Odkąd przeczytałam wydaną w Polsce w 2008 roku książkę Todda McGowana „Realne spojrzenie. Teoria filmu po Lacanie”, a potem związałam się ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, na poważnie zaczęłam zajmować się kinem politycznym i polityką kina. Zaowocowało to między innymi publikacją w 64. numerze „Kwartalnika Filmowego” artykułu poświęconego kinu politycznemu tegorocznego złotopalmisty Michaela Hanekego1. Tym razem chciałabym zająć się krytycznym spojrzeniem na, krzywdzącą moim zdaniem widza, polską politykę tłumaczeń tytułów filmowych, czego najjaskrawszym bodaj przykładem z ostatnich lat jest film „Życie innych” (2006) Floriana Henckla von Donnersmarcka.
„Życie innych”, który to tytuł najpewniej nic wam, przemili, nie mówi, to nic innego jak znane i lubiane w Polsce „Życie na podsłuchu”. Moim zdaniem ktoś, kto odpowiada za takie właśnie przetłumaczenie tytułu debiutanckiego filmu Floriana Henckla von Donnersmarcka, wyrządził polskim widzom nieznającym języka niemieckiego ogromną krzywdę. Pozbawił ich bowiem jednego z najważniejszych kluczy interpretacyjnych tegoż obrazu2. Jak pamiętamy, w jednym z kultowych filmów Jeana-Luca Godarda jego główna bohaterka kreowana przez Annę Karinę chciała żyć własnym życiem („Żyć własnym życiem”, 1962). Tutaj, w filmie Donnersmarcka, jeden z bohaterów, Gierd Wiesler (Ulrich Müche), chce żyć przez chwilę tytułowym życiem innych. Oto właśnie clou filmu, a nie, jak z kolei sugeruje polski tytuł, życie na podsłuchu zupełnie innych bohaterów: Christy-Marii Sieland (Martina Gedeck) i Georga Dreymana (Sebastian Koch), choć ich rola też jest ważna, lecz nie kluczowa. Analogiczna sytuacja, jak przychodzi mi w tym momencie na myśl, to film „Everything Is Illuminated” (2005) Lieva Schreibera, notabene, recenzowany przeze mnie w 58. wydaniu „verte”. W jego przypadku przełożenie angielskiego tytułu na polskie „Wszystko jest iluminacją” niejako nakazuje odbiorcy od samego początku filmu we wszystkim doszukiwać się „oświecenia”, jak czynił to niegdyś Franciszek z obrazu Krzysztofa Zanussiego „Iluminacja” (1972). A przecież zupełnie nie o to tu idzie. Tu teraźniejszość zostaje rozświetlona światłem przeszłości, przez co staje się dla bohaterów zrozumiała, et cetera, et cetera, toteż polskie przełożenie winno brzmieć raczej… „Wszystko jasne!”.
Choć „Życie innych” składa się głównie z ogranych klisz filmowych, choć jest kalką z totalnie przeżu/ytych i przetrawionych już schematów, jedno trzeba mu oddać. Otóż jedynym elementem filmu, który mógłby świadczyć, że „Życie innych” miało jakąkolwiek ambicję pokazać cośkolwiek niekonwencjonalnego i choć troszkę zaskakującego widza, jest fakt, iż Georg Dreyman – postać centralna filmu – jest jednocześnie postacią zupełnie niepogłębioną psychologicznie; że jest figurą, o której na dłuższą metę tak naprawdę nie wiemy właściwie nic. Używając metafory, którą zawdzięczam mojej znajomej, Marylce, jest Dreyman osią karuzeli, wokół której kręcą się różne barwne postaci: reżyser teatralny pozbawiony możliwości wykonywania zawodu – Albert Jerska (Volkmar Kleinert); zakłamana, ale wciąż piękna – czym budzi sympatię widza i męskiej części bohaterów świata przedstawionego w „Życiu innych” – femme fatale Christa-Maria Sieland; antybohaterski minister Bruno Hempf (Thomas Thieme), który też ma tu swoje przysłowiowe „pięć minut”, podczas których widzimy jego tak zwaną „ludzką twarz”; i tak dalej. Najważniejszą spośród tychże „karuzelowych” postaci jest jednak szpieg – agent Gierd Wiesler. To on właśnie, jak już wspomniałam, chce żyć tytułowym życiem innych, co podkreślają wszystkie pozbawione smaku chwyty formalne Donnersmarcka: zbliżenia na twarz Wieslera w chwilach jego „przemiany” czy też na przykład rzewna muzyka w chwilach, gdy jest mu źle lub smutno (sic!). Nie chodzi mi tu o naśmiewanie się ze zgrzebnego kina niemieckiego, które znajduje się obecnie w stanie rozkładu – rozkładu na dwa sposoby: rozumianego po pierwsze jako stan gnicia, a po drugie jako rozkładanie nóg przed Hollywoodem gestem prostytutki, jak w „Życiu innych” Christa-Maria Sieland rozkłada nogi przed ministrem Hempfem, celem zapewnienia sobie dobrych „układów” i przypodobania się ogółowi. Chodzi o podkreślenie po raz kolejny, że polskie tłumaczenie tytułu filmu Donnersmarcka – jako nieszczęsne „Życie na podsłuchu” – może na tyle zakłócić nasz odbiór tegoż obrazu, że sugerując się polskim tłumaczeniem, będziemy myśleć o Dreymanie i Chriście-Marii jako o głównych jego bohaterach. Podczas gdy – zaznaczam to uparcie – jest nim właśnie Wiesler!
Inną sprawą jest, że gdyby „Życie innych” było z założenia filmem dla widza poszukującego w kinie jakichś intertekstualnych czy transdyscyplinarnych, zasadzających się na elokwencji nadawcy i odbiorcy, gier i zabaw w kluczenie w materii filmowej i jej okolicach, wówczas zwodniczość tytułu mogłaby być ewentualnie czymś uzasadnionym. Jednakże w przypadku tej karuzeli z kliszami i kalkami, jaką jest dziwny twór Donnersmarcka, owa „zwodniczość” jest całkiem przypadkowa i nie wynika z czyjejś elokwencji, lecz prędzej: z czyjejś głupoty.
Przetłumaczenie „Życia innych” – org. „Das Leben der Anderen” – jako „Życie na podsłuchu” daje się według mnie tłumaczyć w następujący sposób. W czasie prowadzenia w naszym kraju przez partie rządzące polityki strachu, której symbolem jest dziś „teczkomania”, działania IPN-u jątrzące sprawy z czasów tak zwanego – istotnie – życia na podsłuchu, polskie tłumaczenie jest niewątpliwie pewnym znakiem czasu. Z jednej strony stanowi bowiem wynik szeroko zakrojonych działań marketingowych mających na celu przyciągnięcie do kina widzów, których „teczkomania”, temat „na czasie”, zwyczajnie „kręci”. Z drugiej strony – w wersji bardziej optymistycznej, bo nie wynikającej z ogłupiającej polityki reklamowej, lecz właśnie zupełnie odwrotnie: z krytycznego podejścia do rzeczywistości – jest zwróceniem uwagi na nasz polski, aktualny w roku 2006, czasie premiery filmu, problem wszelkich afer taśmowych i nieoficjalnej, lecz wyraźnie przecież dostrzegalnej wówczas cenzury działań artystów oraz ludzi mediów. Faktem jest jednak, że żadna z powyższych pobudek nie tłumaczy, nie usprawiedliwia zastosowanego tu zwyczajnego oszustwa widza przez kogoś „na szczycie”. Wniosek? Języki warto znać, inaczej „Dirty Dancing” będzie dla nas „Wirującym seksem”, „Match Point” – „Wszystko gra”, a na przykład „La Môme” – franc. wróbelek – wybrzmi deklaracją: „Niczego nie żałuję”. Przykładów jest wiele, grunt to nie dać się zwieść.
A jeśli miałabym wybierać, z grupy filmów poświęconych „teczkomanii” wybrałabym zdecydowanie „Rysę” (2008) Michała Rosy, choć tu owa mania jest zaledwie fabularnym pretekstem do wydobycia głębszych warstw psychologicznego sensu. W „Życiu innych” zresztą, w zasadzie, też, ale z polskiego tytułu trudno to wywnioskować i wbrew wszelkim chwytom marketingowym spółki Monolith Plus, dystrybutora filmu, grupa widzów szukających w kinie „rysowej” głębi, a nie czystej wykładni, ilustracyjności i zwykłej łopatologii, zapewne zrezygnowała z tejże kinowej propozycji. W tym także i ja. Film obejrzałam trzy lata później, i to po długich namowach kolegów i koleżanek proszących: No powiedz, co o nim [filmie] myślisz. A później nagle przypomniałam sobie swoją panią od niemieckiego i poczułam głęboką wdzięczność, że czegoś tam mi w liceum do głowy nakładła. Vielen Dank!
© 2009 Emilia Walczak
1 Emilia Walczak, „Od Brechta do Jelinek. Michael Haneke – antyspektakularna trauma Realnego”, [w:] „Kwartalnik Filmowy”, nr 64 [124], 2009.
2 Pisałam już wcześniej na „verte” o tego typu problemach w recenzji „Der Baader–Meinhof Komplex” Uliego Edela i „Everything Is Illuminated” Lieva Schreibera.
verte.art.pl > Film > Eseje > O krzywdzącej polityce tłumaczeń tytułów filmowych (na przykładzie Życia innych Floriana Henckla von Donnersmarcka)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski