> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№14 sierpień 2005

Wielki upadek kinowej rzeszy Emilia Walczak

Ogłoszony przez Zakład Filmoznawstwa UŚ, Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Gutek Film i miesięcznik „Kino” konkurs na esej „Języki świata — języki kina w epoce multipleksów” został rozstrzygnięty. Nie przyznano I nagrody, natomiast II zdobyła p. Emilia Walczak, która otrzyma karnet na imprezy festiwalu Era Nowe Horyzonty oraz zestaw filmów na DVD. Jej pracę będzie można przeczytać na stronie internetowej festiwalu.1 — przeczytałam, ku ogólnej mej radości, w początkach lipca na łamach pewnego ogólnie szanowanego pisma. Oczywiście o fakcie wygranej nikt z organizatorów nie poinformował mnie (dzięki Bogu, znajoma mi osoba wciąż jeszcze czyta gazety, bo to od niej właśnie dowiedziałam się o wszystkim!); sama więc musiałam podążać za jakimkolwiek odzewem — słowem: prosić się o należną mi nagrodę. Pisałam więc, pytałam, gryzłam paznokcie, rwałam włosy z głowy; rosły mi wrzody na żołądku. W rezultacie do Cieszyna nie wybrałam się w obawie przed wielce prawdopodobnym zaszczytem przysłowiowego „całowania klamki”. Płyty w końcu wywalczyłam. Ale tekst na stronie oczywiście nie pojawił się. Toteż, niechaj (należną?) premierę swą ma teraz na „verte”.

Bo my jesteśmy niezawodni.

A tytuł dla niepoznaki zmieniłam, zatem… cicho-sza. Oto tekst…

Na początku był niejaki Canudo, który stwierdził oto, iż film jest swoistym językiem. Krok siedmiomilowy — i Płażewski wydaje książkę „Język filmu”, popularyzując swoje teorie, na części których do teraz opiera się polska nauka filmoznawcza. Docieramy w końcu do dnia dzisiejszego i nie mówimy już ani o „języku filmu”, ani nawet o „języku kina”. Mówimy o „językach”. W świecie przełomu postmodernistycznego, w jakim żyjemy, wszystkie zjawiska w szeroko pojętej kulturze uległy bowiem rozdrobnieniu, rozproszeniu, niejakim rozczłonkowaniu; i w tym wszystkim również sztuka filmowa rozpadła się na części, które wypadałoby chyba poskładać na nowo (?). Czy jest to jednak możliwe w „epoce multipleksów”? Oto jest pytanie. Rozważmy je.

Najpierw telewizja zepchnęła kino na tor boczny. Ale prawdziwa jego tragedia miała miejsce dopiero, kiedy to u schyłku XX wieku pojawiły się te zmory piekielne, stwory hybrydowate, zwane dalej „multipleksami”. I kino małe się stało, trywialne się stało, niejeden powie — umarło.

Mówią jednak, iż sztuka broni się sama. Może czasem, gdzieś, „nad rzeka, której nie ma” udaje się jej jeszcze przemówić, choć może tylko zaśpiewać śpiewem łabędzim? Mnie samej jednak nie było dane przemowy takiej wysłuchać, łabędziego śpiewu — owszem. Opowiem Wam „prostą historię” z morałem…

Wraz z moim naprawdę dobrym znajomym i wielkim człowiekiem zarazem, chcieliśmy otworzyć w pewnym średniej wielkości mieście w północnej części Polski kino, które założeniami swymi nawiązać miało do jakże pięknych czasów francuskiej Nowej Fali, poprzez system: prelekcja — film — dyskusja. Chcieliśmy pokazać ludziom dzieła wielkie, tudzież arcydzieła nawet. Powrócić do lat 60., 70., 80., omówić wszystkie fenomeny szeroko pojętego zjawiska ekranowego. A wszystko w prawie kultowym już klubie jazzowym, gdzie nie powstydziłby się zagrać niejeden „niewinny czarodziej”. Brzmi wspaniale, nieprawdaż? Cóż, temu kinu nie udało się niestety przemówić do ludzi zrozumiałym językiem. Już nie. Argumenty okazały się zbyt anachroniczne, siła perswazji niewystarczająca. A tematy zmurszałe. Teraz filmy powinni kręcić Markiz de Sade społem z Andym Warholem. Bo największym powodzeniem cieszą się przecież przemoc, seks i zabijanie na ekranie, a wszystko to razem wzięte zamyka się w jakimś ogranym, wciąż powielanym, popularnym schemacie. Nasz język kulturowy zmienił swą strukturę. A w kontekście odbioru kinowego winę za to ponosi właśnie multipleks! Widz przyzwyczaił się od odbioru prostego, nieskomplikowanego, niewymagającego, na jednej z tysiąca sal multimolochu. Ów multimoloch wychował sobie multitłum pospolitej gawiedzi, zaślepionej na inne formy odbioru kinowego. Nieprawdą jest więc twierdzenie, iż sztuka (tu: filmowa) broni się sama. To przestarzały frazes. Dziś muszą bronić jej ludzie, esteci, smakosze, koneserzy. Muszą starać się czynić to nadal. Mnie się nie powiodło.

Jakże małemu odsetkowi filmowych dzieł wielkich udaje się przedrzeć przez wszystkie systemy kwalifikacyjne i zaistnieć na wielkim ekranie multipleksu, poprzedzonym będąc zarazem wielką kampanią reklamową w mediach? Bo kto nam dziś jeszcze pozostał z twórców wielkich, acz komercyjnych? Almodóvar? Lynch? Resztę produkcji ambitnych popularyzują nieliczne kina kameralne, kluby filmowe, dekaefy… To rzecz dla tych, którzy chcą, angażują się, poświęcają czas. A reszta? W przerwie pomiędzy pracą a domem wdepnie do multipleksu na popcorn i film (w tej kolejności, jak się zdaje). Ta grupa odbiorców nie szuka w filmie ani piękna, ani prawdy. Chodzi do kina, aby się — mówiąc kolokwialnie — „zrelaksować”. A cały fenomen multipleksu polega na tym, iż ma on charakter globalny. Cały świat pędzi dziś nieubłaganie, toteż kino winno być lekkie, łatwe i przyjemne (czas odbioru takiż; w multipleksie dodatkowo mamy jeszcze przecież wygodne fotele, w zimie ciepło, latem klimatyzację…). Stąd przecież wynika supremacja kina (popularnego) nad teatrem i literaturą. Choć ostatnimi czasy, mam wrażenie, sytuacja ta zaczęła ulegać pewnej poprawie, może właśnie dlatego, iż ludzie odczuli przesyt kinem masowym? Tak, czy inaczej, kino przemawia dziś dwoma co najmniej językami: głośno do mas — językiem sieci multipleksów, nieco ciszej do nas, wybrednych wiecznych malkontentów — językiem kina tradycyjnego. To zdawałby się być główny rozłam w dzisiejszym kinie zaistniały. Ale są też inne podziały, również wynikłe z aktualnej sytuacji i daleko idących procesów komercjalizacyjnych kina. Na przekór produkcjom masowym wykształcił się bowiem nowy gatunek, zwany „kinem offowym”. I cóż z nim? Czy jest to istotna alternatywa dla kina w ogóle? Alternatywa winna wynikać z jakiejś potrzeby, a tymczasem, według mnie, nie było takowej. Po cóż nam jeszcze jeden element rozpraszający kino? Bo kino powinno być przecież jedno, a w ciężkich czasach przynajmniej dążyć do jedności — co podkreślał (jakże dawno już!) nieżyjący dziś reżyser rodzimy, Wojciech Wiszniewski. Twórcy offowi to amatorzy, którzy uwodząc rzesze młodych widzów, niepotrzebnie odwracają ich uwagę od „prawdziwej sztuki”, od magii tego wehikułu, jakim jest kino w swej pierwotnej postaci. Są oni zbędnym elementem, sztucznym wytworem, przykrym następstwem (o ironio!) popkultury, rozbijającym prawdziwą ideę kina. Ich „twórczość” powinna być tylko wstępem, a nie całym odrębnym rodzajem, dla którego urządza się festiwale. Istny paradoks przecież! Hipokryzja afektowana.

Jest jeszcze jedna różnica, jaka dzieli dzisiejszy seans kinowy (szczególnie w Polsce) od niegdysiejszego. Po 1989 roku cały polski przemysł filmowy zmienił się przecież ze scentralizowanego na wolnorynkowy. Abstrahując od wszystkich wynikających z tej metamorfozy korzyści czy niekorzyści, pokaz w kinie również zmienił swą strukturę. Przestał obowiązywać schemat: kronika — dodatek — film. Odcięliśmy się od propagandy filmowej, wszelkiego rodzaju agitek i innych tego typu rzeczy. Przestały tym samym istnieć wytwórnie filmów dokumentalnych i oświatowych. Teraz kino karmi nas reklamą, czasem aż do obrzydzenia, poprzez system: reklama produktu — reklama filmu / zwiastun filmu — film. Zmienił się ustrój, ale naiwność ludzka pozostała niezmieniona, łatwość manipulacji również. Manipulacji poprzez to medium, jakim jest film. Niestety, Lenin się chyba w tej kwestii nie mylił (nie lewicuję, stwierdzam fakt).

Tak zatem widzimy, nie ma już wspólnoty, nie ma jednej prawdziwej sztuki filmowej, nie ma kina z krwi i kości. Są dziesiątki jego różnych nowych zwyrodniałych wytworów => nowotworów. Twórca offowy chce być dziś artystą na miarę wielkiego reżysera z 50-cio letnim stażem. Nie ma już gatunków filmowych, jest ich ponowoczesny kolaż. Są teledyski pretendujące do miana filmu, są teatry TV niebezpiecznie balansujące na granicy z filmem. Są filmy eksperymentalne, które udają, że nie są już tylko videoartem. Jest arcydzieło i jest gniot pod jednym dachem multipleksu. Postmodernizm powiadam! Nie ma więc jednego języka kina, są języki, których współbrzmienie jest bełkotem, a nie żadnym esperanto. Na całym świecie praktycznie szuka się wciąż jeszcze rozwiązań, nowych dróg do wyjścia z tej opresji, czegoś, czego jeszcze nie było, choć to coś nie istnieje przecież. Wszelka awangarda stała się niemożliwością. Wszelkie manifesty kina w gruncie rzeczy są tylko odniesieniem do tego, czy wręcz odbiciem, przypomnieniem tego, co już było, ot taka „Dogma’95”. Z kolei poszukiwanie klucza w przeszłości jest adekwatne dla okresów kryzysu, a w takowym się właśnie znajdujemy. Mam nadzieję, że to nie „epoka” multipleksów, a jedynie „doba”. Cóż, chcieliśmy wznieść kinową wieżę Babel, a w rezultacie X muza — za karę — pomieszała nam języki… i zmysły.

© 2005 Emilia Walczak

1 Konkurs rozstrzygnięty, „Kino”, 2005, nr 7-8, s. 7.

verte.art.pl > Film > Eseje > Wileki upadek kinowej rzeszy

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski