W roku 2005 nakładem warszawskiego „Czytelnika” ukazało się wznowienie „Kalendarza i klepsydry”, znanej książki Tadeusza Konwickiego, która w 1976 roku została brutalnie potraktowana przez ówczesną gierkowską cenzurę i straciła tym samym blisko trzydzieści procent swej pierwotnej objętości. Samoistnie rodzi się pytanie: dlaczego zgodził się Konwicki na jej nie cenzurowaną reaktywację, ponowne włączenie do czytelniczego obiegu akurat w 2005 — przecież wcześniej wielokrotnie stanowczo tego odmawiał? Otóż istnieje całkiem podstawne przypuszczenie, iż za namową literackich ekonomów miałby ponownie wypłynąć Konwicki na fali popularności książki Janusza Głowackiego „Z głowy” z roku 2004, wszak wiele łączy ją ze starszym o niemal trzydzieści lat „Kalendarzem…”. Obie te książki to autobiografie utrzymane w konwencji plotkarskiej eseistyki. To oczywiście nie żadne novum, ten specyficzny gatunek uprawiał i Marek Hłasko w kultowych już „Pięknych, dwudziestoletnich” — posługując się swą znamienną czarną poetyką, i Leopold „Lolo” Tyrmand w „Dzienniku 1954”, a i nawet Czesław Miłosz w „Innym Abecadle”, „Zniewolonym umyśle” czy nawet „Rodzinnej Europie” — nieco dostojniej i tak zwaną śliczną higienę tekstu zachowując.
Czymże jest rzeczona autobiograficzna eseistyka plotkarska? Otóż, prócz przedstawiana czytelnikowi swego życia, zachowując najczęściej chronologię wydarzeń i wypadków, czyni autor — a więc i Głowacki, i Konwicki, i Hłasko, i in. — liczne dygresje: a tu coś na zasadzie gry skojarzeń się przypomni, a tu jakiś wniosek sam nasunie. Ważne jest też, kto z kim, gdzie, jak i ile wcześniej wypił. Jaki film jest dobry, a jaki do niczego i tak dalej.
Wszystkie te plotkarskie książki powstały albo na emigracji, albo pod wpływem jakichś dalekich podróży, a więc pewne wizje i spostrzeżenia krystalizują się dopiero, gdy jest się poza, gdy się przekroczy granicę — jak powiedziałby Ryszard Kapuściński.
„Z głowy” Głowackiego ma doprawdy wiele wspólnego, wiele dosłownych wręcz, merytorycznych punktów styczności ze wspomnianym „Kalendarzem i klepsydrą” Konwickiego — opisy polskiego środowiska filmowo-literackiego, pijatyki w SPATiF-ie, zagłębianie się w jedyny w swoim rodzaju geniusz Himilsbacha, a nawet podróż do Chin, jaką i Głowacki, i Konwicki mieli okazję odbyć (oczywiście osobno). Lecz podczas gdy Konwicki w „Kalendarzu…” daleko ucieka w aforyzmy, beztrosko pławi się w ławicach swych wymyślnych metafor, umiejętnie żongluje językiem polskim, a więc nie dość że „bawi” nas treścią, to jeszcze zaskakuje wspaniałą formą, Głowacki proponuje tylko samą nagą treść. Być może taki był jego pierwotny zamiar — lekko i z przymrużeniem oka jedynie udokumentować fakty, zarejestrować je, prosto „z głowy”, z zakamarków pamięci wypływające strumieniem polskiej świadomości? Pewnym jest, iż chciał Głowacki łatwiej i jak najkrótszą drogą trafić do przeciętnego odbiorcy, pisząc językiem prostym, nie kodując w nim podtekstów i nie czyniąc praktycznie żadnych zbędnych aluzji. Nie znaczy to jednak, że Janusz Głowacki nie umie pisać inaczej (czyli lepiej — chociaż po „My sweet Raskolnikow” nigdy nie sięgajcie!). Dowodem niech będzie przytoczony przez niego fragment dawnego swego eseju o Gombrowiczu w rozdziale zatytułowanym „Dookoła Gombrowicza”, gdzie błyskotliwe spostrzeżenia i uwagi idą w parze z dynamiczną ironią, która naprawdę urzeka.
Drażni u Głowackiego brak dystansu do samego siebie czy wręcz egocentryzm pisarza. Podczas gdy Konwicki z uporem maniaka próbował zrobić z siebie skromnego i poczciwego prowincjusza, autor „Z głowy” daje upust swej próżności. Czasem powraca do jakichś spektakularnych wątków, ponownie podkreśla ich znaczenie, tym samym znaczenie swoje własne na firmamencie gwiazd, zakłócając jednocześnie logiczny ciąg zdarzeń. „Z głowy” to więc książka raczej nieskromna i nieco niepokorna.
Ma jednak Janusz Głowacki twarz ludzką, o czym daje znać w ostatnim rozdziale „Z głowy”, traktującym o jego matce. I o jej śmierci. Spod maski cynika, którą przywdział Głowacki, spływają tu bowiem połyskujące w obiektywnym świetle łzy. Bo to już nie „z głowy”, to z serca. I jak się okazuje, każdy, nawet taki pisarz-playboy jak on, jest w pierwszej kolejności zwykłym śmiertelnikiem, dopiero później artystą. Głęboki humanizm wypływa więc z tej prostej książeczki: każdy jest tylko człowiekiem i niechaj błędy będą mu wybaczone; i każdy jest aż człowiekiem — należy mu się więc, mimo wszystko, szacunek. Oto główna konkluzja wynikająca z książki Janusza Głowackiego, konkluzja, jaką implikuje dopiero jej zakończenie puentujące całość.
© 2005 Emilia Walczak
Tekst zdobył pierwsze wyróżnienie w konkursie literackim na „Recenzję książki” zorganizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną im. Ł. Górnickiego w Oświęcimiu oraz oświęcimskie wydawnictwo „Książnica”.
verte.art.pl > Literatura > Recenzje > Humanizm „Z głowy” Janusza Głowackiego
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski