> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№3 wrzesień 2004

Piąta osoba przy kamerze — rozmowa z Maciejem Maciongą Emilia Walczak

Film to nie tylko sama treść. To nie fabuła, przesłanie czy poetyka. Film jest hybrydą wizualno-akustyczną. To często dzieło kilkunastu, kilkudziesięciu czy też kilkuset (przy tak zwanych superprodukcjach) osób. Nie każdy z nich jest artystą, lecz wpływa znacząco na kształt całości. Bez tych ludzi jej efekt mógłby być zupełnie inny. Trzeba zdać sobie z tego sprawę.

Maciej Macionga
Rocznik 1960. Były dźwiękowiec (a o dźwiękowcach nawet i filmy powstają — np. „Lisbon Story” Wima Wendersa) w łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Na swoim koncie ma współpracę przy takich filmach jak „Bołdyn” Petelskich, „Karabiny” Waldemara Podgórskiego, „Kłusownik” oraz „Na tropach Bartka” Janusza Łęskiego, „Matka Królów” Janusza Zaorskiego, „Nasze podwórko” Stanisława Lotha, „Vabank” Juliusza Machulskiego, „W biały dzień” Edwarda Żebrowskiego, „Zderzenie” Grzegorza Skurskiego i in. Obecnie mieszka za granicą i z nowymi polskimi produkcjami jest raczej na bakier. Oto jak wspomina pracę w branży filmowej…

Maciej Macionga: Moja przygoda z filmem nie trwała długo — niecałe trzy lata. Mimo tego, pracowałem bardzo intensywnie. Nasz wydział dźwięku uchodził wtedy za najlepszy w całym wschodnim bloku (dysponowaliśmy magnetofonami „NAGRA” Kudelskiego, używaliśmy taśm „AGFA”). Tak naprawdę nie jestem w stanie wymienić wszystkich tytułów filmów, w kręceniu których brałem udział. Nie zawsze pracowałem przy nich od początku do końca. Czasem były to tylko tak zwane „dokrętki”. Dostawaliśmy szybkie zlecenie, robiliśmy swoje i nikt nie zastanawiał się nad tym, że jego praca składać się będzie na historię polskiego kina. Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi stosowała, krótko mówiąc, „wypożyczanie ekip”, zatem moją pracę można by określić mianem „pracy na walizkach”. W każdej chwili trzeba było być w pełni dyspozycyjnym. Bez wątpienia było to życie w ciągłym biegu, ale mimo wszystko wspominam ją bardzo miło. Operator dźwięku to w końcu tak zwana „piąta osoba przy kamerze” (obok reżysera, operatora kamery, asystenta operatora i sekretarki planu — tak to wygląda).

Emilia Walczak: Pana pierwszy film… Było to „Nasze podwórko”. Film dla dzieci.

Tak. Niestety niezbyt dobrze go pamiętam. Pracowałem wtedy razem z Włodzimierzem Wiśniewskim. Była to udana i miła zarazem współpraca. Stosowaliśmy postsynchrony, zatem zadanie mieliśmy uproszczone. Najlepszym jednak reżyserem filmów dla dzieci i młodzieży jest — moim zdaniem — Janusz Łęski. Przy „Kłusowniku” współpraca układała nam się doskonale. Na planie panowała wspaniała atmosfera. Pamiętam też piękne plenery.

Czy pamięta pan jakieś ciekawe zdarzenia z tamtego okresu?

Głównym problemem był pan Bogdan Łazuka, który w końcu na planie nie pojawił się wcale. W rezultacie został zastąpiony aktorem z Wałbrzycha, który, notabene, zagrał bardzo dobrze.

Problem niepojawiania się w fachu aktorskim powraca chyba wielokrotnie?

Tak, głównie dlatego, że nie wszyscy liczą się z innymi. Cała ekipa filmowa dzieli się generalnie na dwie grupy: naszą — czyli realizatorów oraz aktorów — elitę. Elita nagrywa sceny i idzie bawić się w swoim gronie. Nie miesza się z — krótko mówiąc — rzemieślnikami. Oczywiście bywają wyjątki…

Czy wie pan o tym z własnego doświadczenia?

Podczas kręcenia „Białego” [czyli „W biały dzień” — przyp. EW] okazało się, że pan Krzysiu Kolbelger nie wywyższa się ponad stan. Zawarliśmy bliższą znajomość i wypiliśmy dwie „setki” z okazji jakiejś kolacji dla VIP-ów.

A inni aktorzy z „Białego”? Czy to prawda, że Bajor jest zarozumialcem? Tak głosi powszechna opinia.

Absolutnie nie. Przynajmniej ja nie mogę niczego takiego powiedzieć. A wręcz przeciwnie. Michał był drugim tak samo miłym człowiekiem, jak Kolberger. Bardzo komunikatywny i sympatyczny człowiek.

A jak było z jego dublowaniem? Czy to prawda, że musiał go pan zastąpić na planie?

Tak. Dublowałem go przez dwa dni. Były to oczywiście ujęcia w półcieniu, twarz pozostała niewidoczna. Ubrali mnie w jego garnitur i kazali grać. Michał musiał wtedy wyjechać do Krakowa. Miał jakieś próby w teatrze, chociaż dokładnie nie pamiętam.

A gdzie odbywały się zdjęcia do filmu?

To była jedna wielka mistyfikacja. Spędziliśmy dwa tygodnie w Rumunii, kręcąc sceny „włoskie”. Chodziło o palmy. W Rumunii mieli palmy, zatem tam właśnie się udaliśmy. Nikt nawet nie marzył o wyjeździe do Włoch.

Czy jeszcze jakieś tego typu ciekawe sytuacje miały miejsce podczas kręcenia „Białego”?

Miałem okazję oglądać panią Krystynę Jandę nago. To były sceny kręcone w minimalnym składzie ekipy realizatorskiej. Ale w końcu w filmie nie były wykorzystane. Potem, ku mojemu zdziwieniu, pani Janda zgodziła się pozować do zdjęć potrzebnych do pracy dyplomowej mojej koleżanki. Tytuł brzmiał: „Kobieta współczesna”. Bardzo miła współpraca. Ale wódki z nią nie piłem [śmiech].

A inni aktorzy? Na przykład Zbigniew Zapasiewicz, moim zdaniem fenomenalny aktor?

Fenomenalny aktor, lecz chyba w pełni tego świadom. Wyniosły. Bardzo ciężki we współpracy. Rozmawiał wyłącznie z reżyserem. Ale generalnie pracę przy „Białym” wspominam jako najcięższą nie ze względu na zachowania aktorów. Był trudny do zrealizowania pod względem dźwiękowym. To był przecież film „setkowy”. Byliśmy całkowicie zaangażowani. Czuliśmy się profesjonalistami.

A pan Żebrowski? Jak układała wam się współpraca?

Bardzo dobry reżyser. Mimo swej choroby i wieku (poruszał się o lasce), był niezwykle sympatyczny.

Tego chyba nie da się powiedzieć o każdym?

Najgorzej wspominam, niestety, Czesława Petelskiego. Kręciliśmy z nim „Bołdyna”. Potrafił krzyczeć przez osiem godzin na planie, wkurzał się, mimo tego że chorował na serce i co chwilę brał leki. Był, delikatnie mówiąc, marudny. Tak naprawdę nikt nie chciał z nim pracować. Przeżyłem wtedy jeden wielki stres, tym bardziej że to były zdjęcia „na hali”, gdzie obowiązywała absolutna cisza. Trzeba było chodzić w skarpetkach… Jego żona, Ewa Petelska, była w porządku, ale on był fatalny. Poza tym kierownikiem dźwięku był wtedy Altman — strasznie nieprzyjemny dla nas, dźwiękowców, człowiek. W dodatku przez trzy miesiące musiałem zastępować Józefa Tomporka. To nie była dobra ekipa. Jeszcze jedna niemiła sytuacja miejsce miała w Poznaniu, gdzie z doskoku robiliśmy przy „Polonia Restituta” Bohdana Poręby. Kręciliśmy moment przyjazdu Paderewskiego do Poznania z udziałem około dwóch tysięcy statystów. Pan Poręba w sposób dobitny dał mi znać, że przywieźliśmy za słabe głośniki, przez które nie może się wystarczająco wydzierać na ludzi. Z kolei, dla kontrastu, wspaniale wspominam pracę z panią Agnieszką Holland. Prowadziła zdjęcia próbne do filmu Majewskiego „Królowa Bona”. Ona jest znakomita, całkowita perfekcjonistka! To były trzy dni niezwykle udanej współpracy.

A co z „Vabankiem”? Dlaczego nie figuruje pan w czołówce, mimo iż odegrał w jego realizacji tak istotną rolę?

Sprawa przedstawia się następująco: ktoś ukradł mikrofon — niezwykle drogi sprzęt, za jaki odpowiadałem. To była kara wymierzona przez pana Andrzeja Sołtysika — kierownika produkcji — żeby mnie pominąć. Jednakże pracę przy „Vabanku” wspominam z uśmiechem na ustach. Julek Machulski — bardzo sprecyzowany i wymagający facet, mimo iż wszedł na ekran przebojem i jeszcze jako młody chłopak. Traktuję go jako sławę polskiego kina i cieszę się, że go poznałem. W dodatku on jako pierwszy miał w swoim filmie tak profesjonalną scenę kaskaderską — mam na myśli „przelot” przez szkło. Facet, który brał w niej udział, miał na sobie kilka warstw ubrań, jakichś marynarek itp. I wszystko miał później pocięte. Dostał za tą scenę bodajże szesnaście tysięcy złotych, przy standardowej pensji dwóch tysięcy. Poza tym, nasza ekipa okazała się zgraną i efektywną. Jako przykład podam nazwisko Krzysztofa Pakulskiego — świetny operator (zresztą wykonał bardzo dobre zdjęcia również do „Zderzenia” Skurskiego). Dlatego drugą część „Vabanku” kręcono w niezmienionym składzie (niestety beze mnie — służba wojskowa…). Z ciekawostek: musiałem dublować Chmielnika, bo spóźnił się na plan. To były jakieś zdjęcia nocne. A poza tym, za „Vabank” dostałem premię, a koniec realizacji zwieńczyliśmy najlepszym w mojej karierze kinematograficznej bankietem.

A „Matka Królów”? Niemalże kultowy film i kolejne nagromadzenie wielkich nazwisk. Czy ktoś z tych aktorów dał znać o swoich fanaberiach artystycznych?

Dlaczego „fanaberiach”? Sam reżyser — Janusz Zaorski — wymagający, ale nie mogę mu niczego zarzucić. Pamiętam, że Adam Ferency nie był w stanie przez dwa dni nauczyć się swojej roli zawierającej skomplikowane słownictwo medyczne. Chyba w końcu trzeba było zrezygnować z tej sceny. Dobrze wspominam Bogusia Lindę, ale poza tym wszystkie szczegóły gdzieś umknęły. Nie pamiętam na przykład wcale Jerzego Stuhra… Trudno spamiętać wszystkie twarze aktorów. Niektórzy przyjeżdżali i w jeden dzień nagrywali całą swoją rolę. I tyle ich widziałem. Żałuję tylko, że nie pracowałem z Gajosem. W tym czasie, kiedy ja działałem, on wypadł na jakiś czas z obiegu…

Czy kogoś z poznanych osób traktuje pan szczególnie?

Pamiętam, że pani Iwona Pawlak [odtwórczyni głównej roli w „Nad Niemnem” Zbigniewa Kuźmińskiego — przyp. EW] była najładniejszą dziewczyną w całej wytwórni. Zresztą chodziliśmy razem do pierwszej klasy szkoły podstawowej przy ulicy Kuźnickiej w Łodzi.

W rezultacie skończył pan technikum fotograficzne…

Tak. Tam poznałem nietuzinkową postać… Bartek Frykowski. On się później trzymał z Polańskim…

Czy współpracował pan zatem z grupą Frykowski / Kluba / Skolimowski / Polański?

Niestety nie. Oni mieli swoich ludzi. Ale Henryk Kluba i jego żona — Alicja — to dawni sąsiedzi z ulicy Kilińskiego w Łodzi. No i oczywiście Filip Zylber — bardzo fajny chłopak. Poznałem też żonę przedwcześnie zmarłego reżysera — Wojciecha Wiszniewskiego — panią Joannę, która jest znanym i cenionym artystą plastykiem. Do dzisiaj u mnie w domu wisi podarowana przez nią grafika.

Z pana wypowiedzi wynika, iż nie traktuje pan środowiska filmowców jak bandy snobów?

Nieee. Do dziś pamiętam, jak śmietanka polskiego kina siedziała dzień w dzień w bufecie na Łąkowej 29 i wszyscy jedli zakładową sałatkę warzywną serwowaną na tekturowych talerzykach.

© 2004 Emilia Walczak

Rozmowa z dni 20-21 września 2004

verte.art.pl > Film > Wywiady > Piąta osoba przy kamerze

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski