Amerykańska produkcja, znana w świecie mody postać pojawiająca się po raz pierwszy w roli reżysera, duży rozgłos wokół filmu. To wszystko nie powinno wróżyć nic dobrego.
„Samotny mężczyzna” opowiada jeden dzień z życia wykładowcy języka angielskiego, George’a Falconera. Ten, po utracie ukochanego, zmaga się ze wspomnieniami niepozwalającymi mu przejść do codziennego życia.
Planuje więc samobójstwo, do którego z niemałą dokładnością się przygotowuje.
Nie umyka to uwadze jednego z jego studentów, który po osobistej rozmowie śledzi swojego nauczyciela. Koniec końców zawiązuje się między nimi bliższa znajomość, która ocala George’a przed samounicestwieniem.
Bo właśnie tej bliskości głównemu bohaterowi brakuje. I nie chodzi tu o jakąś intymną zażyłość, ot o zwykłą przyjazność otaczających go ludzi. Podczas pozornie zwykłego dnia George spotyka ich wielu, a z każdym z łatwością nawiązuje kontakt.
Jest wśród nich gospodyni, młody homoseksualista czy mała dziewczynka z sąsiedztwa, która z właściwą dzieciom szczerością opowiada o swoich rodzicach i ich stosunku do Falconera. Każde z tych wydarzeń wnosi do szarego dnia wykładowcy blask, co zostało umiejętnie zobrazowane poprzez manipulowanie kontrastem. Pod koniec pada sakramentalne zdanie: tylko momenty, w których jest się blisko z drugim człowiekiem, są coś warte.
Godard blisko 50 lat temu w „Alphaville” pokazał swoją wizję przyszłego społeczeństwa. Ludzi pozbawionych uczuć, z których słowników wykreślono słowa takie jak „miłość” czy „przyjaźń”, funkcjonujących nieomal jak zaprogramowane maszyny. Głupotą byłoby traktować to dosłownie, ale nie sposób nie zauważyć pewnych analogii we współczesnym świecie supermarketów, Internetu i całkowitej anonimowości, gdzie uśmiech do obcego traktowany jest jako coś podejrzanego.
Obraz Forda, mimo że osadzony w innych realiach, zmusza do refleksji nad kondycją współczesnych relacji międzyludzkich, a raczej ich zaniku.
Spotkałem się z zarzutami, że „Samotny mężczyzna” to sequel „Brokeback Mountain”, opowiadający o homoseksualistach i do nich też skierowany. Mimo że widać w filmie fascynację reżysera własną płcią, to historia pozostała uniwersalna i równie dobrze głównym bohaterem mógłby być „heteryk”. Nie uświadczymy tu nachalnego epatowania seksualnością, a nagość, której w kilku scenach jest wiele, została ukazana w bardzo subtelny sposób.
Całość obfituje w urokliwe sceny i cieszy oko scenografią, zapewne również za sprawą wykonywanego przez Forda fachu projektanta.
„Single Man” to film dobry, zwłaszcza w dobie zalewającej nas zewsząd, produkowanych prawie seryjnie produkcji zza oceanu, które poza zwykle miernej jakości rozrywką nie mają widzowi nic do zaoferowania.
© 2010 Jan Hoffmann
verte.art.pl > Film > Recenzje > Tom Ford jako współczesny Godard („Samotny mężczyzna” Toma Forda)
© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Monika Mohylowska