Prezentowane wiersze Karoliny Sałdeckiej: „Przypadkiem”, „Telefon” oraz „Rano” łączy motyw słów. Słów, które mogą być mylące, bo trzeba je zgadywać; które potrafią odsuwać na odległość dłuższą niż tęsknota, czasem przypominają kolorowe ampułki z lekarstwem na kaca lub trudno sobie je przypomnieć; w które — wreszcie — się nie wierzy, bo nie potwierdzają one opisu kondycji współczesnego człowieka. Słowa te to także elementy każdego z utworów, niewystarczające do wyrażenia uczuć nadawcy.1
W mojej interpretacji tych trzech wierszy da się odnaleźć kilka uwag na temat człowieka ponowoczesnego. Po jej dokonaniu przedstawię także komentarz samej autorki. Konieczność ta wynika z mojego osobistego założenia, iż interpretacja powinna odzwierciedlać intencje autora, a nawet móc czasem odsłonić przed nim ukryte znaczenia, których sam nie dostrzegł.
O możliwości odnalezienia takich ukrytych znaczeń niech z kolei świadczy chociażby forma wierszy Karoliny Sałdeckiej. Są one świadomie konstruowane, tak, by możliwe było przeplatanie treści wersów między sobą, np. zanim napiszę / miną minuty / zanim usiądę z kawą cukierkiem i głodem / umyję twarz; lub: są słowa / na dystans / jak ciężki poranek. Poza tym same formy składniowe w obrębie pojedynczych wersów mogą odsyłać nie tylko do wyrazów bezpośrednio po nich następujących, ale do słów z wersów dalszych lub wcześniejszych. Wzbogaca to wyraźnie bogactwo znaczeń każdego z utworów. Taki zabieg wywołuje też, jak np. w wierszu „Telefon” wrażenie przenoszenie się nadawcy z miejsca na miejsce, co odzwierciedla po prostu tok jego myśli oraz jest związane ze swoistym obrazem błądzenia przedstawionym w tym właśnie wierszu.
W „Przypadkiem” łatwo odnajdziemy z kolei wrażenie, którego doświadczył, być może, każdy, kto kiedykolwiek stał pod katedrą Notre Dame…, pod którą myślenie nie ma sensu, wobec jej doskonałości. Symbol Paryża, dzięki któremu tego miasta nie sposób nie kochać, ale też nie nienawidzić, bo jak wyrazić, to, co się czuje pod katedrą…? Cóż można czuć, jeśli nie swoją małość, niedoskonałość, nowe za ciasne buty. Wszystko widać za mgłą? A może po prostu od wpatrywania się w górę, w górę, coraz wyżej robi się po prostu nieswojo. Jak można bowiem długo podziwiać coś tak niesamowitego, aż tak do granic. Za to nowe za ciasne buty, które choć nie całkiem jeszcze swojskie są dotykalne, bo uwierają, są tak przyziemne… jak człowiek na paryskim bruku.
Duszno robi się jednak nie tylko pod katedrą, ale i od spojrzeń znad stolików w brasseries, które wiele mówią, ale słowa tych, którzy je rzucają potrafią być mylące. Nie sposób od nich jednak uciec, bo przyciągają, są magnetyzujące. Trzeba zatem zatrzymać się — przypadkiem.
No właśnie, czy rzeczywiście — przypadkiem? Czy zatrzymujemy się przypadkiem pod Notre Dame? Zaczepieni w parku wieloznacznymi słowami, ale jednoznacznymi spojrzeniami? I kiedy tak naprawdę robi nam się duszno i nieswojo? O Święta Panienko, Notre Dame… Człowiek-turysta? Który brzydzi się zarówno doskonałością katedry, jak i spojrzeniami, a kocha je równie mocno, jak nienawidzi.
Co potem? Może ranek na czternastym piętrze hotelu? I telefon, który nie wyjaśnia niczego, a słowa w nim usłyszane dają poczucie takiego osamotnienia jak w tłumie, na paryskiej ulicy reniferów? Sytuacja rysuje się następująco: rozmowa telefoniczna, w tłumie na ulicy de Rennes, na czternastym piętrze hotelu, błądzenie po ulicach, bo do owego hotelu trudno trafić, więc pyta się o drogę, a odpowiedź jest ampułką na kaca tego osamotnienia i zagubienia? Taka interpretacja, ze względu na sieć skojarzeń wywołanych przez następujące po sobie, ale i przeplatające się między sobą, wersy, jest możliwa, ale czy prawomocna?
I znów ranek, ten sam, a może ten po powrocie do domu, zwyczajny. Przypomina posumowanie, choć jest cały czas wcześnie. Zaiste intrygujące określenie. Myśli snują się leniwie ze względu na trudność przypominania sobie kolejnych, podobnie jak zdarzeń z poprzedniego dnia… Potwierdza to powtarzalność fraz: za pomocą słuchawek, za pomocą prądu. Myśli wymagają namysłu. Każda najmniejsza rzecz: taka, jak podłączenie się do radia, cukierek czy skrzydła muchy domagają się przecież zastanowienia nad tym, że są i po co są. A ten namysł nad sensem wszystkiego wokół prowokuje pewne wyrzuty sumienia nadawcy, który obiecuje sobie, że będzie kimś lepszym. Spróbuje coś zmienić. Choćby w ten sposób, żeby nie mieć wieczorem na biurku wielu pustych szklanek. Ale przecież i w zmianę siebie w rzeczach tak błahych nie wierzy. I możne sobie na to pozwolić, bo przecież jest cały czas wcześnie… A postanowień i tak się nie spełnia, bo są słowami, w których moc się nie wierzy. Nie są one bowiem współcześnie performatywne, nie mają mocy sprawczej. W tym wierszu nie chodzi z resztą o żadne oceny czy postanowienia, np. będę kimś lepszym, ale o negację potrzebności słów, które służą tylko do tego, by określać rzeczy, w gruncie rzeczy nieważne — bo warto zauważyć chociażby podejście (skromne a zarazem bagatelizujące) nadawcy do własnego istnienia.
Ale istotne tu jest to, że słowa służą zastanawianiu się. Przywodzą na myśl zawsze opis pewnych zjawisk i wymagają namysłu nad trafnością ich doboru do tegoż opisu. Ten namysł jest może właśnie istotą rzeczy, bo jest zastanowieniem się nad trafnością opisu świata, nie jest natomiast przystanięciem nad istotą samego świata, bo to nie ma najmniejszego sensu, bo musi być wyrażone słowami. Które nie są w stanie wyjaśnić niczego. Każde słowo to zatem swoiste faux pas wobec świata. A razem z nimi także wypowiadający je współczesny człowiek.
Małgorzata Zamojska: „Faux pas” — tytuł Twego debiutanckiego tomiku — czy faux pas popełnia się najczęściej słowami? Czy każde słowo to swoiste faux pas wobec świata? Jaka to postawa — pokory czy cynizmu?
Karolina Sałdecka: Zacznę od odpowiedzi na ostatnie pytanie. Na pewno cynizmu. Podoba mi się ostatni akapit interpretacji, który podsumowuje te trzy wiersze. Są tam zawarte trafne wnioski. Moje podejście do samej siebie, jeśli pytasz o to czy jest skromne czy bagatelizujące, to dodam jeszcze, że jest kokieteryjne. W tym znaczeniu kokieteria wobec świata to coś na kształt dystansu do rzeczy, które mogą przerażać, ale należy właśnie odjąć im to znaczenie, pozbawić ich znaczenia (może także i sensu?), by nie przerażały.
Co do faux pas: o ile rozumiem intencję tego wniosku, że każde słowo jest swoistym faux pas wobec świata, gdyż nie jest w stanie opisać jego skomplikowania, to w odniesieniu do mojego debiutanckiego tomiku wyrażenie faux pas odnosi się do opisanych w nich czynów, a nie słów — a bardziej nawet: fałszywych kroków… Sądzę, że nie należy przenosić tego zastrzeżonego przeze mnie rozumienia faux pas na nowe wiersze, te, które są tutaj przedmiotem naszej rozmowy.
Czy świadomie budujesz wrażenie przeplatalności wersów, np. zanim napiszę / miną minuty / zanim usiądę z kawą cukierkiem i głodem / umyję twarz; lub: są słowa / na dystans / jak ciężki poranek? Czemu to służy?
Tak, robię to jak najbardziej świadomie. Nawiązuję tym samym do wielu poetów lat 90. A zwłaszcza do Herberta, którego uważam za swojego mistrza. Służy to, tak jak napisałaś, wzbogacaniu znaczeń wiersza, zwielokrotnianiu pól interpretacji. Sądzę, też, że metoda ta powoduje, że wiersze są trudniejsze w odbiorze.
Czy mamy tu do czynienia z pewną przestrzenią komunikacyjną? W której istnieje współczesny człowiek? Nie ma go poza słowami? Bo inaczej jego istnienie nie mogłoby być wyrażone?
Na pewno wiersze budują taką przestrzeń komunikacyjną. Same są tą przestrzenią. A człowiek? Dla niego, według mnie, słowa to ciężary — gdyż pragnie nimi coś wyrazić i nie potrafi. Tą niemożność dostrzegali także poeci francuscy, np. Rimbaud i Baudelaire.
Czy coś Cię zaskoczyło w moim odczytaniu tych trzech wierszy?
Tak, nie sądziłam, że kiedykolwiek napisałam coś o reniferach (śmiech). Ale faktycznie rue de Rennes, to ulica reniferów. Od razu też przychodzi na myśl w kontekście osamotnienia w tłumie na tej ulicy: motyw pochodu reniferów i zimna, które metaforycznie tam, gdzie renifery, panuje.
A propos: Diabeł śpi w szczegółach?
Poza tym za ciasne buty, w których stałam pod katedrą Notre Dame, przywiozłam do Paryża z Polski… Nie były one, jak początkowo sugerowałaś, nabytkiem paryskim. Kraj ich pochodzenia może być też bodźcem do ukierunkowania interpretacji wiersza „Przypadkiem”.
© 2006 Małgorzata Zamojska
1 Świadomie rezygnuję w mojej interpretacji z pojęcia podmiotu lirycznego na rzecz nadawcy. Ponieważ podmiot liryczny utożsamiony zostaje z autorką. Jest ona zatem nadawcą tekstu. Niezależnie od kwestii np. recytacji przez kogoś jednego z jej wierszy. Jest to zabieg eksperymentalny, który — jak sądzę — zostanie przede mnie uzasadniony dodatkowymi argumentami przy interpretacji kolejnych wierszy Karoliny Sałdeckiej.
verte.art.pl > Literatura > Eseje > Człowiek w słowach
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski