Bycie pomiędzy Rosjanami a Niemcami to historyczne przeznaczenie Europy Środkowej. Środkowoeuropejski strach historycznie balansuje pomiędzy dwoma lękami: idą Niemcy, idą Rosjanie. Środkowoeuropejska śmierć to śmierć więzienna lub łagrowa, a ponadto śmierć zbiorowa, „Massenmord”, „zaczistka”; środkowoeuropejska podróż — to ucieczka. Ale skąd dokąd? J. Andruchowycz, „Moja Europa”
Ilekroć pojawia się nowa książka Karla-Markusa Gaußa, zanim po nią sięgnę, przyglądam się jej z pewną ostrożnością, z nieufnością, jaką wzbudza we mnie seryjność jego książek. Począwszy od „Europejskiego alfabetu”, zbioru esejów z 1997 r., wydanego u nas przez Czarne także w tym roku, Gauß pisze według jednego klucza: podróżuje na Bałkany, na Wschód Europy, szuka zanikających kultur, mniejszości etnicznych, które już niedługo mają przestać być nawet mniejszościami i zanikającymi kulturami, ma ich nie być — faktycznie zanika język, historia, pamięć, odchodzą ludzie. W tym sensie owi Europejczycy umierają, jak opowiadał w „Umierających Europejczykach”. A umierają na europejskich peryferiach, szukając jeszcze zaginionych rozdziałów swej przeszłości. Właśnie do nich dociera Gauß na Litwie, w Wilnie, przemierzając Spisz, brzeg Morza Czarnego, zatrzymując się w Odessie — w „Niemcach na peryferiach Europy”. Czytając ten zbiór trzech esejów — litewski, słowacki i ukraiński — przekonuję się po raz kolejny, że Karl-Markus Gauß nie napisał po prostu ciągu dalszego dobrych książek, które biorą się z jednego pomysłu, są tłumaczone i zgodnie zbierają nagrody. Gauß naprawdę podróżuje z wierności śladom — peryferiom, ruinom, skazom, podróżuje przeciw zapomnieniu, a pisze z potrzeby dochowania tej wierności.
Pomysł podróży był zdaje się taki: gdzieś tam na Ukrainie leży Szerbanka, miejscowość, która wcześniej nazywała się po rosyjsku Stepnoje, a na początku (ale gdzie jest początek?) nazwana została Alzacją, bo wówczas niewielką wieś założyli tu Niemcy przybyli z Alzacji; a na innej mapie: Nalepkowo, kiedyś nazywane Villa Vagendruczul, potem przekształcane na Wagendrussil, Vogendrissel, Wagendrüssel, Vondrišel… (mapa tu na nic), albo: nad Niemnem leży Kłajpeda, a Memelländ skończył się (jak to skończył?), gdy w 1944 Wehrmacht nakazał ewakuację Niemców litewskich na Zachód. Ale wracali (czy żałowali? okaże się, że tak). Ta podróż nie zaczęła się od zimnego dnia w Wilnie, od lądowania w Odessie, ani nawet od rodziny Kozáków ze słowackiej Staréj L’ubovňy (dawniej Hopgarten), zaczęła się tak: są ludzie, którzy żyjąc w tych miejscowościach znalezionych na mapie, żyją w miejscowościach ze starych map; oni tworzą stowarzyszenia, grupy, związki — jak Wileńska Wspólnota Niemiecka, Stowarzyszenie Niemców (w Kłajpedzie), Stowarzyszenie Niemców Karpackich i swoje (dla wielu jednak nie bardzo „swoje”) miejsca — np. Dom Bawarski w Odessie, Dom Tolerancji w Wilnie, redakcja „Deutsche Nachrichten” w Kłajpedzie. Znam takie polskie historie, całkiem podobne związki, stowarzyszenia, nadzieje z nimi wiązane, a także animozje i rywalizację, które je wyniszczają. Mój dziadek, Ślązak, którego językiem w szkolnej ławie był niemiecki, mawiał przed kilkunastoma laty: Vereinów, jak grzybów po deszczu. „Vereiny” są jak rozrzucone i zbierane ślady — domów, ludzi, ich przeszłości i ich nieszczęść; wybudowano je na śladach, jak po huraganie.
Karl-Markus Gauß i fotograf Kurt Kaindl docierają do organizacji skupiających mniejszości niemieckie oraz do ludzi z nimi związanych, ale i do tych — i to jest w książce Gaußa najciekawsze — którzy nie czują się u siebie ani w Domu Bawarskim czy w Stowarzyszeniu Niemców na Ukrainie, ani we wsiach i miastach, w których żyją dziesiątki lat, czasami od urodzenia. To ich osobność, owo nie bycie do końca u siebie — w miejscu, w mowie, w zrozumieniu przeszłości — jest wzruszające w swym radykalizmie i w swej bezsilności. Spotkania z tymi ludźmi są najlepszymi momentami książki: w ukraińskim Perwomajsku, czyli w „Mieście 1 Maja”, przed wojną zwanego Strassburgiem, słuchają historii Mikołaja: Obłęd, moja matka była Niemką, ojciec Inguszem, ojczym Ukraińcem, a ja mówię tylko po rosyjsku; w niedalekiej wsi Limanske (dawniej Selz) trafiają do Ewy Gonczar, najstarszej Niemki w okolicy, i to ona przepytuje przybyłych z ich „niemieckości”. I naprawdę poruszająca jest w pewnym absurdzie i w tkliwości ta scena, gdy Karl-Markus Gauß na żądanie przebiegłej staruszki śpiewa starą niemiecką kolędę; w Kurdjawce Gauß spisuje posłusznie dane z dokumentów rodziny Wargentin-Sawczenko, której „niemieckości” nie uznał urząd administracji federalnej, lecz może goście z Austrii potrafiliby tak sformułować uzasadnienie, taki list do tych na górze napisać, aby te trzy żyjące jeszcze kobiety — babkę, matkę i córkę — uznano za Niemki? Co na pewno odmieni ich los. Takie spotkania przekreślają jakąkolwiek programowość podróży Gaußa — mimo świetnego przygotowania (dane historyczne, ekonomiczne czy demograficzne stanowią tu świetny element narracyjny), korzystając także z wiedzy przewodników (np. Emanuela Zingerisa z żydowskiego Domu Tolerancji w Wilnie, fantastycznie — notabene — sportretowanego), Gauß jest po prostu przybyszem wystawionym na sytuacje absurdalne, nowe, przywołujące czyste doświadczenie zdziwienia — inni żyją życiem tak odmiennym. Po pożegnaniu ze słowacką rodziną Kozáków, Gauß pisze: nie mogłem się opędzić od myśli, że na tym małym dużym świecie jest mnóstwo ludzi, którzy żyją zupełnie inaczej niż ja.
Uwaga i rodzaj czułości, z jakimi Autor traktuje ludzi i miejsca, empatia, ale i dystans, który służyć ma rozumieniu, wynikającemu z tego właściwego pisarzowi sposobowi patrzenia bez uczestniczenia, oraz — zdaje się, że wrodzona Gaußowi — nieufność i niecierpliwość wobec dystansu, przekraczanie tylko patrzenia, budują tę książkę. Przykładem tego jest świetny zapisek odeski: dzieci wpadające do kawiarni zjadają w pośpiechu resztki ze stolików, sfory ujadających psów, wszechobecne tablice pamiątkowe, zniszczone domy, emeryci sprzedają na ulicy komunistyczne ordery, samochody mafii i przechodnie patrzący na nie z nienawiścią, strachem albo tylko z rezygnacją, a wśród nich: Ukraińcy, Rosjanie, Bułgarzy, Ormianie, wreszcie imigranci z Afryki. Nie istnieje na świecie nic, co by nie istniało także w Odessie.
Ludzkie nieszczęścia, jak i same peryferia, pogranicza, znikające miejsca wywołują także psychiczne zmęczenie. Przytłaczają postsowiecka beznadzieja i zastój, brak ruchu, dziania się, życia — miejscowości bez przeszłości i przyszłości, prowizorka na wieki. I te krótkie momenty rezygnacji w obliczu wszechobecnej prowizoryczności, zniszczenia, które jest ludzkim losem, a nie nostalgiczną widokówką, przekonują mnie, że nie czytam przeestetyzowanych wspomnień intelektualisty, który „wypuścił się” nad Morze Czarne.
Czytając „Niemców…”, a szczególnie pierwszy, litewski esej, sięgałam do „Europejskiego alfabetu”: Nienawiść, zwłaszcza w regionach etnicznie przemieszanych, których żadne czystki nigdy nie będą w stanie zmienić w znów jednorodne narodowościowo, skierowana przeciwko innej grupie etnicznej, religii czy narodowi, co jakiś czas umiejętnie podsycana przez najróżniejszych podżegaczy, jest oczywiście także skierowaną na zewnątrz autoagresją [tłum. A. Rosenau, Czarne 2008]. Poczucie zapomnienia i wykluczenia budzą wysiłek zyskania na znaczeniu — nazwania swojej sprawy, nadania jej rozgłosu — przybiera on nieraz chybioną, kuriozalną postać, jak spiskowa teoria dziejów niejakiego Lahmanna, jak antysemityzm wśród niemieckich Litwinów i antylitewskość litewskich Żydów! Jednak ta potrzeba, rodząc kolejne organizacje, także budząc antysemityzm Litwinów czy niechęć Słowaków do Węgrów, jest potrzebą niezbywalną, a ponieważ tłumioną przez lata, teraz silną i bezwarunkową. Zapewne część bohaterów książki Gaußa, dotkniętych tym losem, otrzymała w ten sposób możliwość zapytywania, zarówno samych siebie, jak i innych, o to, kim są i co utracili.
To bohaterowie tej książki są Europą Środkowowschodnią — światem przesiedleń, ucieczki, wędrówki, opuszczonych domów, cudzych łóżek, stołów, garnków, cudzych szaf, fotografii i papierów. Wolfskinder, o których Gauß opowiada w pierwszym eseju, są tego czasu i tej Europy symbolem. Ich doświadczenie utraty, zagubienia w trakcie przesiedleń, odnalezienie po dziesiątkach lat rodziny w Niemczech lub decyzja nie sięgania w przeszłość, są myślą wypełniającą książkę. Przypomina mi ona zapisek Horsta Bienka, niemieckiego pisarza, opuszczającego Polskę w 1945 r. — na gliwickim dworcu, z którego wyjeżdżał na Zachód, niewiele później wysiadali przesiedleńcy ze Lwowa, wśród nich np. rodzina Adama Zagajewskiego, urodzonego w tym roku we Lwowie polskiego poety. I w mojej rodzinie, wśród sąsiadów i znajomych powtarzają się te opowieści o dworcach, kufrach, pociągach. Nasuwa się kolejna prosta myśl: jeśli jakieś Centrum, to nie takie, o jakim mówią dziś pewne postaci niemieckiej polityki.
Wydani przez Czarne „Niemcy na peryferiach Europy” mają jeszcze te dwie zalety: decydującą, czyli piękne tłumaczenie Sławy Lisieckiej, oraz zdjęcia Kurta Kaindla. Tak jak Gauß łatwo mógł wpaść w pułapkę języka, który nie miałby nic wspólnego z językiem, w jakim historie były mu opowiadane, i nie utrzymałby już więzi z bohaterami tych historii, tak Kaindl mógł łatwo popaść w fotograficzną kreację, nachalną w tym przypadku. Ustrzegł się tego. Jego zdjęcia to też ślady — zapis wsi, ulicznych scenek, twarzy. Patrzę teraz na fotografię „W dolinie Gnilca”. Źródło rzeki Gnilec (Hnilec, Göllnitz) znajduje się na terenie tzw. Słowackiego Raju, rezerwatu przyrody, nieopodal miejscowości Stratená, po niemiecku Verlorenseifen, oznaczającej mniej więcej stratę, utratę, powiedzielibyśmy: Stracone Miejsce, Zagubiona Miejscowość. Jednak Gauß pisze: Słowo „zatracanie się” w nazwie Verlorenseifen nie świadczy o losie, który został przeznaczony tej miejscowości pełnej nieczynnych już hut i kopalń, lecz o tym, że w krasowej ziemi Słowackiego Raju nieopodal tego miejsca gubi się i znika potok, by dalej płynąć pod ziemią.
Gubi się i znika, ale to tylko złudzenie — nie znika zupełnie, być może powraca, a tymczasem — jeszcze można to wszystko odnaleźć.
© 2008 Małgorzata Bogaczyk-Vormayr
verte.art.pl > Literatura > Recenzje > Gubi się i znika
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski