Jest zasadniczy powód, dla którego publikuję swoje rozmowy z ludźmi. Napisać — na przykład — o filmie, znaczy stworzyć zawieszony czasowo, raczej formalny tekst kultury, natomiast porozmawiać o filmie i zarejestrować tę rozmowę, znaczy pozostawić konkretne, zabarwione emocjonalnie świadectwo zdarzeń. Ma to więc większe znaczenie, bo sentymentalne. A poza tym tworzy się w ten sposób źródło informacji prawdziwej, bo bezpośredniej, a nie wysnutej, opartej jedynie na subiektywnych domysłach, która w dodatku może okazać się mylna.
Tym razem byłam w szoku… Jako szary człowiek, poczułam, że dzięki możliwości kontaktu z panem Filipem Zylberem, złapałam Boga za nogi. No bo jak to — znany reżyser zechce porozmawiać z jakąś tam prowincjuszką?! Wielki świat? Nie należę do niego. Tymczasem pan Filip okazał się niezwykle sympatycznym, otwartym, życzliwym człowiekiem. Przede wszystkim — człowiekiem, dopiero później reżyserem. Absolutnie nie spotkałam się z jakąkolwiek niedostępnością, pretensjonalnością czy wyniosłością z jego strony. Warto by się zatem zastanowić, czy tak zwany wielki świat, elita — nie są tylko mitem, stworzonym z zazdrości przez tych, którym się nie udało, bądź też po prostu nie chciało.
Emilia Walczak: Rok 1973 — pański debiut w jednym z najwspanialszych polskich filmów — „Sanatorium pod klepsydrą” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. Jak trafił pan do tego filmu?
Filip Zylber: W filmie Hasa znalazłem się przez zupełny przypadek, moja mama była sekretarką planu i pracowała wraz z Hasem. Przypadkiem zobaczył moje zdjęcie w jej portfelu i poprosił ją, żeby przyprowadziła mnie na zdjęcia próbne. Tak się też stało i wybrał mnie.
Czy znał pan już wtedy twórczość Brunona Schulza? Jak to się stało, że tak doskonale zagrał pan rolę Rudolfa, w jaki sposób się pan z nim tak świetnie zidentyfikował? I jak rzutowało to, tj. rola w filmie i współpraca z Hasem, na pańską przyszłość?
Co do Schulza, to o żadnej świadomości w tym wieku nie ma mowy, byłem dwunastoletnim chłopcem, który wolał grać w piłkę niż czytać aż tak poważne książki. Do Schulza wróciłem pod koniec liceum i wtedy dopiero zrozumiałem siłę Hasowskiej wyobraźni. Miałem zresztą to szczęście, że Has był moim profesorem w szkole filmowej, a potem byłem jego asystentem przy filmie „Pamiętnik grzesznika” [„Osobisty pamiętnik grzesznika przez niego samego spisany” z roku 1985 — przyp. EW]. Był również opiekunem mojego filmu absolutoryjnego [„Nie bój się” z roku 1985 — przyp. EW]. Odbyłem z nim wiele ciekawych rozmów i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z jego przenikliwości odczytu Schulza i jego świata. Co do mojej gry, to dzięki jego opiece nade mną można powiedzieć, że „zagrałem”. Mnie się wydaje, że raczej byłem. Jak sobie przypominam, z perspektywy czasu, to traktowałem to jako przygodę, wielką przygodę. Najbardziej utkwiły mi w pamięci dekoracje do tego filmu, olbrzymie miasteczko wybudowane na skałkach pod Krakowem, budynek sanatorium pod Warszawą i oczywiście dekoracje na halach łódzkiej wytwórni — te szczególnie były niesamowite. A wszystko jak żywcem wzięte z książki Schulza. Granie u Hasa było pewną konsekwencją, moja mama wyszła za mąż za Henryka Klubę, reżysera, a potem wieloletniego dziekana i rektora szkoły filmowej. A to prosta droga (moja) do filmówki i uprawiania zawodu reżysera.
A czy traktuje pan Hasa jako swego rodzaju ewenement?
Myślę, że miejsca Hasa w historii światowego i polskiego filmu nie muszę opisywać. Jest to jeden z najwybitniejszych reżyserów i cieszę się, że miałem sposobność z nim pracować. Przekazał mi wiele rad, takich najbardziej potrzebnych w pracy na planie, z ludźmi, bo trzeba pamiętać, że film nie jest tylko dziełem reżysera, ale składa się na jego efekt praca kilkudziesięciu osób, od aktorów po oświetlaczy czy rekwizytorów.
A prócz Hasa, pana korzenie, inspiracje, wzorce? Przy założeniu, że można już teraz wyróżnić coś takiego, jak „styl zylberowski”, byłoby to chyba jakieś echo Polskiej Szkoły Filmowej (mam na myśli jasną rozpoznawalność stylu)? Z drugiej strony, ktoś kiedyś napisał, że „Egzekutor” odnosi się wprost do „kina moralnego niepokoju”. Jak pan do tego wszystkiego podchodzi i w końcu — w czym spełnia się pan najbardziej: film, a może teatr?
Sam bym chciał znać odpowiedzi na te pytania. Bo w czym najbardziej się spełniam? Sam nie wiem, czasami wydaje mi się, że to jest teatr TV, czasami, że film. Jeżeli chodzi o korzenie, to pewno te wszystkie filmy polskie, które oglądałem, pozostawiły we mnie swój wyraźny ślad, ale nie staram się na nich za bardzo „wzorować”, bo i po co? Przecież te problemy męczyły innych ludzi w innym systemie. Kino moralnego niepokoju jest mi raczej obce, wydaje mi się, że robię cały czas jedną „RZECZ”, o zagubionym, nieprzystosowanym, obcym, innym, nie wiem jak to nazwać, ale właśnie o nim, po prostu o człowieku, który żyje gdzieś koło nas, niezauważony i nienazwany. Moje filmy (i te ze szkoły, i te dwa profesjonalne) i teatry TV zawsze gdzieś dotykają tych zagadnień i problemów. I nie mogę się uwolnić od obrazu małego, prześladowanego nie wiadomo przez kogo i przez co CZŁOWIEKA, kobiety, mężczyzny, dziecka. Po prostu człowieka. Zawsze są takie chwile w życiu, że jesteśmy tylko sami, tylko ze sobą, i czasami są to najgorsze momenty, a czasami najlepsze w naszym życiu. To co panią inspiruje do życia, miłości, nauki, działania, napędza też i mnie, każdy to widzi troszkę inaczej, ale jest to bardzo podobne. Jest też opcja, że się tego nie widzi, ale tacy ludzie nie żyją naprawdę, tylko w jakimś świecie złudzeń, w świecie, w którym my też, niestety, istniejemy, z tą tylko różnicą, że istniejemy świadomie, no może staramy się istnieć świadomie.
Nasza rozmowa ze stricte filmowej i formalnej raptem przerodziła się nam w egzystencjalno-sentymentalną. Spytam o coś, co właśnie ze względów sentymentalnych mnie szczególnie zaciekawiło. W wywiadzie dla „Kina” powiedział pan kiedyś, że Łódź działa na pana absolutnie destrukcyjnie. Dla wielu reżyserów Łódź jest przecież niepowtarzalną inspiracją. Dla nas obojga — miastem rodzinnym. Tymczasem, ma pan jakąś szczególną awersję?
Aż tak źle ze mną nie jest, zawsze gdy jestem w Łodzi, staram się przejechać [ulicą] i postać choć przez chwilę na moim podwórku i popatrzeć w swoje okna, potem w okna sąsiadów i przypomnieć sobie ich nazwiska, a pamiętam wszystkich, którzy mieszkali w naszej klatce. Mam wielki sentyment do miasta i miejsc, w których się wychowałem, przez które się przewinąłem w dzieciństwie. Dopiero potem, w liceum i na studiach wkradła się ta druga groźna, ale i zarazem fascynująca dla mnie Łódź.
© 2005 Emilia Walczak
verte.art.pl > Film > Wywiady > Po prostu o człowieku
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski