Amerykański reżyser niezależny, samouk Richard Linklater, rzadko pokazuje kły. Ten wrażliwy i sympatyczny facet od piętnastu lat przedstawia Amerykę widzianą oczami outsiderów, wrażliwców ponad wszystko ceniących sobie rocka, odjechaną prozę Dicka i przyjaźń. Kiedy jednak jego stały aktor i przyjaciel Ethan Hawke pokazał mu sztukę Stephena Belbera „Tape”, od razu byli zgodni, że materiał tak mocny wart jest adaptacji, a przy tym stanowi doskonałą okazję, aby względnie tanim kosztem poeksperymentować z technologią cyfrową, o czym Linklater myślał już od dawna. Rzecz więc nakręcili; pięć tygodni prób, sześć dni zdjęć. Rezultat? Jedna z najmocniejszych psychodram dekady i jeden z najlepszych filmów w dorobku Linklatera. Perła.
„Tape” to piekielnie inteligentna sztuka; opowiada o tylu rzeczach naraz, że aż trudno skonkretyzować, czym zajmuje się w pierwszym rzędzie. Fabuła ma się tak: para starych kumpli ze szkoły średniej: Vincent (rewelacyjny Ethan Hawke) i Jon (jeszcze lepszy Robert Sean Leonard) spotyka się po latach gdzieś w tanim pokoju hotelowym w Michigan. Jon pokazuje swój film na tutejszym festiwalu, Vincent zaś przyleciał z Oakland, gdzie dzieli czas między handlowaniem narkotykami i pracą w straży pożarnej. Wspominając przy piwie stare czasy, wchodzą na temat kumpeli z byłej szkoły, Amy (świetna Uma Thurman), z którą Vincent w owym czasie był związany. W pewnym momencie Vincent mówi Jonowi, że Amy wyznała mu, że Jon ją zgwałcił. Jon zaprzecza, jednak Vincent uparcie drąży sprawę, co stopniowo przeobraża ich miłe spotkanie w pranie mózgu. W końcu Jon, aby Vincent dał mu spokój, przyznaje mu rację. Wówczas odkrywa, że Vincent nagrywał wcześniej na taśmę ich całą rozmowę i zamierza puścić ją Amy, jeśli Jon nie przyzna się przed nią do tego, co rzekomo jej zrobił…
Zawiść, manipulacja, toksyczność relacji międzyludzkich, wiele dróg interpretacji przeszłych zdarzeń, skrywana tęsknota za latami młodzieńczej beztroski – to tylko niektóre z motywów „Tape”. Z czego jednak biorą się najpaskudniejsze konflikty między przyjaciółmi? Z arogancji. Z tego, że jesteśmy przekonani, że znamy kogoś na wylot. Jednak jak wielce możemy się przez taką postawę pomylić! Z wierzchu zadowolony z siebie, w głębi zaś nieszczęśliwy Vincent, zaślepiony urazą wobec Jona, pragnie uczepić się sprawy z przeszłości, aby oderwać się od siebie, jakim jest teraz, i jest przekonany, że Jonowi jest to potrzebne. Z kolei Jon, facet o szlachetnym usposobieniu, daje się wmanipulować i zaczyna rozważać, czy aby faktycznie nie popełnił wtedy gwałtu. A może jest inaczej? Właśnie, od pewnego momentu – tak jak i w życiu – nic nie jest tu jednoznaczne; mądrość Belbera i Linklatera polega na ukazaniu złożoności sytuacji bez oceniania kogokolwiek; podkreślają to genialne dialogi, duszna atmosfera miejsca akcji i estetyka paradokumentu.
Piekło to niekoniecznie ciemna noc, z rozżarzonymi do czerwoności kocimi łbami, po których wjeżdża diabeł w czarnej karocy. Piekło to bardzo często dwoje ludzi, którzy od słowa do słowa nagle przestają się rozumieć.
© 2009 Jacek Szafranowicz
verte.art.pl > Film > Recenzje > Od słowa do piekła („Tape” Richarda Linklatera)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski