W roku 1967 Witold Leszczyński zadebiutował swoim słynnym, pięknym poetyckim filmem — czyli „Żywotem Mateusza”, na podstawie norweskiej powieści „Ptaki” Tarjeiego Vesaasa. Dał się dzięki niemu poznać jako artysta o niesłychanej wrażliwości, a także o niespotykanie precyzyjnym (zauważmy: już na samym początku swej działalności!) warsztacie twórczym. Zwykło się go zestawiać z reżyserami, których czas debiutu przypadł na drugą połowę lat 60., a więc z Jerzym Skolimowskim, Henrykiem Klubą, Januszem Majewskim, których to zresztą darzę estymą szczególną. Tę grupę twórców często nazywa się „trzecim pokoleniem”, a ich kino tym samym — osobistym „trzecim kinem”. Nierzadko też zestawia się owych twórców, na podstawie pewnych analogii, z reprezentantami francuskiej Nowej Fali. I o ile w przypadku Jerzego Skolimowskiego jest to w miarę zrozumiałe, bo jego improwizacyjne kino perorujące szło w parze, a czasem nawet wyprzedzało jakością nazbyt manieryczne i pretensjonalne filmy Jean-Luc Godarda, o tyle pozostali prezentowali swą własną specyfikę, nie zestawialną z innymi. Tak na przykład Henryk Kluba tworzył filmy „poczciwe” i prowincjonalne, Janusz Majewski — takie z pewną dozą melancholii, tajemnicy i niedopowiedzenia, a Witold Leszczyński — starannie wyważone i przemyślane, realizujące tematy pozornie błahe, lecz nadające im wymiar wręcz metafizyczny.
Rok 1973 był w polskim kinie rokiem szczególnym. Premierę miało wtedy kilka niezwykle ważnych filmów, które być może przesłoniły nieco „Rewizję osobistą”. Były to więc na przykład: kultowa „Iluminacja” Krzysztofa Zanussiego — pierwszy polski esej filmowy, głośne „Na wylot” Grzegorza Królikiewicza, niepokojący „Palec boży” Antoniego Krauze, czy w końcu głośna adaptacja „Wesela” autorstwa Stanisława Wyspiańskiego zrealizowana z wielkim rozmachem przez Andrzeja Wajdę. Te filmy poruszyły ówczesną publikę i tym samym na zawsze zapisały się w świadomości widzów jako bardzo ważne, istotne, po prostu Wielkie. Nic zatem dziwnego, iż „Rewizja osobista” — kolejny film Leszczyńskiego po „Żywocie Mateusza” — przeszła bez większego echa. A szkoda. Lecz błędy te można na szczęście skorygować, patrząc dziś z dystansu na historię kina polskiego. O wartości filmu nie powinny wszak stanowić arbitralne zaprzeszłe sądy, wydane kiedyś przez krytyków-aparatczyków w nadziei na uśmiech pierwszego sekretarza.
„Rewizja osobista” to w zasadzie film autorstwa dwojga twórców: Witolda Leszczyńskiego oraz Andrzeja Kostenki (artysty wówczas należącego do „kręgu” Romana Polańskiego). Maczał tu też palce Grzegorz Skurski, drugim reżyserem będąc. Wszyscy oni przyczynili się do stworzenia filmu pozornie kiczowatego, banalnego, lecz tak naprawdę w istocie swej genialnego. Rzeczona kiczowatość „Rewizji…” nie wynika bowiem z nieumiejętnego sposobu realizacji i tak już trywialnego tematu: niezręcznej sytuacji zaistniałej na przejściu granicznym. Z samego kontekstu komparatystycznego — czyli z przyrównania „Rewizji…” do „Żywota Mateusza” wywnioskować można przecież, iż film Leszczyńskiego po prostu nie może, wręcz nie ma prawa być zły. Bo oto w debiucie do czynienia mieliśmy z równie (pozornie) prostą historią „wiejskiego głupka, co się utopił”. Niby banał, ale za to jak przedstawiony, z jakim artyzmem i z jak wielką wrażliwością!
Oczywiście taśma czarno-biała ma dziś swój prestiż, a filmy na niej uwiecznione zalicza się zrazu do „klasyki” ekranu. Tymczasem „Rewizja osobista” zrealizowana została najpewniej na taśmie „ORWO” czy jakiejś jej zbliżonej jakością, stąd też charakterystyczne żółtawe, słomiane kolory filmu. Takich obrazów nie ogląda się dziś zbyt chętnie, rażą one paradoksalnie swą anachronicznością. Ludzie żywią do nich jakieś dziwne, podejrzane, niczym nieuzasadnione odium, toteż filmy te pozostają najczęściej przemilczane i pominięte we wszelkich wydawnictwach przekrojowych o polskim kinie.
A kadry z „Rewizji…” przywodzą wręcz na myśl zdjęcia powycinane z żurnala wydanego za czasów „wczesnego Gierka”. Lecz tu ujawnia się, moim zdaniem, właśnie cały ten swoisty urok — „ORWO-szaleństwo” i „ORWO-sielanka”, piękny świetlisty świat w żółtych, słonecznych barwach. Takie właśnie, sądzę, były intencje twórców — aby zarejestrować banał, niejaką bezmyślność egzystencji w ówczesnej Polsce. Zważmy na: buty na korkowym koturnie, pasek z kwiatkiem na sprzączce, spodnie „dzwony” z Mody Polskiej, pastelową apaszkę, broszkę z motylkiem i inne tego typu gadżety… To symbole nagłego, konsumpcyjnego zachłyśnięcia się towarem z importu lub też — jak w przypadku „Rewizji…” — z przemytu. Leszczyński i Kostenko chcieli zatem, jak mniemam, pokazać tandetę tamtych czasów, ich sztuczność. Stąd też parodystyczne „wstawki”, niby to telewizyjne reklamy towarów, o których aktualnie w filmie mowa, towarów noszących idiotyczne wręcz nazwy (co, sądzę, jest cytatem z „Hydrozagadki” (1970) Andrzeja Kondratiuka — patrz scena pt. „zdejm kapelusz”). Być może w tym miejscu ujawnia się (częściowo) coś z nouvelle vague — takie Godardowskie, swoiste poczucie humoru zblazowanego kabotyna?
Z zaczynającego się szerzyć konsumpcjonizmu nieodłącznie wynikało stopniowe pogarszanie się stosunków międzyludzkich. Oczywiście pokazał w „Rewizji…” Leszczyński wraz z Kostenką postaci w sposób dość karykaturalny, między innymi już poprzez samo nadanie im jakże typowych imion: pani Basia, panna Krysia, pan Roman, Piotruś… Lecz ten ostatni, mały, lekceważony przez reprezentantów świata dorosłych chłopiec, jest tak naprawdę spośród wszystkich bohaterów postacią najważniejszą i na dodatek ratującą określenie „dramat psychologiczny”, trochę na wyrost zastosowane przez krytykę w kontekście całokształtu „Rewizji…” (bo czy nie lepiej byłoby po prostu rzec: „film obyczajowy”?). Idąc zresztą podjętym już raz tropem analogii między tak zwaną polską „nową falą” a Nową Falą francuską, i, generalnie, twórcami polskimi i francuskimi, istotnie przyznać trzeba, iż niemożność jednoznacznego określenia gatunkowości „Rewizji osobistej” czy na przykład późniejszego filmu Marka Piwowskiego „Przepraszam, czy tu biją?” przekłada się na tę samą „niedefiniowalność” gatunkową filmów Françoisa Truffauta czy wspomnianego już wcześniej Jean-Luc Godarda. Dajmy na to: czy można powiedzieć o „Jules i Jim”, „Gładkiej skórze” Truffauta czy o „Alphaville”, „Pogardzie” Godarda jako o „dramatach obyczajowych”, „psychologicznych”, „społecznych”?! Czy można zamartwiać się ich treścią, jednocześnie nie śmiejąc się z ich karykaturalno-groteskowej formy?! Oczywiście, że nie można. To samo tyczy się też „Rewizji osobistej” Leszczyńskiego i Kostenki.
Wracając jednak do podjętego już raz tematu Piotrusia, z początku jawi się nam co prawda ten mały bohater jako dziecko o twarzy prawie że Damiana z „Omenu”, wiecznie naburmuszonej i złej. Lecz, jak się później okazuje, tylko jego tak naprawdę można traktować z całej zbiorowości bohaterów filmu poważnie. Przeżywa bowiem dramaty dojrzewania, jest fatalnie zakochany w kuzynce swojej mamy (czyli wspomnianej już pannie Krysi), zbuntowany wobec hipokryzji owego świata dorosłych. Jest ponad wszystkimi, na koniec zwyciężą nawet racje swego ojca — wysokiego dygnitarza-kacyka. Drastycznie zderza się też z prawdą o świecie, a z jego młodych oczu spadają łuski naiwności. Jest nieco banalny, nie da się ukryć, ale w zestawieniu z pozostałymi bohaterami, to do prawdy istne wcielenie mądrości, wcielenie, na dodatek, posługujące się płynnie językiem angielskim!
Nieprawdą jest więc, iż „Rewizja osobista” to film „słaby”, a jego nie docenienie uważam za niewybaczalną pomyłkę. Daje się tu przecież zauważyć niemalże genialne, inteligentne poczucie humoru Leszczyńskiego (będące już pewną zapowiedzią „Konopielki”), chociaż film ten komedią sensu stricto bynajmniej nie jest. To coś wręcz zjawiskowego, coś o nieokreślonej gatunkowości, casus szczególny w polskiej kinematografii. To jakieś przewrotne studium psychologiczne całkowicie pozbawione suspensu, potraktowane z przymrużeniem oka, a oparte na tradycyjnej antycznej teatralnej zasadzie trzech jedności: miejsca, czasu, akcji. Jest tu kicz świadomy, konsekwentnie zastosowany na wszystkich płaszczyznach filmu, którego to kiczu kwintesencją jest jakże typowy „landszaft z jelonkiem”, za którym to zwierzęciem, ot tak sobie gania Piotruś, albo nieoczekiwane zjedzenie szklanki (sic!) przez pięknego praktykanta Łukasza, lub też jego nienaturalny, nieoczekiwany, spazmatyczny wybuch śmiechu — istny paroksyzm nieuzasadnionej, spontanicznej uciechy.
Dialogi są w „Rewizji…” trywialne, przestrzeń traktowana teatralnie, praca kamery sztywna albo oparta na drażniących jej najazdach i odjazdach — niemalże jak u Luchino Viscontiego (!), kreacje aktorskie przerysowane i nieadekwatnie pompatyczne, scenografia po prostu tandetna, a charakteryzacja — wręcz okropna. Z drugiej strony jednak, jest tu nawet, powiedziałabym, pewna doza perwersji, dajmy na to: opowieść o przykrych doświadczeniach praktykanta „Córuś”, jego przygodne zbliżenie z panną Krysią w pobliskich zaroślach, nietrafna miłość Piotrusia czy chociażby samo zagrożenie tytułową „rewizją osobistą”. Film ten to jedno wielkie szyderstwo i naigrywanie się, ale podszyte strachem i niepewnością, niejaki żart paniczny w sytuacji zagrożenia. Obraz to doprawdy niebanalny, do którego koniecznie należy powrócić, szczególnie, że dzisiejsze czasy także tchną sztucznością i plastikiem, i to w skali globalnej.
Ostatni element decydujący o niezwykłości tego filmu — tak gwoli zwieńczenia tych moich emfatycznych dywagacji — to pojawienie się w krótkim epizodzie Edwarda Stachury, z którym to Witold Leszczyński pozostawał zawsze w głębokiej przyjaźni, czego efektem będzie zresztą adaptacja „Siekierezady” (1985) autorstwa tegoż pisarza-poety. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, stwierdzam: „Rewizja osobista” zwykłym, miałkim banałem i plamą na honorach Leszczyńskiego i Kostenki po prostu być nie może. Toteż nie jest, za co ręczę dobrym swym imieniem.
© 2005 Emilia Walczak
verte.art.pl > Film > Eseje > Rewizja polskich mitów z osobistego punktu widzenia
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski