W natłoku zajęć i trosk zapomniałam, że kocham kino. Miłość do kina zaległa na kanapie mojej duszy i przysnęła. Stukając kolejnego maila, rzucałam jednym ślepiem na to, co za oknem, a drugim na to, co w kolorowym pudle TV. I nic! Lecąc po kanałach zajrzałam na newsy o oscarowej gali. Ku mojej uciesze na ekranie pojawiła się Kate Winslet w asymetrycznym cudzie na idealnie okrągłym ciele. Potem ciągle słyszałam zbitki dźwięków: Slumdog... dog slum, milioner, bollywood, indyjski. Nie do końca wiedziałam, czy to cały czas ten sam kanał. Ale okazało się, że to jednak wciąż te same niusy. Wsłuchałam się w te indyjskie klimaty i zaczęłam przyswajać intelektualnie, a nie tylko wzrokowo.
Genialny film nieamerykański, wstrząsający, mocny, w połączeniu z magicznie kolorowym określeniem kino indyjskie… Zaczęłam MYŚLEĆ, jakie „Hollywood” mogło dostać Oscara oraz komu do głowy przyszedł ten pomysł. Wklepałam w Internet tytuł (Google naszym przyjacielem!) tego cuda. Wciągnęło mnie czytanie, spóźniłam się na spotkanie i zasnęłam w poczuciu oszukania – dlaczego wcześniej nie widziałam tego filmu, dlaczego nikt mi o nim nie powiedział, dlaczego na kanapie duszy rozpłaszczyła się miłość do kina i leży beztrosko, czekając na lepsze czasy? Czas, żeby wpaść do kina, znalazłam dopiero niedawno, został mi do wyboru multipleks albo multipleks, albo dla odmiany pleksmulti…
Poszłam, zabrałam ze sobą towarzystwo do gadania w autobusie i pojechałyśmy.
Konwencję filmu rozpoznałam po trzecim ujęciu, umiałam odpowiedzieć na pytanie, skąd Slumdog zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Chłonęłam każdy kolorowo-slumsowy widok bolly, poddawałam się pędowi muzyki i szalonemu tupotowi bosych stóp małych chłopców, którzy właśnie stracili matkę. Zauroczona prawdziwym bollywoodem pomyślałam, co mnie w tym obrazie urzeka i co sprawia, że oglądam go zaniepokojona. Domyśliłam się, kiedy już wrzucałam do śmietnika przy wyjściu pusty kubek po kawie. PRAWDZIWOŚĆ obrazu... Fakt, że to jest (chociaż w przybliżeniu) prawdziwy świat TYCH magicznych i roztańczonych Indii. Mafie, pieniądz rządzący nawet rządzącymi, ślepi śpiewacy na usługach biznesmena prowadzącego dziecięcą wylęgarnię szmalu, dylemat „brat czy kasa”, miłość pomiędzy samotnymi dzieciakami, które nadal wierzą w jakieś ideały i jakieś wartości. Zatłoczone pociągi, broń za paskiem przemycona i zakurzona, kolorowe szale, gwar handlowy, bezwzględny policjant oraz posmak wielkiego świata, czyli teleturniej „Milionerzy”. Co tak wszystkich pociąga w tym teleturnieju? Jedna z bohaterek „Slumdoga” powiedziała, że to daje nadzieję na zmianę, na to, że można wygrać niezliczone rupie i się stamtąd wyrwać.
Herbaciarz wygrywający kilkadziesiąt milionów rupii, posądzony o oszustwo i rażony prądem w celu wyciśnięcia z niego przyznania się do winy. Prowadzący „Milionerów”, który podaje nieprawidłową odpowiedź, gracz, który przebiegle jej nie wybiera... Dużo się dzieje. Dużo, gęsto i dość niebanalnie. Historia miłosna jak zawsze jest pewnego rodzaju osią, wokół której całe życie herbaciarza się budowało. Skoro miłosna, to trochę banalna: kochają się, ale nie mogą się zejść, gdy się spotykają, to ona nie może uciec od swojego mentora, kiedy już ucieka, to ją łapią i tną jej policzek, a kiedy się okazuje, że nad wszystkim czuwa zły brat, robi się dość gęsto. Spotykają się w końcu podczas „Milionerów”, on odpowiada na ostatnie pytanie, a ona patrzy na niego w ekranie. Dzwoni telefon – herbaciarz dzwoni do przyjaciela, przyjacielem jest brat, telefon posiada ONA. Zamiast pytać o odpowiedź, Slumdog pyta o to, gdzie jest. Strzela, trafia, wygrywa, biegnie na dworzec. Widzi ją... całują się... No, banalne zagmatwanie miłosne, ale miłość zazwyczaj jest dość banalną historią, chyba taka już musi być. Gdyby nie była banalna, musiałaby być tragiczna (choć i tragizm miłosny bywa banałem).
Muzyka do filmu przegenialna, głośna, przyprawia o zawrót głowy, ma się prawie wrażenie zapachowe – muzyka jak kadzidła wlewa się w widza i napawa podnieceniem. Film przenosi w zupełnie inny świat, pozwala ujrzeć prawdziwy świat indyjskich dzieciaków. Historię Bombaju, który ze slumsów zrobił biznes, centrum mafijne. Kawałek dobrego kina, niezłej historii. Aktorzy grali na dobrym poziomie, montaż jest zmyślny i trzyma w napięciu. Jestem nadal pod wrażeniem, polecam każdemu, kto lubi zobaczyć coś innego, o czym można porozmawiać jadąc z kina, emocjonować się nieco bardziej niż zazwyczaj. Fanom bollywood polecam, żeby ujrzeli prawdę o tym kolorowym i tanecznym, kiczowatym świecie.
Nagi i goły bollywood jest moim zdaniem lepszy niż ten z „Czasem słońce, czasem deszcz”, chociaż radość całego Bombaju, kiedy Malik wygrywa główną wygraną, jest kwintesencją indyjskiej spontaniczności. Ekipa filmu nie odcięła się od bollywoodzkiej tradycji, ale nie zamknęła się też w jej ramach. Myślę, że „Slumdog” jest niezłą mieszanką bollywoodu i... ŻYCIA.
Jest tylko jeden mankament filmu: kiedy prowadzący „Milionerów” pyta gracza, czy jest pewien, że to nie TEN słynny australijski gracz... Tego powiedzieć by nie mógł, o czym z całą pewnością musi wiedzieć Hubert Urbański. Swoją drogą jestem strasznie ciekawa, jak oglądało się Urbańskiemu ten film, czy on też uważa: It’s my fucking show? Na szczęście do zgryźliwości indyjskiego prowadzącego naszemu wielbicielowi banku Milleniumjeszcze sporo brakuje.
© 2009 Maria Natalia Kistowska
verte.art.pl > Film > Recenzje > Psina ze slumsów w stłoczonym multipleksie, czyli słów krzta o bollywoodzie naprawdę („Slumdog Millionaire” Danny’ego Boyle’a)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski