Polska polityka tłumaczeń tytułów filmowych jest dla widza nieznającego języków po prostu krzywdząca i każe mu na przykład wierzyć, że „Dirty Dancing” to „Wirujący seks”. Dlatego właśnie, w ramach skromnej manify, pozostanę przy wersji oryginalnej jedynego jak do tej pory – niestety! – filmu Lieva Schreibera (aktora, ostatnio występującego w „Oporze” Edwarda Zwicka obok „Bonda o twarzy Putina” Daniela Craiga). Uzasadnienie? Nie idzie mi o manifestację mojej znajomości języka angielskiego, bo ta jest podobna do talentu jednego z bohaterów filmu Schreibera... Chodzi o bojkot wspomnianej polityki tłumaczeń, bowiem przełożenie „Everything Is Illuminated” na „Wszystko jest iluminacją” niejako nakazuje odbiorcy od początku filmu we wszystkim doszukiwać się „oświecenia”, jak czynił to niegdyś Franciszek z obrazu Krzysztofa Zanussiego „Iluminacja”. A przecież zupełnie nie o to tu idzie. Tu teraźniejszość zostaje rozświetlona światłem przeszłości, a genialny film filosemity Schreibera – postacią równie genialnego Eugene Hutza, multikulturalnego jak świat przedstawiony w „Everything is Illuminated”, filmie drogi dla fanów zielonej Ukrainy, Michaela Jacksona, roku ‘69 i „Słoneczników” Van Gogha.
Jak już ustaliliśmy, z Zanussim dzieło to raczej niewiele ma wspólnego, za to z Krzysztofem Kieślowskim – i owszem! Bohaterowie: Jonathan (Elijah Wood), amerykański Żyd, który przyjeżdża na Ukrainę w poszukiwaniu swojej przeszłości, i Alex (Hutz), jego ukraiński „skromny tłumacz”, to jakby nowa, postmodernistyczna wersja dwóch Weronik, przeglądających się w sobie wzajemnie, początkowo ze zdziwieniem, które następnie przeradza się w zrozumienie – samych siebie i siebie nawzajem. Dzieje się to na tej samej zasadzie, jak w wiodącej tu, w filmie, piosence Gogol Bordello, notabene kapeli Hutza, „Start Wearing Purple”: anglojęzyczny Zachód spotyka się z rosyjskojęzycznym Wschodem i wychodzi z tego naprawdę niezła kooperacja. Tę samą symetryczność światów (czy też Kieślowską „podwójność”) ukazał też symbolicznie Schreiber przy pomocy tych samych aktorów trzecioplanowych grających różne postaci. Są to – najpierw – kolejno spotkani na Ukrainie podczas „bardzo sztywnej podróży”: „kelnerka”, mały pasterz i robotnicy, a potem – już w USA – wszyscy oni w tej samej kolejności ujrzeni przez Jonathana na lotnisku, w swych „lustrzanych” zachodnich wcieleniach.
Kolejna dychotomia w „Everything Is Illuminated” – bo tu wszystko jest „podwójne” lub/i powtórzone – to świat młodych i starych: dziadek Jonathana – Jonathan, dziadek Alexa – Alex, nawet symbolicznie w początkach filmu: starsi ludzie na ławce, a w tle skate park… I później okazuje się, że bez „starych” nie ma „młodych” – i nie chodzi tylko o proces prokreacji. Bez przeszłości nie ma teraźniejszości, one zawsze będą obok siebie, jak cztery wymienione wyżej osoby, których losy przecięły się tworząc literę X, jaką można zgiąć na pół wzdłuż czterech osi i za każdym razem powstające w ten sposób połowy się na siebie nałożą; jak ich rodziny i rodziny ich rodzin. Vide: cała tyrada Alexa na koniec filmu. To jak swoista dwoistość u Giorgia Agambena, gdzie coś, co wydaje się jednym pojęciem, faktycznie okazuje się dwoma terminami pozostającymi w jakiejś relacji. Agamben we „Wspólnocie, która nadchodzi” przytacza adekwatną do mądrości zawartej w filmie Schreibera przypowieść Waltera Benjamina:
U chasydów opowiada się taką historię o przyszłym świecie: wszystko będzie w nim wyglądać tak jak tutaj. Pokój, w którym mieszkamy, w przyszłym świecie będzie taki sam; nasze dziecko spać będzie w tym samym miejscu również w innym świecie. A to, co nosimy w tym świecie, nosić będziemy również na tamtym. Wszystko będzie tak, jak teraz, tylko nieco inaczej.1
I niech ktoś mi powie, że „Everything Is Illuminated” jest naiwnym albo płytkim, albo efekciarskim, albo nie daj Boże złym filmem. To majstersztyk nakręcony przez świadomego i materii filmowej, i życia – jak Kieślowski! – reżysera. Na potwierdzenie tego – jeszcze jeden, i „filmowy”, i „życiowy”, „złoty podział” – sprawiedliwe proporcje komedii i dramatu – obie powodują łzy, najpierw ze śmiechu, potem ze wzruszenia, a na koniec: katharsis. Jakkolwiek to banalnie czy głupio brzmi, tym bardziej w moim wykonaniu. Ale prawda jest taka, że wobec tego filmu nie potrafię się zdystansować, oglądałam go ostatnio trzy razy w ciągu pięciu dni i doskonale wiem, że za każdym razem zapadałam w filmowy pseudosen; że ten film to takie tam sobie bajanie, z realnością niemające niczego wspólnego, ale… to jest właśnie bajka, w którą chcę wierzyć. W taki sposób mogę być manipulowana, proszę bardzo, ale przez tłumacza tytułu – niet!
© 2009 Emilia Walczak
1 Giorgio Agamben, Wspólnota, która nadchodzi, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2008, s. 60.
verte.art.pl > Film > Recenzje > Różnica i powtórzenie, czyli podwójne życie Weroniki bis („Everything Is Illuminated” Lieva Schreibera)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski