idea. W przezroczystości zapisane są najbardziej cechy kultury i obowiązujące w niej reguły, te tak akceptowane i pewne, że niezauważalne. Jeśli mówiąc „Polak” myślimy „katolik”, a bohater amerykańskiego kina musiał być przez dziesiątki lat biały, heteroseksualny i przede wszystkim płci męskiej (długo nikt nie pytał dlaczego), to mamy do czynienia właśnie z przezroczystością. Podobną oczywistością stała się obecnie miłość i mania podwójności. Nawet zombi zostało naturalnie zaprzęgnięte na jej straży i widz zaprogramowany jest, by się temu nie dziwić. Miłość jest fajna, ale czy naprawdę jest, czy być musi, i czy jej model pokazywany w „Wysypie żywych trudów” jest tak absolutnie uniwersalny?

A tak w ogóle, to jestem szczęśliwie zakochany.

© 2010 Adam Kruk

verte.art.pl > Film > Recenzje >Miłość i zombi („Wysyp żywych trupów” Edgara Wrighta)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski