Los niektórych dzieł bywa przykry – nagradzane, niby uchodzą za uznane, ale
gdy przychodzi przywołać ich tytuł, mało komu cokolwiek one mówią. Taka też
historia wiąże się ze „Zwykłymi ludźmi”. Zlekceważono ten znakomity debiut
Roberta Redforda, nie mogąc wybaczyć amerykańskiej akademii filmowej, iż ta
zdecydowała się właśnie jego filmowi przyznać Oscara, a nie, skądinąd
świetnemu, „Wściekłemu Bykowi” Martina Scorsese. Jakkolwiek kuriozalnie taki
układ wydarzeń by nie wyglądał, mimo oscarowej „porażki”, „Wściekłego Byka”
obejrzał cały świat, a „zwycięskich” „Zwykłych ludzi” nikt zdaje się nie
pamiętać.
A przecież „Zwykli ludzie” to film wspaniały, porażający realizmem,
szczerością, a nade wszystko prostotą, z jaką odsłania złożoności relacji
międzyludzkich w dysfunkcyjnej rodzinie, subtelnie odczarowując sielskie
amerykańskie życie, iluzję, którą amerykańscy spece od reklamy karmią swoich
rodaków i resztę świata. Fabuła opowiada historię rodziny Jarrettów,
próbującej dojść do ładu po tragicznej stracie syna, Bucka, który po
wypłynięciu na morze ze swoim młodszym bratem, Conradem (zasłużenie oscarowy Timothy Hutton), tonie podczas burzliwego rejsu. Tracąc brata, Conrad
przeżywa szok; ogarnięty poczuciem winy, iż nie zdołał go uratować, popada w
głęboką depresję. Jego ojciec, Calvin (świetny Donald Sutherland), usiłuje
dotrzeć do syna, namawiając go, aby ten poddał się terapii. Szuka przy tym
wsparcia u żony, Beth (znakomita Mary Tyler Moore), jednak ta, od czasu
śmierci Bucka oschła i niedostępna, uważa za najważniejsze utrzymywanie
zewnętrznych pozorów ładu i normalności. Z początku okazujący jej
zrozumienie Calvin wkrótce odkrywa, że jego relacja z Beth, również tylko z
pozoru autentyczna, okazuje się główną przeszkodą, która staje na drodze
Conradowi do odzyskania psychicznej stabilności...
Redford ukazuje stopniowy rozpad rodziny, bolesne pękanie skorupy urazu,
doskonale wiedząc, dokąd nas prowadzi, opowiadając przypadek Jarrettów – ludzi może łączyć wspólne poczucie straty i żałoba z nią związana; jednak równie istotnym pozostaje dzielić się swoim indywidualnym cierpieniem z pozostałymi. Beth, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią syna, wyparła tragedię ze świadomości, stopniowo pogrążając się w coraz większej apatii, z której
mogła ją wyrwać jedynie szczerość Calvina, mówiącego, że rodzina, w
takiej formie, w jakiej jest obecnie, dalej funkcjonować nie może. Aby
rodzina mogła stanąć na nogi – podpowiada Redford – każdy jej członek musi
indywidualnie zaakceptować stratę, jakiej doznał, i jeśli rozstanie miałoby
być pierwszym krokiem ku lepszemu dla wszystkich, należy go podjąć, a co
będzie dalej, czas pokaże.
„Zwykli ludzie" to opowieść widziana oczyma wrażliwego na człowieczeństwo
Amerykanina, który swoim filmem pokazuje, iż w Ameryce, tak jak w każdym
innym zakątku świata, żyją zwyczajni właśnie, pragnący ładu i spokoju
ludzie, o których Ameryka słyszeć nie lubi, a pokazywać na zewnątrz nie
znosi.
Przenikliwe, mądre kino, którego stanowczo za mało. Zwłaszcza dziś.
© 2009 Jacek Szafranowicz
Pierwodruk: „Blackastrial” 03/2009
verte.art.pl > Film > Recenzje > Spieszmy się rozumieć ludzi... („Ordinary People” Roberta Redforda)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski