Tytuł kultowego wśród mojego pokolenia filmu Bena Stillera, w Polsce znanego również jako „Orbitowanie bez cukru”, przyszedł mi dziś na myśl, gdy wróciłam do domu z pewnej komercyjnej wypożyczalni filmów, żyjąc w błogim przeświadczeniu, że po raz kolejny będę delektować się „2001: Odyseją kosmiczną” Stanleya Kubricka. Za oknem zimno, pada, a w domowym zaciszu tylko ja, czerwone wino i Keir Dullea. Niestety, ku mojemu zdziwieniu, po uruchomieniu płyty DVD z filmem, na ekranie komputera ujrzałam twarz Lesliego Nielsena. Tak, pani w wypożyczalni zapakowała mi „2001: Odyseję KOMICZNĄ”! Nie byłam w stanie zmusić się do oglądania czegoś takiego, więc zanim włączyłam sobie znaleziony gdzieś w szpargałach filmowy substytut — „Imperium namiętności” Nagisy Oshimy — postanowiłam napisać te właśnie słowa.
A tak w zasadzie, to poskarżyć chciałam się światu na coś zupełnie innego, a „Odyseja komiczna” była tu zaledwie pretekstem. Dwa dni temu byłam w kinie na długo wyczekiwanym przeze mnie „Happy-Go-Lucky” Mike’a Leigh (jeden z moich ulubionych twórców filmowych). Przebolałam jakoś fakt, że grają go w moim mieście jedynie w multipleksie. Akurat nie miałam kaca, więc zapach popcornu jakoś szczególnie mnie nie drażnił. Przeżyć jednak nie mogłam czegoś zupełnie innego: na sali podczas seansu siedziało za mną… z czterdzieścioro gimnazjalistów. Tylko spokojnie, oddychaj — myślałam — jakoś to przetrwasz. I faktycznie, nie było tak źle, gadali tylko na początku, później większość się uspokoiła (geniusz absorpcji uwagi Leigh!). Choć w pewnych momentach było ciężko, na przykład kiedy Sally Hawkins szła do łóżka z Samuelem Roukinem. Wiadomo, tak zwane „sceny” plus szalejące w „gimbusach” hormony… Najpierw jakieś dziewczę głośno beknęło, a potem słyszałam już tylko głos pękających chłopięcych rozporków. O ironio, kiedy miało przyjść co do czego, scena skończyła się radykalnym cięciem — wtedy oto na sali rozległo się przeciągłe zbiorowe no jaaaaaaaa. A kiedy w następnej scenie na ekranie ukazali się Hawkins i Roukin stojący na balkonie w majtkach, już „po” (ech, te filmowe elipsy czasowe), młodzież ryknęła głośnym, prostackim raczej, śmiechem. Dziwne, prawda? Bo co w tym śmiesznego? Też się dziwiłam, ale potem zrozumiałam, że kawałek tyłka w rozciągniętych gatkach zawsze będzie cieszyć większość naszego społeczeństwa. Podobnie jak „2001: Odyseja komiczna”.
Rzeczywistość boli.
© 2008 Emilia Walczak
verte.art.pl > Film > Felietony > Rzeczywistość boli
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski