Data trzynastego marca 1995 roku otwiera nowy rozdział w historii kina. Tego oto dnia czterech duńskich reżyserów podpisało manifest, który można uznać za jedną z najważniejszych deklaracji artystycznych lat dziewięćdziesiątych. Lars von Trier, Soren Jacobsen, Thomas Vinterberg oraz Krystian Levring powołali do życia DOGMĘ 95. Ów „program” był szczerą chęcią uwolnienia się od kina, które zalewa kontynent europejski i nie tylko. Film ma nie być trwałą iluzją, perfekcyjnie wymyślonym dziełem, lecz ma w jak największym stopniu przedstawiać świat takim, jakim jest naprawdę, z całą jego brzydotą i szaleństwem.
„Tańcząc w ciemnościach” jest dzieckiem owego wyznania wiary artystów. Jest to film opowiadający o pozornym braku dostosowania się do rzeczywistości, o miłości rodzicielskiej, o wiszącym fatum, o ucieczce w świat muzyki, a w końcu o najwyższej złożonej ofierze w imię własnych przekonań…
Selma Jezykowa pochodzi z Czechosłowacji. Jednak nie tam przyszło jej egzystować. Mieszka i pracuje w Stanach. Żyje w przyczepie wynajętej od swoich przyjaciół: Billa i Lindy. Mężczyzną jej dni jest syn, który w wyniku genetycznej wady traci wzrok. Jedyną szansą, aby powstrzymać chorobę oczu jest operacja, która jest bardzo kosztowna. Selma nie chce by jej dziecko „nie zobaczyło nigdy swoich wnuków”. Odkłada zatem w tajemnicy przed wszystkimi pieniądze na ów zabieg. Swojej przyjaciółce Kathy i innym postronnym osobom mówi, że zaoszczędzone dolary wysyła swojemu ojcu Novemu.
Pewnego dnia Bill przychodzi do Selmy i żali się, że traci wszystkie oszczędności. Selma szczerze opowiada mu o swoim „skarbie”, jednak na prośbę mężczyzny, aby pożyczyła mu trochę gotówki, odmawia. Bill nie czuje się jednak tym zrażony. Postanawia okraść główną bohaterkę, co też czyni. Selma orientuje się, że padła ofiarą oszustwa i idzie odebrać swój „dobytek”.
Zastaje niespodziewany opór ze strony sąsiada. Pojawia się broń. W wyniku szamotaniny Bill zostaje postrzelony. Aby go uśmiercić, Selma zadaje mu trzydzieści cztery ciosy ostrym narzędziem…
Podczas rozprawy sądowej, nie potrafiła (a może nie chciała?) udowodnić, że są to jej ciężko zarobione pieniądze i dlatego chciała je odzyskać. Ponad to, Novy okazał się nie być jej prawdziwym ojcem, a linia obrony mówiąca o tym, że Selma nie wiedziała co robi, bo działała na oślep, zawiodła. Wyrok okazał się być bezwzględny dla kobiety — śmierć przez powieszenie… I nic już tego nie zmieniło.
Postać Selmy jest w efekcie końcowym nacechowana tragizmem, odgórnym zrządzeniem losu, od którego nie ma ucieczki. Nie znaczy to jednak, że bohaterka ta jest bierną istotą, godzącą się na każdą niesprawiedliwość. Ona nie ma potrzeby mówienia o swoich uczuciach. Gdy chce wyrzucić z siebie wszelkie bóle, po prostu śpiewa. Słowa układają się w monolog, w wewnętrzny dialog z samą sobą. Muzyka pomaga jej odbierać świat na nieco mniej burzliwych falach. Gdy nie radzi sobie w jakimś momencie, zamyka oczy i, pisząc patetycznie, jej dusza zaczyna tańczyć w ciemnościach (o interpretacji tytułu będzie później mowa). Dzięki tej niecodziennej formie terapi, Selma tworzy swoją własną tajemnicę, tak jak człowiek tworzy własną legendę. Przyjmuje otoczenie z radością dziecka, naiwnością, która niekiedy może razić widza, gdyż ten, znający już z doświadczenia mechanizmy przetrwania, wie, że owa postawa w dzisiejszym świecie może przynieść więcej rozczarowań aniżeli radości. Nie żyjemy bowiem sami, jest jeszcze kilka osób obok nas, od których jesteśmy zależni.
Selma ma świadomość, że za popełnioną zbrodnię zostanie surowo ukarana. Jednak nie protestuje, nie ucieka, nie walczy o siebie. Jej spełnieniem staje się syn, w którym pokłada słuszność swoich wyborów. Bo nie chodzi tylko o odebranie życia Billowi w imię wyższej idei. Samo urodzenie chłopca stało się dla niej wyzwaniem, gdyż od wczesnych godzin poczęcia, wiedziała doskonale, że grozi mu trwała utrata wzroku. W jej pojęciu matka to ktoś, kto składa ofiarę z siebie na ołtarzu rodzicielstwa, jeśli zachodzi taka potrzeba.
Lars von Trier w udzielonych wywiadach zaznacza swoja fascynację Carlem Theodorem Dreyerem i jego twórczością. Szczególne wrażenie zrobiło na nim „Męczeństwo Joanny d’Arc”. I może dlatego historia Selmy jest podobna do losów Dziewicy Orleańskiej. Nad obiema postaciami wisi fatum, rodem z tragedii greckiej, gdzie każda decyzja zakończy się albo śmiercią fizyczną, albo śmiercią własnego ducha. Chodziaż istnieje teoretyczna i praktyczna możliwość ocalenia kobiet, to żadna z nich nie skorzysta z prawa łaski. Łączy je jeszcze jeden szczegół. One nie stoją na pozycji herosa. Walczą, choć wiedzą, że mogą przegrać życie. Jednak dla nich wygranie prawdy jest bezcenne, bo to rzeczywistość im podlega, a nie odwrotnie…
Jako ciekawostkę chciałabym dodać, że von Trier w podobny sposób współpracował z Björk, jak Drayer z Louise Renée Falconetti. Reżyserzy doprowadzali swoje aktorki do granic wytrzymałości i w tym stanie je filmowali. W ten sposób granica pomiędzy iluzją filmową a światem realnym zacierała się nie tylko dla nadawców, ale i dla odbiorców.
Ponieważ Selma kocha syna całym swoim sercem i nie chce dopuścić do jego kalectwa, musi zabić Billa. Inaczej nigdy nie odzyskałaby swoich pieniędzy. Sąsiad bowiem umiejętnie wykorzystałby łagodność bohaterki i zapewne zaprzeczyłby jakimkolwiek oskarżeniom skierowanym w jego stronę. Poza tym, był szanowanym policjantem, więc komu uwierzyłaby społeczność amerykańskiej prowincji: biednej emigrantce z komunistycznego kraju czy stróżowi porządku z państwa „prawa i sprawiedliwości”?
Tak więc, niejako panowie są odpowiedzialni za tragedię Selmy. Gdyby płeć brzydka nie pojawiła w jej życiu, nie zostałaby stracona i nie musiałaby odsyłać kogoś na wieczną wartę, by w ten sposób ocalić kogoś innego. To oni decydują o jej przeznaczeniu. Jest nie tylko mocą sprawczą w ich rękach ale i ofiarą męskiej polityki prawnej (adwokat z urzędu niewiele pomógł swojej klientce, gdyż nie doszukał się żadnych elementów łagodzących, co przesądziło o decyzji sądu).
Muszę wspomnieć, że zaistniała szansa na uratowanie Selmy. Pojawił się obrońca, który za dolary przekazane na zabieg syna był gotów przyjąć wyzwanie i oddać ponownie sprawę w ręce Temidy. Nie trudno się jednak domyślić, że bohaterka o wszystkim się dowiedziała i zaprzestała definitywnie walczyć o swoje ocalenie.
Nie każdy mężczyzna w otoczeniu Selmy niesie zła nowinę. Selma bowiem w imię miłości do chorego syna odrzuca nieśmiałe uczucie swojego adoratora, który pragnął dać jej oparcie i bezpieczeństwo. Nie wykluczam, że pragnęła go na swój sposób, lecz jej system wartości odrzucał chwilowo związki, które mogły zakończyć się fiaskiem i odbić się niefortunnie na samopoczuciu, a tym samym na zdrowiu chłopca.
Musical filmowy (ang. musical, film musical, musical comedy) na ekranach kin całego świata stał się nie tylko modny, ale w ogóle możliwy dzięki filmowi dźwiękowemu. Musical ekranowy to wyrosłe z tradycji amerykańskiego teatru muzycznego, utożsamianej głównie ze scenami Broadwayu i 42. Ulicy, widowisko zazwyczaj filmowe o charakterze komediowym, którego zasadniczą cechę stanowi strukturalna jedność trzech współtworzących je, niezbędnych dla jego konstrukcji elementów: muzyki, śpiewu i tańca.1
Muzyka symbolizuje (…) harmonię, mowę aniołów, dobro śmiertelników, złudzenie duszy i zmysłów, pośrednictwo między duszą a zmysłami, przyjemność zmysłową, strefę pośrednią; proroctwo, czar, magię; szczęście, pociechę, łzy. Muzyka — lekarstwo, uzdrowienie.2
Selma bez wątpienia kocha śpiewać. Gdy nie czuje się pewnie w jakieś sytuacji lub zdaje sobie sprawę, że jest ona patowa (pobyt w więzieniu, droga na szubienicę), proste dźwięki ekspresji stają się dla niej nie tyle wybawieniem, a ile wsparciem. Nawet cisza może stać się podłożem do libretta.
Dzięki muzyce jest skłonna poradzić sobie z własnymi fobiami czy nieudolnościami. Gdy zaczyna rozumieć, że bezpowrotnie traci wzrok i że najprawdopodobniej zostanie zwolniona z fabryki, zaczyna traktować swoje stanowisko pracy jako scenę, na której rozgrywa się „live performace”. Kiedy podczas obsługi prasy, zaczyna odbijać się od ziemi i wydobywać z siebie głos, przypomina mi się „Balet mechaniczny” Fernanda Legera. Jak mówił malarz-kubista, prawdziwy film to ujawnienie przedmiotów całkowicie nieznanych naszym oczom. Przedmioty te wywołują wrażenie, jeśli potrafimy je w odpowiedni sposób przekazać.3
Urządzenia u Triera, tak jak u Legera, tworzą swego rodzaju orkiestrę, w której dyrygentem jest wcześniej zapisana partytura. Wszystko tu wiruje, drga, tańczy, kręci się wokół. Następuje pełna symfonia ruchu, szybkość, brak zatrzymania.
Musical to dla Selmy świat ułożony dla siebie i pod siebie. Nie znaczy to jednak, że ona w tej przestrzeni egzystuje całą sobą. Jest to tylko i wyłącznie alternatywa na nicość, która co jakiś czas daje znać o sobie.
Film twórcy „Dogville” z założenia miał być realistyczną wizją, a nie kolejnym tanim produktem, więc nic tu nie może trwać wiecznie. I tak główna bohaterka pozornie wyrzeka się swojego uczucia do muzyki. Okłamuje reżysera amatorskiej grupy teatralnej, w której występuje. Mówi mu, że nie umie i nie chce się wczuć w swoją rolę, którą przyszło jej odtwarzać na deskach prowincjonalnego domu kultury. Nie wyjawia prawdziwych motywów swojego postępowania. Boi się, że przyznając się na forum do swojej ułomności, starci możliwość zarabiania w wytwórni… Paradoksalnie, gdyby to zrobiła, prawdopodobnie nie zostałaby skazana na karę śmierci i mogłaby nadal być matką dla swojego syna.
Chwila załamania odwiedza Selmę tuż przed powieszeniem (po amerykańsku taką osobę nazywa się dead man walking, czyli dosłownie idzie trup). Panikuje, nogi odmawiają jej posłuszeństwa, zanosi się płaczem. Nie słyszy żadnych dźwięków. Wtedy przychodzi Czeszce z pomocą strażniczka, która nie tylko psychicznie wspiera więźniarkę, ale i duchowo. Wystukuje Selmie rytm kroków o podłogę i dzięki temu może ona iść.
Terpsychora nie opuszcza swojej podwładnej aż do ostatnich minut jej życia. W końcowej scenie filmu, kurtyna zakrywa szubienicę. Kamera rejestruje publiczność zgromadzoną podczas egzekucji z tzw. ptasiej perspektywy. Nasuwa mi się kolejne skojarzenie, tym razem związane z Szekspirem i jego definicją świata jako teatru, gdzie aktorami są ludzie a reżyserem jest Bóg (?).
Von Trier bawi się konwencją, ironizuje. Może przestraszonemu, a zarazem wzruszonemu widzowi chce powiedzieć, że nie ważne co robimy, bo i tak wszystko leży u stóp predestynacji?
Przestrzeń w „Tańcząc w ciemnościach” składa się z wielu drobnych fragmentów scenograficznych, przestrzegających zasad Dogmy. Owe elementy nie są stylizowane, lecz autentyczne. Począwszy od pomieszczeń, w których kręcone były zdjęcia, a skończywszy na kubkach do picia kawy.
Aby film miał wydawać się jak najbardziej prawdziwy, nic nie mogło być oszukane. To nie jest stylizacja na realny świat, rzeczywistość to kino, które jest wierną kopią życia.
Kiedyś czytałam artykuł zamieszczony w „Gazecie Wyborczej”. Literat wysuwa w nim refleksje na temat postrzegania siebie przez cywilizowane społeczeństwo. Twierdzi, że ludzie odbierają siebie na zasadzie gry aktorskiej. Wyobrażają sobie, że uczestniczą w zbiorowym przedstawieniu i przystosowują swoją rolę do środowiska. Czują się aktorami, traktując bodźce zewnętrzne jako czynnik determinujący ich zachowanie.
Przytoczyłam ową myśl, ponieważ nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor „Idiotów” wykorzystuje to spostrzeżenie w swoim dziele. Przecież Selma czuje się odtwórczynią musicali…
Selma jest narratorką swej opowieści, dlatego kamera staje się jej oczami: czasem drga, czasem jest prowadzona nerwowo, a innym razem statycznie. Jest to ciekawy zabieg artystyczny, który wpływa na poziom doznań odbiorców. W widzu narasta przekonanie, że stał się bezpośrednim świadkiem wydarzeń, które obserwuje na ekranie. Ich ciągłość staje się prawie namacalna. Rodzi się specyficzna więź, złudzenie, że świat ten można dotknąć, niepostrzeżenie wtopić się w niego.
Nie zawsze obraz płynący z taśmy 35 mm jest wyraźny. Niekiedy nieostre kontury przedmiotów rozpływają się w kadrze. Przez moment nasza percepcja pozbawiona jest prawidłowego dekodowania. Analogicznie jak wzrok Selmy. On nie zawsze może pomóc swojej właścicielce w spełnianiu prostych — wydawałoby się — czynności. Oko kamery jest subiektywnym zapisem doznań bohaterki, dlatego całość historii balansuje pomiędzy ramą postrzegania otoczenia przez młodą matkę.
Dodatkowym elementem wchodzącym w skład filmu są surowe ujęcia, które wydają się powstać przypadkowo, bez wcześniejszego omówienia. Jak tłumaczy von Trier, dzięki temu ekranizacja staje się „naturalna”, budowana bez wszechobecnej iluzji „zalewającej” X Muzę.
Pozytyw również rządzi się swoimi prawami. Gdy Selmą targają negatywne emocje, taśma wydaje się być niedoświetlona, blada, mglista. Natomiast gdy panuje względny spokój, gdzie niekiedy przez mur stagnacji przebija się zalążek radości, zdjęcia są perfekcyjnie dopracowane, nasycone kolorem.
Selma kocha śpiewać, tańczyć, żyć zbiorem dźwięków tak przyjemnie szumiących w jej głowie. Kiedy traci wzrok, kraina muzyki staje się jej jeszcze droższa, bliższa. Może w niej egzystować, zapominając na moment, o swoich lękach. Wyobrażony świat musicali spełniających się w jej umyśle, uwalnia siły, które dopingują ją do realizowania zamierzonych wcześniej idei. Marzenia mogą zaistnieć w rzeczywistości.
Choć jest delikatną kobietą, mieści w sobie na tyle energii, by wyraźnie zaznaczyć swoje potrzeby i o nie walczyć. Dlatego jeśli Selma czegoś naprawdę chce, osiąga to. „Tańcząc w ciemnościach”, spełnia siebie. I nie musi widzieć, żeby zobaczyć…
Moim zdaniem, jest to podstawowa interpretacja tytułu acz nie jedyna. Na chwilkę uwolnię swoje szare komórki od dosłowności i postaram się powędrować trochę dalej w owej analizie.
Kiedy trwa rozprawa sądowa, Selma posądzona jest o mordestwo ze szczególnym okrucieństwem. Mało tego, może dodatkowo pogorszyć swoją sytuację (!) sprzyjaniu komunizmowi, co jest oczywistym absurdem. Wydaje się, że wymiar sprawiedliwości już z góry ogłosił wyrok. Ameryka przecież przygarnęła biedną Czeszkę. Przyjęła pod swoje skrzydła, o nic nie pytając. A ona odebrała temu krajowi uczciwego obywatela, okradając go wcześniej z ciężko zarobionych czy też odłożonych pieniędzy! Nie dziw zatem, że Selma szybuje myślą po swoim nikomu nieznanym świecie. Ogarnia ją ciemność ludzkich umysłów, powierzchowność działań, brak trzeźwego spojrzenia na sprawę. I najprawdopodobniej nie potrafiłaby poradzić sobie z tym mrokiem panującym we wnętrzu prokuratorów czy swoich wrogów, gdyby właśnie nie musicale. Odrywa się, tańczy, mknie w przestworzach sali sądowej. Od razu lepiej…
© 2006 Martyna A. Gierlowska
verte.art.pl > Film > Eseje > Świat musicalu światem Selmy
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski