> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№76 styczeń 2010

Na początku było słowo („Zero” Pawła Borowskiego) Jacek Szafranowicz

Debiutancki film Pawła Borowskiego „Zero” to kolejne świadectwo wielkiego kryzysu, w jakim znajduje się od wielu lat scenopisarstwo w kinie polskim. Cóż bowiem po chwaleniu reżyserii, zdjęć, scenografii, aktorstwa, dźwięku – choćby nie wiem jak były dobre – kiedy fundament, najważniejszy organ ciała filmowego – scenariusz – po prostu i przede wszystkim jest źle pomyślany? Nie jest jednak sztuką pastwić się albo szydzić. Co zatem pozostaje? Rzetelnie wykazać błędy i je uzasadnić.

Nie sposób, z uwagi na niespotykaną konstrukcję, w kilku zdaniach przybliżyć fabułę „Zero”. Wydaje się jednak, że osią tej wielowątkowej opowieści jest historia anonimowego prezesa bliżej nieokreślonej firmy, który zleca dwóm dziwacznym, wyglądającym na parę kloszardów detektywom śledzenie swojej żony, która, jak dowiadujemy się później, wynajmuje małe mieszkanko, do którego sprowadza kochanka. Aby ten wątek nie był zbyt monotonny, Borowski przecina go innymi; techniką długich ujęć przekierowuje naszą uwagę na inne, również anonimowe, postaci: to taksówkarza, gazeciarza, to znów pielęgniarkę, czy znerwicowaną blondynkę rodem z klubu go-go. Z początku ogląda się to z autentyczną ciekawością, czujemy bowiem, że czeka nas coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Rozmach tego zabiegu przywodzi na myśl poetykę „Magnolii” Andersona, gdzieś w tle pobrzmiewają echa meksykańskiego duetu Innaritu i Arriagi. Jak dojdzie do spotkania tych postaci, jaki dalszy splot wydarzeń sprawi, że mimo iż pochodzą z tak różnych obszarów życia, zderzą się ze sobą?

Jednak w pewnym momencie zaczynamy dostrzegać, że coraz to nowszym postaciom pojawiającym się na ekranie nie ma końca, co stopniowo buduje w nas wrażenie, jakbyśmy oglądali pełnometrażowy pilot jakiegoś serialu, który niebawem wejdzie na ekrany telewizji. Kogo tutaj nie ma! Żeby wymienić zaledwie garstkę: pani po pięćdziesiątce, która przyjmuje do siebie młodą męską prostytutkę, cierpiący na skrajną nerwicę producent filmów porno, gliniarz, student, podstarzały pedofil, młody barman o przeszłości kryminalnej, komiwojażer – lista nie ma końca…

Dokąd Borowski nas prowadzi? O czym opowiada? O samotności w wielkim mieście? O kryzysie komunikacji międzyludzkiej? A może tworzy parabolę, pełną postaci-symboli? Najprawdopodobniej wszystko naraz. Z ekranu przebijają do nas jednak jedynie założenia, do realizacji których zabrakło inwencji, koncepcji na wyraziste zawiązanie akcji, mogącej z tych okruchów, niby na kształt wyrywanki, utworzyć spójny obraz świata przedstawionego.

„Zero” ogląda się więc z rosnącym znużeniem. Borowski tka do znudzenia świat filmu z drobnych, błahych zdarzeń, niczym szczególnym niewyróżniających się postaci, stale przerzuca uwagę na inną postać, nigdy nie wychodząc w ten sposób poza ramy scenariuszowej ekspozycji, ciągle przygotowując nas na coś, co za moment ma się wydarzyć, a do czego nigdy nie dochodzi. W efekcie dzieje się mnóstwo, lecz jednocześnie nic, tj. nic, co z punktu widzenia dramaturgii filmowej mogłoby pozwolić nam zaangażować się w to, co widzimy. Przy kreatywnie pomyślanej strukturze i dobrze napisanym scenariuszu „Zero” mógłby posłużyć za diagnozę naszych czasów, pełnych niezdolnych do komunikowania się, oderwanych od emocji ludzi, i choć te intencje wyczuwa się w filmie Borowskiego, jednak nie z intencji budowany jest film, lecz z emocji, jakie może obudzić.

Do ostatniej minuty nie znika poczucie, że miało tu być ambitnie, świeżo, wizjonersko, i nie da się ukryć, że ambicja Borowskiego jest imponująca. Zgromadził on pierwszą ligę rodzimego aktorstwa filmowego, żeby wymienić tu choćby Roberta Więckiewicza, Gabrielę Muskałę, Andrzeja Mastalerza, Sonię Bohosiewicz, Romę Gąsiorowską czy Mariana Dziędziela, za zdjęcia odpowiadał znakomity operator Arkadiusz Tomiak, a rozmiaru tytanicznej roboty, jaką wykonać musiał producent Piotr Dzięcioł, wolę sobie nawet nie wyobrażać. I mimo iż niezręcznie to przyznać: wszystko to na marne. „Zero” okazuje się kolejnym, silnym symptomem kondycji naszego kina – technicznie możemy coraz wyraźniej sięgać standardów światowych, jednak ze słowem nadal pozostajemy w tyle. A przecież w kinie ono nadal powinno być na początku.

© 2010 Jacek Szafranowicz

Pierwodruk: „Kino” 12/2009

verte.art.pl > Film > Recenzje > Na początku było słowo („Zero” Pawła Borowskiego)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski