Jeśli pada pytanie o filmowy subiektywizm, odpowiedź brzmi klarownie: „Dancing w kwaterze Hitlera”. Film Jana Batorego z 1968 roku (premiera 1971) realizuje wszystkie możliwe chwyty, aby to ujęcie subiektywne, a także i retrospektywne podkreślić. Dzięki temu realizuje się pierwszoosobowa narracja i cała konstrukcja książkowego pierwowzoru, czyli opowiadania autorstwa Andrzeja Brychta pod tym samym tytułem. Na ekranie widzimy zawsze to, o czym aktualnie myśli główny bohater, Waldek. Brak tu więc normalnej ciągłości czasoprzestrzennej. To kolaż. Na ten przykład: jest zwizualizowane wspomnienie o dziewczynie, Ance, zaraz potem o jakimś martwym kocie, którego pochował chłopak w dzieciństwie, następnie znów wizja jego babki umierającej na raka. Wszystko opiera się na zasadzie dość swobodnej gry skojarzeń, zachodzącej w głowie opowiadacza. Taka konstrukcja zdaje się być niezwykle ciekawa, a już szczególnie… jak na „tamte czasy”.
Subiektywizacja wzrokowa — najbardziej oczywisty chyba sposób podkreślania subiektywizmu filmowego — pojawia się u Batorego wielokrotnie. Na przykład: Anka patrzy w kamerę tak, jakby patrzyła w oczy Waldka. A najciekawszym chyba w całym filmie zabiegiem jest ukazanie stanu upojenia alkoholowego głównego bohatera. Jest w tym wszak spora doza ekspresjonizmu, jak u samego mistrza gatunku — Friedricha Murnaua w „Portierze z hotelu Atlantic” (1924). Twórcy filmu pozwolili sobie na bardzo wiele. Cały „Dancing…” jest po prostu nieskromny.
Zresztą sam sposób prowadzenia kamery i jej dziwaczne punkty widzenia są w filmie tym dość odważne, a już na pewno zgoła niekonwencjonalne. A to za sprawą autora zdjęć, jak się zdaje, bo był sam Witold Sobociński. Jest więc zwiastun „przeciskania się” kamery, zagłębiania się w różne ciasne zakamarki, co u Sobocińskiego będzie miało przecież swą kontynuację w kuriozalnym „Sanatorium pod klepsydrą” (1973) w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. Są też w „Dancingu…” liczne, agresywne wręcz najazdy — kamera wyłapuje w ten sposób postaci z tłumu. Jest więc ruch, dynamika, które dodatkowo wzmaga jeszcze muzyka Wojciecha Kilara o zmiennym tempie.
I sam film też jest niezwykle dynamiczny, niespokojny. To odbicie stanu ducha i emocji opowiadacza, jego rozdarcia między złością i… miłością jednocześnie. Jest to bowiem postać niewątpliwie tragiczna.
Cały film Batorego stworzony został więc na kształt monologu głównego bohatera, który opowiada widzowi swą historię, wakacyjną przygodę, która zmieniła jego życie i spojrzenie na świat. Relacjonuje nam swoje wspomnienia, stąd to samo ujęcie następuje czasem po sobie w różnych wersjach. Bo czy można dokładnie odtworzyć czas miniony. Może to było tak, a może troszkę inaczej…? To zatem próba zmierzenia się z przeszłością.
Mówi więc biedny chłopak o swej pierwszej, toksycznej miłości. Owszem, miłość to była dziwna i niszcząca, oparta na zderzeniu i konfrontacji dwóch zgoła różnych postaw ludzkich. Bohaterów coś jednak połączyło. Lecz to „coś” jest niedefiniowalne. On, nieco naiwny chłopak z Łodzi i ona, niby doświadczona już dziewczyna ze stolicy. Oboje pochodzą z wielkich miast, lecz tu ujawnia się już (mimo to) pierwsza różnica między nimi. A ta różnica daje się zauważyć również i dzisiaj, niech no tylko przytoczę w tym momencie wszystkim doskonale znane pojęcie tzw. „warszawki”…, czyli jakiegoś nieuzasadnionego wywyższania się ponad stan przez mieszkańców stolicy. Łodzianie w zestawieniu z nimi wypadają nad wyraz skromnie. Tak też jest w filmie z roku 1968. On uczciwy, ona nieszczera i cyniczna, nastawiona tylko na branie a nie dawanie; w dodatku jej wszyscy koledzy są snobistycznymi dziećmi „grubych ryb”, znudzonymi, dekadenckimi „konsumentami”.
Zawiera więc też w sobie „Dancing…” obyczajowość ówczesnej Polski — blisko połowa zdjęć jest zrealizowana z paradokumentalnym rozmachem. Już sam początek filmu to obrazek drugiej połowy lat 60., z jej nastrojami, z ówczesną młodzieżą, także z cierpiętnikami-kombatantami wojennymi. Batory pokazuje z dokumentalistyczną niemalże precyzją — na przykład — party nastolatków czy tytułowy „dancing” nieco starszego pokolenia. A wszystkie mody i trendy podkreślone zostały jeszcze stosownymi piosenkami. W cztery lata po Batorym, Grzegorz Królikiewicz ukaże w ten sam sposób, z tą reporterską manierą, „melinę” w swoim debiutanckim filmie „Na wylot” (1972). Na paradokumentalny kształt „Dancingu…” mogła też mieć wpływ osoba jego montażystki — Jadwigi Zajiček — znanej przede wszystkim jako współautorka niezliczonych filmów dla Polskiej Kroniki Filmowej oraz późniejszych własnych znakomitych „interwencyjnych” filmów dokumentalnych, podejmujących tematykę z pogranicza socjologii i psychologii społecznej.
Jest więc w „Dancingu…” realizm, który miesza się z zatartymi wspomnieniami bohatera, istniejącymi poza czasem. To prawie że Joyce’owski strumień świadomości!
Zderzenie teraźniejszości z historią nie ogranicza się jednak tylko do płaszczyzny życia głównego bohatera. Batory zastosował je z żelazną konsekwencją, rozkładając równomiernie na całą warstwę znaczeń, całą warstwę merytoryczną filmu. Tak zatem w tym rzeczonym wirze szalonych lat 60. dają się wciąż słyszeć echa wojny. Wszyscy o niej w filmie mówią: przewodnik (w jakże komedianckim tonie), Niemiec (w tonie drastycznym) i inni (w różnych tonach). Każdy czyni to inaczej, na swój własny sposób wojnę interpretując, ale zawsze jest ona obecna w ogólnej świadomości. Przenosi się też oczywiście — bo taki był zamysł twórców filmu — na świadomość widza. A cały „Dancing w kwaterze Hitlera” — to owa konfrontacja, starcie, zderzenie: obecnej chęci młodych do życia i zabawy, odcięcia się od przeszłości oraz marazmu starych, wyniszczonych przez okrutną historię, której nie da się niestety wymazać czy chociażby spróbować o niej zapomnieć. To film mówiący o kontrastach, pokazujący je i na ich zasadzie skonstruowany. Stąd zresztą jakże symboliczny i wiele mówiący tytuł filmu… Taniec ze śmiercią.
© 2005 Emilia Walczak
verte.art.pl > Film > Recenzje > Taniec ze śmiercią
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski