> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№62 sierpień 2009

Zabili go i nie uciekł („Public Enemies” Michaela Manna) Jacek Szafranowicz

„Public Enemies”, nowa propozycja jednego z najwybitniejszych reżyserów
współczesnego kina amerykańskiego, Michaela Manna, opowiadająca o
wywrotowych losach najsłynniejszego amerykańskiego gangstera, Johna
Dillingera, przynosi rozczarowanie, rażąc brakiem świeżości formy, pustymi
dialogami i mętną fabułą.

A przecież taki materiał w rękach Manna zapowiadał się wysoce
interesująco. John Dillinger (Johnny Depp), legenda ery Depresji lat 30. w
Stanach, tuż przed wyjściem po dziewięciu latach z więzienia za kradzież stu
dwudziestu dolarów ze sklepu spożywczego, zapowiedział, że będzie
najpaskudniejszym sukinsynem, jaki będzie chodzić po amerykańskiej ziemi, i
słowa dotrzymał. Przewodził bandzie dwudziestoparoletnich socjopatów, i
gdzie się nie pojawił, siał postrach, z namiętnością rabując banki. Ten
wysoce niebezpieczny facet, ogłoszony w trakcie swoich gangsterskich
peregrynacji „wrogiem publicznym numer jeden”, szczerze nienawidził też
policji, odpowiedzialny za śmierć szeregu funkcjonariuszy, próbujących na
dobre wpakować go do kryminału. Swoim cagneyowskim rozpasaniem zdenerwował on w końcu ówczesnego szefa FBI, J. Edgara Hoovera, do tego stopnia, że ten postanowił powołać do życia specjalną komórkę operacyjną, mającą na celu zatrzymanie go przy użyciu wszelkich możliwych środków. Znaczy się – strzelać bez ostrzeżenia, torturować jego zatrzymanych wspólników, a
obcokrajowym dziwkom, u których lubił spędzać czas, składać propozycje
współpracy nie do odrzucenia. Na mózg tej operacji wyznaczono Melvina
Purvisa (Christian Bale), prawego faceta o stalowej cierpliwości, którego
początkowe porażki w schwytaniu Dillingera tylko odpowiednio zmotywowały,
aby ówczesna, bezrobotna i sfrustrowana Ameryka straciła swojego
„bohatera”...

Kto choćby średnio orientuje się w biografii rzeczonego przestępcy, w
filmie Manna niczego odkrywczego dla siebie nie znajdzie, a komu nazwisko
Dillinger nic nie mówi, prędko poczuje się bezradny, widząc, że filmowi
brakuje szerszego kontekstu. Mann musiał bowiem najwidoczniej uznać, że
osoba i życie Dillingera znane są wszystkim – nie kwapi się on zbudować
właściwej, a i w tym wypadku koniecznej, ekspozycji dla swojego bohatera,
popełniając ten sam błąd, co w poprzednim swoim filmie, „Miami Vice”. Syd
Field miał rację, kiedy nawoływał, że pierwsze minuty scenariusza
przesądzają o koherencji całości, a „Public Enemies”, niestety, nie mogli
zacząć się gorzej, bowiem sekwencja otwierająca zbija z tropu już na starcie – Dillinger wraz ze swoim najbliższym współpracownikiem, Redem, pojawiają
się w więzieniu stanowym w Indianie, aby odbić kilku swoich
współpracowników. Uwolnienie kumpli ostatecznie kończy się połowicznym
sukcesem, bowiem w procesie, przez jednego ze wspólników, ginie jeden z
nich, co tamten, po kilku solidnych razach od Dillingera, przypłaca końcem
kariery w ekipie, wylatując z pędzącego samochodu. Dowiadujemy się tu
czegokolwiek o Dillingerze? Oprócz tego, że ewidentnie jest gangsterem, niczego. Poza tą prostą informacją nic nie jest wyraziście ugruntowane, i
kiedy chwilę później ten wraz ze wspólnikami napada na pierwszy bank, wszyscy już zachowują się jak pozbawione osobowości, mechaniczne,
człekopodobne twory rodem z taniej sensacji, i tacy pozostają do samego
końca. Nie lepiej zaczyna się historia widziana z przeciwnej strony barykady – agent FBI Melvin Purvis przedstawiony zostaje jako wzorowo strzelający
stróż prawa, i tyle zdaniem Manna powinno nam wystarczyć. Przez bolesną
papierowość postaci, brak choćby drobnych acz wyrazistych cech, Mann kładzie
całą opowieść, sprawiając, że ta wlecze się niemiłosiernie, od napadu do
napadu, od jałowego, pustego, źle pisanego dialogu do następnego; gangsterów i gliniarzy cechuje znamienna dla płaskiej charakterystyki tępa reaktywność, na ogół na wymierzone w nie kule, i mimo że wiemy, iż wszystko nieuchronnie zmierza do ostatecznej konfrontacji, trudno nam uwierzyć, że pod całą tą aferą nic się nie kryje. A przecież można było przy okazji przypadku
Dillingera powiedzieć coś interesującego o ówczesnym kryzysie
kulturowo-ekonomicznym Ameryki i na takim tle, zahaczyć o politykę, a na
dalszym planie poruszyć jeszcze kwestię zadziwiającej u Amerykanów
tendencji do romantyzowania przestępców. Za dużo? Sto czterdzieści minut to
masa czasu, a jednak żadne tego typu konteksty zdają się Manna nie
obchodzić; zresztą, kieruje on naszą uwagą tak chaotycznie, że po godzinie w
ogóle nie wiemy, o czym rzecz jest i czemu to wszystko ma służyć.

Można by się sprzeczać, czy trafną była decyzja, aby opowieść osadzoną w
latach 30. kręcić w technologii HD. Niewątpliwie, jak w przypadku
„Zakładnika” i „Miami Vice”, przydaje ona realizmu fenomenalnie
zrealizowanym strzelaninom, ożywiając inscenizację niemal do granic
dokumentu, i tak też sekwencja ganstersko-policyjnej rzezi w lesie to
kolejny dowód na to, że nikt nie kręci strzelanin tak wspaniale jak właśnie
Mann. Niemniej jednak, obraz jest zbyt klarowny i sterylny, brakuje mu
powietrza świata filmowego, w postprodukcji można było go nieco
przybrudzić, aby nie przepadły brud i ubóstwo Ameryki tamtego czasu i żebyśmy
nieraz nie mieli wrażenia, że oglądamy grupkę aktorów przebranych w płaszcze
i kapelusze albo mundury, biegających na planie jakiejś telewizyjnej
produkcji, realizowanej na zamówienie Hallmarku.

Miałkość psychologii postaci, naturalnie, przekłada się na aktorstwo. O
ile po Johnnym Deppie trudno spodziewać się słabej kreacji, i mimo iż
niewiele ma tu do zagrania, gra bardzo zachowawczo, przykuwając uwagę
ekranową charyzmą, o tyle z Bale’em jest już większy problem – nie dość, że
jego rola jest jeszcze węższa, te kilka prostych motywacji gra on równie
drewniano jak w żenującym „Rescue Dawn” Herzoga czy przecenionym „The Dark Knight” Nolana. Na uwagę zasługuje znakomity jak zawsze Billy Crudup w roli J. Edgara Hoovera, cóż jednak z tego, kiedy w pewnym momencie ta świetnie rysowana postać przepada bez wieści, będąc jednym z wielu świadectw kulawej konstrukcji scenariusza. Między Dillingerem a Purvisem nie ma polaryzacji, z wyjątkiem tej oczywistej, a film o policjancie i złodzieju to coś, od czego kino Manna, choćby przy okazji „Gorączki”, się niegdyś zaczynało, było
punktem wyjściowym, stanowiło bowiem sztafaż do poruszenia wielu ciekawych, społecznych problemów. Tutaj jednak Mann zostawia nas absolutnie z niczym – ani to bowiem trybut dla nietuzinkowego gangstera, ani dramat z
pełnokrwistymi postaciami. Ot, wypchany ptak.

Miejmy nadzieję, że kariera Manna nie będzie jedną z tych, które
zaczynają się od wizji, a potem stopniowo utapiają w przeciętności – oby
zatem „Public Enemies” zakończyło złą passę.

© 2009 Jacek Szafranowicz

verte.art.pl > Film > Recenzje > Zabili go i nie uciekł („Public Enemies” Michaela Manna)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski