> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№57 marzec 2009

Kolej na los (z Maciejem Dęboróg-Bylczyńskim rozmawia Anastazja Dembczyńska) Anastazja Dembczyńska + Maciej Dęboróg-Bylczyński

ANASTAZJA DEMBCZYŃSKA: Jakie intencje przyświecały panu w trakcie pisania książki?

MACIEJ DĘBORÓG-BYLCZYŃSKI: Chciałem, aby była tak niejednoznaczna jak to, czego doświadczam za oknem, na ulicy i w drugim człowieku.

Czy w powieści wybrzmiewają elementy biografizmu?

Jestem skrajnym przeciwnikiem autobiografizmu w sztuce (jakiejkolwiek), co nie znaczy, że twórca nie posiłkuje się, nie przemyca do struktury utworu elementy tego, co go w jakiś sposób zainspirowało, zafascynowało, oburzyło, zdumiało... Dziwienie się jest immanentną cechą ludzkości. Jest taki obraz Paula Klee, który bardzo lubię. Nosi tytuł: „Highways and Byways”. Ciekawa realizacja skądinąd oklepanego motywu drogi. Ile zdaniem pani elementów mitobiografistyki w tym dziele? To pytanie, to zagadnienie w ogóle mnie nie interesuje. Ważniejsze jest dla mnie, co ten obraz mi komunikuje, taki jaki jest, poza Paulem Klee, w oderwaniu od niego. Ja też opieram książkę na motywie drogi. To zamierzona „nieoryginalność” utworu. Zresztą – pojęcie leitmotivu funkcjonuje wyłącznie w pseudointelektualnym, wydumanym języku ludzi zajmujących się na co dzień „badaniem” sztuki, nie zaś w życiu, nie w człowieku i świecie jego emocji.

 […] bo nie znoszę poezji, a jeszcze bardziej doszukiwania się w niej tego, czego w niej nie ma. A poza tym poezja to chwila przecież, emocja ulotna, liść z drzewa, trel ptaka, uśmiech zielonookiej… Zgadza się pan z myślami głównego bohatera, czy są one tylko prowokacją?

„Kolej na los” jest naszpikowana prowokacją. Czy się zgadzam? Nie. Poezja ma dla mnie swój czar, klimat. Mam wielu ulubionych poetów. Chociaż rzeczywiście – pewna ulotność jest immanentną cechą liryki, ale nie w ujęciu pejoratywnym.

[…] naród utopiony w popplastiku nie potrafi już odkodować semantycznych zawiłości epok minionych, które przecież są naszym dziedzictwem… Oznacza to, ze zauważa pan postępującą amnezję bądź też ignorancję historycznoliteracką?

Świat się zmienia. Nie mnie to jednak oceniać. Rolą prozaika nie jest miotanie kalumnii czy podawanie na tacy gotowych rozwiązań z gatunku „jak żyć”, „jakim być inteligentem w Polsce postkomunistycznej”. Czy gdyby Mateusz Weber (bohater książki) wykrzykiwał hasła antysemickie, też pytałaby mnie pani, czy tak myślę?

Zatem jaka jest rola prozaika? Obiektywne odwzorowanie obrazu świata bez wartościowania? Rzetelną kopię rzeczywistości można przecież znaleźć w porannym dzienniku.

„Rzetelne kopie” są raczej domeną rzemieślników, nie artystów, którego rolą jest twórcze przetwarzanie rzeczywistości. Co w żadnym razie nie oznacza tłumaczenie jej komukolwiek i w jakikolwiek sposób. „Wartościowaniem” niech zajmują się etycy, moraliści, filozofowie… Artysta bazuje na współodczuwaniu sztuki. Na ogólnej potrzebie do ucieczki z rzeczywistości w świat fikcji. Sztuka wówczas żyje, gdy jest „dopowiadana” przez jej odbiorcę, współrealizowana z nim. Istnieje dla niego i dzięki niemu. A każde takie „dookreślenie” jest równoważne. Tak jak nie istnieją lepsze czy gorsze interpretacje sztuki, tak nie istnieje „wartościowanie” w niej samej…

Czyli pan pokłada wielkie nadzieje w odbiorcy, który ma sam sobie odpowiedzieć na pytania postawione w książce?

Wyczuwam w tym pytaniu jakichś nieuzasadniony dla mnie lęk przez sztuką. Sztuka, proszę pani, już dawno zeskoczyła z piedestału. Nie zostawiam czytelnika samemu sobie na pastwę mojego świata literackiego. Czytelnik nie ma wobec książki żadnych obowiązków. Ma natomiast prawo dowolnie ją sobie przeinterpretowywać. Kreować ją dla siebie. Ja nie muszę pokładać jakiejkolwiek nadziei w odbiorcy. On sam intuicyjnie wie, że sięga po książkę nie tylko by ją przeczytać, ale przede wszystkim przeżyć.

Poruszony w książce problem niemożności porozumiewania się, obnażania emocji w trakcie rozmowy – jak pan myśli, z czego wynika taki stan rzeczy?

Szukam odpowiedzi – dlatego piszę. Zapewniam panią, że gdybym znał odpowiedz, nie pisałbym o tym...

Pisarstwo to ciągłe poszukiwanie odpowiedzi na pytania stawiane przez rzeczywistość?

Moje pisarstwo – tak. Nie interesuje mnie sztuka nacechowana dydaktyzmem, wartościowaniem, mędrkowaniem, ale też – nie zajmuje mnie twórczość odległa od człowieka, jego spraw, problemów, radości…

Spotkanie przez Mateusza Webera Marka Karabka indukuje refleksje o nieskrępowanej wolności, wyzwoleniu się spod norm, zasad, ról społecznych – skąd biorą się takie pragnienia?

Myślę, że są one bliskie na każdej szerokości geograficznej i w każdym miejscu osi czasowej. Skąd się biorą? To pytanie bardziej dla psychologa niż artysty.

Pisarz nie powinien być i po trosze psychologiem?  W końcu wnika pan jako autor powieści w osobowość Mateusza Webera.

Pisarz nie powinien nudzić (śmiech). Nie powinien również bać się pisać. I być może kilku innych rzeczy jeszcze nie powinien… Jeżeli jest psychologiem klinicznym jak Somosa, to ma szansę pisać świetne powieści. Jeżeli nie jest… to też ma tę samą szansę.

 Portret głównego bohatera jawi się w pesymistycznych barwach: niespełniony intelektualista w średnim wieku, kaleka emocjonalny. Polak przed czterdziestką to laboratoryjny okaz frustrata?

Nie przeglądałem danych statystycznych (śmiech). Pyta mnie pani, dlaczego artyści tak diagnozują tę grupę społeczną? Pytanie, czy rzeczywiście robią to oni, czy interpretatorzy ich dzieł? Tego również nie jestem do końca pewien. Ja nie wiem, co jest „zdrowe”, a co „chore”. Nie muszę wiedzieć. Czasem jest tak, że dziennik pacjenta kliniki psychiatrycznej jest dla mnie po prostu bardziej interesujący niż perypetie niani Maj. To wszystko.

Niezadowolenie z życia Mateusza Webera prowadzi do pogodzenia się z własnym losem. Dlaczego nie wywołuje to wewnętrznego protestu i zmiany, tylko użalanie się nad sobą?

Bo nie każdy jest Herkulesem? Bo nie wszystko jest rozwiązywalne „tu i teraz”? Bo w książce, jak w życiu, wiele dzieje się „poza kadrem”... gdzieś na bocznym torze, niejako „przy okazji”?

A może to wrażliwość prowadzi do nieumiejętności odnalezienia się we współczesnym świecie?

Być może, ale czy zawsze? „Wrażliwość” jest trochę nadużywanym określeniem. Wszyscy są w jakiejś mierze wrażliwi na coś. Ostatecznie współtworzymy nasz świat, dlaczego więc nie potrafimy się w nim odnajdywać? To absurd. Wrażliwość nie jest dla mnie dostatecznym powodem rozumienia czyichś zachowań. Mateuszowi również daleko do aureolki „ostatniego sprawiedliwego”.

W książce pojawiają się elementy współczesnych „wspomagaczy”, takich jak: Internet zapewniający anonimowość, czy cudotwórcze sesje psychologiczne – dokąd one prowadzą?

„Dokąd prowadzą?”… Nie wiem. To pytanie ma trochę futurologiczny wydźwięk dla mnie. Może Lem by pani umiał odpowiedzieć, ale niestety Mistrza już o nic nie zapytamy. Istnieją w dzisiejszym krajobrazie. Jaki mają na niego wpływ i czy będą funkcjonować (i w jakim kształcie i natężeniu) za 30, 50 lat? Ma pani chyba słuszność, że to „wspomagacze”, albo raczej „wyzwalacze”... emocji, stanów, słów, sądów. Myślę, że żyje się z nimi ani łatwiej, ani trudniej. Po prostu inaczej niż bez nich.

Nie uważa pan jednak, że te „wyzwalacze” emocji ułatwiają egzystencję? Mateusz Weber, pisząc namiętne listy do nieznajomej z portalu randkowego, całkowicie się otwiera.

Zgoda. Ale czy to prawdziwe otwieranie się na drugiego człowieka, czy może wpadanie w konwenans? I czy Mateusz jest szczęśliwszy dzięki tym kontaktom? Nie jest. Internet jest w zasięgu ręki i on to wykorzystuje. Gdyby go nie było, to wówczas pewnie by pisał gęsim piórem na czerpanym papierze. Pyta mnie pani, czy Internet zmienia naszą kulturowość. Tak. Ale przypatruję się temu bez „wartościowania”.

Finalnie Mateusz Weber krąży gdzieś pomiędzy angielskimi toaletami a szpitalem – czy właśnie taki scenariusz piszą sobie ludzie bez właściwości?

Nie ma reguły. Nie oceniam Mateusza, nie straszę również jego przykładem, jego „losem”. To nie jest książka z gatunku: „rób tak i tak, bo jak nie, to skończysz jak...” (śmiech). Przynajmniej ja jej tak nie widzę. Może z takim zamierzeniem Goethe pisał „Cierpienia młodego Wertera”, ale jeżeli nawet, to to był czas „burzy i naporu”. Teraz nie ma powodu do „burzy”, chyba że w szklance wody. Ale Sturm und Drang na taką skalę tym bardziej wywołuje u mnie niesmak. Pyta pani, czy jestem wyznawcą predestynacji? Tak – przyznaję, ale nie w sensie kalwińskim. Mateusz może przecież w każdej chwili wyjść ze szpitala. Życie to nie gułag jednak. To zależy od niego.

© 2009 Anastazja Dembczyńska + Maciej Dęboróg-Bylczyński

verte.art.pl > Literatura > Wywiady > Kolej na los (z Maciejem Dęboróg-Bylczyńskim rozmawia Anastazja Dembczyńska)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski