> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№48 czerwiec 2008

Z kamerą wśród obcych („Projekt: Monster” Matta Reevesa) Tomasz Kojder

Nie widziawszy „The Blair Witch Project”

Pora wyjawić sekret. Kocham science-fiction. Od małego. Nieprawdą jest jednak, że miłość jest ślepa. Miłość dojrzewa. Przez ostatnich 15 lat mojego życia wystawiana była na próby. Kolejno George Lucas, Steven Spielberg, a ostatnio Francis Lawrence ze swoim „Jestem legendą”, rzucali mi pod nogi rolki taśmy filmowej. A ja za każdym razem się podnosiłem, z nadzieją, że nadejdzie jeszcze dzień, gdy obejrzę udany film sci-fi. No i nadszedł. 18 stycznia 2008, kiedy to światło dzienne ujrzał „Projekt: Monster”.

Science-fiction to ciężki kawałek chleba. Nie jest łatwo snuć wizje przyszłości bez popadania w patos; jeszcze trudniej jest unikać ogranych schematów. Bo filmów o obcych było już naprawdę wiele i, nie oszukujmy się, ogromna większość nie wyróżnia się niczym szczególnym, niezależnie od ilości wpompowanych pieniędzy. I na pierwszy rzut oka „Projekt: Monster” nie jest niczym więcej, jak właśnie kolejnym drogim filmem o niedobrych kosmitach. To jednak tylko pozory. Bo choć faktycznie oparty jest on na starym jak kino motywie inwazji na Ziemię, to na tym jego schematyczność się kończy.

Pierwszą i najbardziej zauważalną nowością jest posłużenie się popularną ostatnimi czasy formą pseudo-dokumentu. Film przedstawia zapis z prywatnej kamery, która zarejestrowała atak obcych na Nowy Jork widziany oczami jej właściciela. Efekt doprawdy piorunujący — może nawet bardziej, niż twórcy filmu sobie tego życzyli, bo roztrzęsiony obraz, oglądany na wielkim ekranie, był powodem licznych zwrotów (i bynajmniej nie mam na myśli biletów).

Niewielka to jednak cena za doznania, jakich dostarcza seans. Wykorzystanie wspomnianej formy narracji czyni bowiem film niesłychanie wręcz sugestywnym. Wrażenie potęguje fakt, że materiał z ataku został nadpisany na wcześniejszych nagraniach z kamery, przedstawiających szczęśliwe chwile z życia bohatera. Oglądamy więc ujęcia walącego się Nowego Jorku przeplatane scenami czułych rozmów dwojga kochanków dosłownie w przeddzień ataku. Cokolwiek sądzić o takim kinie, przyznać trzeba Reevesowi, że gra na emocjach niczym Wojciech Cejrowski na nerwach.

Jednak nie w tym tkwi główny atut filmu, gdyż zastosowana forma narracji stanowi jedynie środek realizacji głównego założenia obrazu. Cóż to za założenie, można się domyślać, jeśli kojarzy się nazwisko scenarzysty filmu Drew Goddarda, będącego jednym ze scenarzystów serialu „Zagubieni”.1 Otóż „Projekt: Monster” oparty jest na dokładnie tej samej zasadzie, co ów serial. Głosi ona, że to, czego widz nie wie, ważniejsze jest od tego, co wie. Jest to zasada genialna w swojej prostocie, a jednak ignorowa przez większość twórców filmowych, mających w zwyczaju udzielać odpowiedzi, zanim jeszcze widz zdąży zadać pytanie.

„Projekt: Monster” to nie „Wojna światów” czy „Jestem legendą”. Tutaj do końca nie wiemy, co tak właściwie się stało. To dowcip bez puenty, po którym nie wiemy, jak się zachować. Uczucie dyskomfortu, kiedy pojawiają się napisy końcowe, jest nie do zniesienia, bo nie przywykliśmy do takiego traktowania. To znaczy przywykliśmy, ale nie w kinie. W kinie lubimy wiedzieć, bo nie wiemy na co dzień, „w realu”. W „Projekt: Monster”, podobnie jak w „Zagubionych”, zasady realu przeniesione zosały na ekran. Wiem, że nic nie wiem. I jak tu dalej żyć?

Mimo wyraźnego wpływu „Zagubionych”, pierwszym skojarzeniem, jakie nasuwa się podczas oglądania filmu, jest oczywiście „Powiększenie”. U Antonioniego kluczowym elementem była klisza fotograficzna, tutaj — taśma filmowa. I tu, i tu bezskutecznie poszukujemy prawdy, która zawsze znajduje się poza naszym zasięgiem. Pozostaje nam zadowolić się marną reprezentacją, co boli prawie tak samo jak życie. Na otarcie łez powiem, że Reeves na tyle zręcznie czerpie z dzieła Antonioniego, że nawet jeśli Mistrz przewraca się na widok jego filmu w grobie, to co najwyżej na drugi bok.

Obejrzawszy „The Blair Witch Project”

„Projekt: Monster”? Chyba raczej „The Blair Witch Projekt: Monster”! Toż ten film to wypisz, wymaluj kalka horroru sprzed 9 lat! Ta sama forma narracji, ta sama konwencja kładzenia nacisku na to, czego nie widać, nawet metoda promocji podobna! I niech nikt mi nie wciska, że pierwotną inspiracją był Antonioni, bo parsknę śmiechem!

Mimo wszystko polecam, bo porządnie kopie.

© 2008 Tomasz Kojder

1 Z ekipy „Zagubionych” jest też producent filmu J. J. Abrams.

verte.art.pl > Film > Recenzje > Z kamerą wśród obcych

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski