Kino Nicolasa Roega nie ma łatwego życia w XXI wieku. Owszem, oddaje mu się przełomowe osiągnięcia w dziedzinie montażu i prowadzenia narracji, kilka scen, jak choćby niesamowita scena miłosna Julie Christie i Donalda Sutherlanda w „Nie oglądaj się teraz” (1973), przeszło do żelaznej klasyki mistrzostwa inscenizacji, ale czy ktoś kino Roega jeszcze z uwagą ogląda? Zrealizowany po jedenastoletniej przerwie „Puffball” (2007) przyjęto bardzo chłodno. „Człowiek, który spadł na ziemię” (1976) być może jest oglądany, ale na ogół przez zagorzałych fanów Davida Bowie, w którym ten zagrał tytułową rolę. Wybitny „Walkabout” (1971) dopiero niedawno wydano na DVD. Mistrzowie starsi (Ridley Scott) i młodsi (Noé) chylą przed nim czoła. Czy powróci czas na to wizyjne, przenikliwe kino? Przydałoby się.
Niesławnie określony chorym filmem zrobionym przez chorych ludzi dla chorych ludzi „Bad Timing” to najmocniejsza propozycja Roega, a zarazem jedno z najbardziej bezkompromisowych studiów obsesji w historii kina. Oglądana dziś, nadal może budzić szok, obrzydzenie, a nawet frustrację, jednak każdy, kto szuka w kinie tropów mogących przybliżyć nas do istoty kompleksowości relacji międzyludzkich, daleki będzie od negacji. Historia śledzi burzliwe losy związku nauczyciela psychoanalizy w średnim wieku, intelektualisty Alexa Lindena (Art Garfunkel) i jego młodej, pogrążonej w depresji partnerki Mileny (życiowa rola Theresy Russell). Opowiadana nielinearnie fabuła zaczyna się w momencie, kiedy Milena ląduje w szpitalu w wyniku przedawkowania środków nasennych. Wraz z każdym kolejnym tymczasowym rozstaniem narastają kłótnie i nieporozumienia, tworząc toksyczną atmosferę, która zamiast ich oddalać, czyni coraz bardziej zależnymi. Rośnie też za tym dysonans ich potrzeb – Alexowi marzy się namiętny seks z przerwami na small talk, podczas gdy Milena pragnie oczyścić się ze szeregu romansów, jakie miała po drodze. Szuka ulgi w alkoholu, którego ostro nadużywa, jednak nic nie jest w stanie stłumić rozpaczy; do porozumienia nie dochodzi, jednak dawanie sobie „kolejnej szansy” jest narkotykiem na tyle silnym, żebyśmy prędko zapomnieli o cenie, jaką za nią płacimy. W końcu degradacja osiąga dno – Alex znajdując Milenę w zapaści odbiera to jako jedną z jej kolejnych desperackich prób zwrócenia na siebie uwagi i zamiast natychmiast zawieźć ją do szpitala, zdziera z niej ubranie i uprawia na niej seks…
Czy nie było sposobu, aby to zatrzymać? Nietzsche jest zdania, że od pewnego momentu bardziej kocha się pożądanie jako takie niż obiekt swojego pożądania, i to zdaje się być problemem Lindena, który, mimo iż uczy psychoanalizy, okazuje się bezradny jak Alicja w krainie czarów – obsesyjnie pragnący fizycznego zbliżenia, a jednocześnie zaślepiony przez uraz, obraca ich relację w ruinę.
Koniec końców, dobry, zdrowy związek zakłada właśnie dobre wyczucie czasu (good timing), z właściwymi gestami i słowami kierowanymi do siebie przez partnerów we właściwych momentach, ale do tego trzeba by być omnibusem, mówi Roeg, i jak nikt inny pokazuje, jak ludzkość potrafi w miłości zgotować sobie piekło na ziemi, oferując nam historię, która emocjonalnie jest tak intensywna, jak intelektualnie stymulujące są „Sceny z życia małżeńskiego” Bergmana czy „Opętanie” Żuławskiego.
„Porzuć nadzieję, ty, który tu wchodzisz…”, zdaje się mówić za Dantem Roeg. Ale czy rzeczywiście? Raczej mówi, że kochać nie wystarczy – jeszcze w tym kochaniu trzeba umieć być uważnym.
© 2010 Jacek Szafranowicz
verte.art.pl > Film > Recenzje > Rób to z wyczuciem („Bad Timing” Nicholasa Roega)
© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski