Tymczasem jako rzeczywisty mój czyn na podstawie mojego nie-alibi w bycie — czyn-myśl, czyn-uczucie, czyn jako praktyczne działanie — jest przybliżony do ostatnich krawędzi bytu-zdarzenia, jest w nim zorientowany jako w jednolitej i jedynej całości. Niezależnie od treściowego bogactwa myśli i konkretnie indywidualnego charakteru czynu na swój sposób uczestniczy on w nieskończonej całości. Michaił Bachtin
Co kryje się w człowieku, który całe życie walczy z sobą, ze zniewalającym i rozbijającym wewnętrznie poczuciem skończoności?
Ingmar Bergman. Syn pastora — wychowany w protestanckiej prostocie egzystencji; aż do bólu. Przestał tworzyć o Bogu, gdy stwierdził, że z Bogiem się już rozprawił. Przestał tworzyć dla kina, gdy doszedł, że więcej już nie zrobi. Przekroczył Bałtyk, gdy zadzierzgnął nić dramatyczną, z tym co nas bezsprzecznie kształtuje — zrealizował na scenie rzecz o swojsko brzmiącej nazwie „Iwona, księżniczka Burgunda”. Zostawił dziewięciu synów (do tylu się przyznaje). Jednej z partnerek, Liv Ulman, zostawił jedną z autobiografii — powstał film „Wiarołomni”. Głos docierający głębiej niż człowiek rozumie. Prawda, która zniewala.
Jak na żadne pytanie, tak i na to, nie ma jednoznacznej, a tym samym łatwej, odpowiedzi. Skończoność bowiem, a zwłaszcza jej naturalna ograniczoność, manifestuje się, generalnie, na dwa sposoby. Z jednej strony pożąda ona absolutnego porządku; z drugiej zaś rozprasza się w nieuporządkowaniu; rozprzestrzenia się w chaosie. Obie perspektywy da się opisać jako: (a) perfekcjonizm, w pierwszym przypadku, i (b) chaotyzm, w drugim przypadku.
Upraszczając da się powiedzieć, że Morze Bałtyckie stanowi centrum dwużywiołowości jednej natury — europejskiej. Od Husserla wiemy, że człowieczeństwo mierzone po europejsku jest naznaczone tęsknotą absolutności — stąd jego odczucie skończoności. Absolutność zawsze pojawia się jako doświadczenie skończoności. Jeśli zatem zakładamy, ze manifestacje tejże natury wyznaczają przedstawione sposoby, to widać wyraźnie, że na południu Bałtyku mamy raczej do czynienia z chaotyzmem, na północy z kolei z perfekcjonizmem. Oczywiście pojęcia te winny być brane tutaj w metaforyczne „kurze łapy”.
Jeśli zatem założyliśmy, że Bałtyk odmienia obyczaje, będąc centrum/granicą żywiołów, chłodnego, niemalże cynicznego, skandynawskiego i gorącego, na pograniczu obłędu, środkowoeuropejskiego. Założenie to doskonale trafia, rozbijając go w proch, w starodawny obyczaj odmierzania Europy z zachodu na wschód. My wolimy „perspektywy” wertykalne.
Nie eksplorując w dalszym ciągu kwestii map, zadajmy pytanie kluczowe: gdzie tkwi mistrzostwo perspektywy skandynawskiej? I tu ciekawa rzecz. O ile w innych kulturach palma pierwszeństwa przypada raczej filozofo-literatom, o tyle w skandynawskiej (jakkolwiek dziwnie palma brzmi w kontekście skandynawskim) przypada człowiekowi filmu — Ingmarowi Bergmanowi. To on ucieleśnia, żebyż tylko o cielesności mogła być mowa w przypadku jego twórczości, najpełniejsze doświadczenie tego co skandynawskie.
Bergman reprezentuje, w szczytowej postaci reprezentacji, w której można mówić już o symbolizowaniu — jest medium — model kultury wykraczającej daleko poza modną dzisiaj korespondencję sztuk. W jego wyobraźni sztuki: literacka, teatralna, filmowa stanowią absolutną jedność. Alter ego tej jedności wyobraźni artystycznej, nie obawiam się tego powiedzieć, jest jedność absolutna. Musimy pamiętać, że obie jedności kryją w sobie absolutne zróżnicowanie. To konsekwencja tyleż logiczna, co rzeczywista. I ta druga jest punktem naszego patrzenia.
Rzeczywista pełnia twórczości Bergmana po pierwsze fascynowała. Jakiekolwiek dzieło, czy filmowe (bądź telewizyjne), czy teatralne, czy wreszcie literackie kryło w sobie takie pokłady znaczeniowe, że interpretacja domagająca się zgodności wersji, staje się możliwa tylko drogą wkraczania w szeregi interpretacyjnych światów bez korespondencji. I choć można się spotkać z zarzutem dotyczącym frywolności interpretacyjnej, to musimy spojrzeć na sprawę bez kompleksów: rozbudowaniem swojej wyobraźni Bergman przerasta nas bez żadnych wątpliwości. Dlatego mnogość interpretacji jest efektem jednego tylko faktu: nasza własna skończoność jest dużo bardziej skończona niż Bergmana. Jedność wypowiedzi wybitnego Skandynawa, jak wspomniałem, jest korelatem jedności, w której bez wątpienia miał on udział w innej przestrzeni. Oczywiście nie zamierzam dokonywać utożsamienia innej perspektywy. Nie Bóg, nie historia, nie cokolwiek innego. Absolutna jedność wszystkiego. Jej podstawowym napięciem — nerwem, musiało być podstawowe napięcie, które jest źródłem wszelkiego ruchu. Napięcie między tym co zewnętrzne i wewnętrzne. W tym napięciu uczestniczył Bergman nieustannie. Jego perfekcyjna, dopracowana do każdego szczegółu, twórczość odnajduje swe usprawiedliwienie dopiero w kontekście całości życia.
Ta całość właśnie nastała. Dzisiaj życie Bergmana zaczęło nowe życie. Ma już jeden dzień. Uczestnictwo w jedności absolutnej wszystkiego stało się ostatecznym faktem. Perspektywa ta nie wymusza ruchu twórczości ze środka siebie samej. Bergman pozostał tylko w swej jedności korelatywnej wobec absolutnej. W niej nadal stanowi zagadkę — tajemnicę.
W dniu, w którym umarł, nastała nowa jakościowo perspektywa: żalu, który winien przekuć się w myśl. Tylko myśl żałująca jest myślą gotową do skoku w nieznane. Tylko skok w nieznane ma szansę stać się skokiem ważnym. Tylko wielki mistrz jest możliwą odskocznią myśli żałującej. Bergman nie był mistrzem po prostu. Był świętym kultury.
© 2007 Karol Zamojski
verte.art.pl > Film > Eseje > O tym, co pierwsze ponad Bałtykiem
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski