Czasy mamy niewesołe, trudno więc i o pełne humoru oraz niejadowitej ironii książki. A lektura tych nielicznych, zabawnych w intencjach autorów, po kilkunastu stronach zaczyna niemożliwie nużyć. W przypadku debiutanckiej powieści Natalki Śniadanko (lwowskie wydawnictwo Piramida, 2001) kolekcję Ołesi, głównej bohaterki i narratorki, można jednak z powodzeniem poszerzyć o jeszcze jedną namiętność — do narracji. Do opowieści, która czytelnika chwyta i — choć nie zawsze jest to chwyt zapaśniczy — trzyma już do końca. Historia Ołesi to w zasadzie powieść inicjacyjna z potężną dawką humoru. Historia normalnej dziewczyny ze zwykłej lwowskiej rodziny. Normalności te warto o tyle podkreślać, iż nie są one dzisiaj rzeczą tak znów powszechną, a epatowanie aberracjami wydaje się dalece pewniejszym sposobem zdobycia czytelnika. Sąd to może nieco sprzeczny z percepcją książki na Ukrainie, gdzie — jak podają wydawcy — tradycjonaliści oskarżali Śniadanko o uprawianie pornografii. Pornografii się nie dopatrzyłem, a jedyne aberracje wiążą się z mężczyznami, jakich bohaterka spotyka. Ołesię poznajemy w pierwszej klasie szkoły podstawowej i towarzyszymy jej przygodom przez kilkanaście lat, do ukończenia studiów, stając się świadkami powstawania kolekcji namiętności. Tworzą ją mężczyźni, ich dalekie od normalności charaktery, upodobania, fobie. Ta inność bohaterów nie jest w żadnym razie groźna dla bohaterki, nie ułatwia jej też co prawda życia, stanowi za to niewyczerpane źródło komizmu. Galerię osobliwości tworzą postacie różnego statusu (uczniowie, studenci, wykładowca wyższej uczelni, emigrant, arystokrata), narodowości (Ukraińcy, Rosjanin, Włoch, Niemiec) i wieku, bo opowieści o romansowo-egzystencjalnych perypetiach Ołesi, począwszy od 8 klasy, przedstawione są chronologicznie. Wszystkim tym bohaterom przypisać można myślenie magiczne, życie w świecie własnych wyobrażeń, nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością. Dlatego też „Kolekcja namiętności” jest raczej powieścią inicjacyjną à rebours, bo to przede wszystkim postacie wokół Ołesi poddawane są próbom dojrzałości, sama bohaterka zdaje się już posiadać tak mądrość życiową, jak i zrozumienie dla ludzkich ułomności arystokraty czy doktora nauk matematycznych.
Jeśli przejść się korytarzami Politechniki Lwowskiej, to w ciągu maksimum piętnastu minut można spotkać pięciu mężczyzn tego rodzaju. Szare spodnie w kancik, od nie istniejącego garnituru, niebieska koszula z wytartymi mankietami, obcisły szary sweter z angory, czarne półbuty z lwowskiej fabryki obuwia Progres, na ramieniu stara teczka z czarnego skaju, łysina, różowy grzebień, wytwornie sterczący z tylnej kieszeni, i kilka przednich złotych zębów. (…) Ale to tylko cechy zewnętrzne, zasadniczo mężczyźni ci są dość mili, uprzejmi i oczytani, i przeważnie sprawiają dobre wrażenie. Co prawda, raczej na mamach i babciach swoich młodych studentek niż na długonogich z pierwszego roku (61-62).
Doktor nauk matematycznych, który upatrzył sobie Ołesię, już na trzecim spotkaniu oznajmił, iż akurat do końca tego roku zamierza rozstrzygnąć pewną kwestię swojego życia osobistego — żeniąc się z nią. Po paru latach, w czasie przypadkowego spotkania, nawiązał raz jeszcze do problemu, zapewniając, że jego rozwiązanie nastąpi w tym roku, choć jeszcze nie wie z kim… Łatwego życia nie miała Ołesia także z tymi, jakich pokochała: we Lwowie z Rosjaninem Witalikiem czy podczas studiów we Fryburgu z niemieckim arystokratą Hermanem. Neurotyczny, zbyt głęboko czujący tragizm życia Herman początkowo nawet dobrze radził sobie na egzotycznym dla siebie słowiańskim gruncie, jak w toalecie koło stacji benzynowej w czasie podróży z Ołesią do Lwowa:
Drzwi, na których czerwoną farbą była napisana wielka litera M, zostały Hermanowi w rękach, po tym, jak próbował je otworzyć. Najwyraźniej puściły zawiasy, a ze środka wyskoczył wystraszony kogut. Nie mniej od niego przerażony widowiskiem i zapachem, Herman odłożył zaspokojenie potrzeb fizjologicznych do Lwowa i z zakłopotaniem zapytał mnie, czy wszystkie nasze toalety tak wyglądają (227).
Owocny w doświadczenie był również sam pobyt w stolicy Galicji, choćby samodzielne poznawanie miasta:
Tyle wrażeń, ile zdobyłem tych kilku godzin, w domu nie przeżyłbym przez rok — opowiadał zachwycony po powrocie. Jak tylko wsiadłem do tramwaju, ten się zapalił, to znaczy, tylko trochę zaczął dymić i strasznie śmierdziało. U nas zaczęłaby się panika, ludzie wyskakiwaliby przez okna, przyjechałoby pogotowie techniczne, a tu poza mną chyba nikt nie zwrócił na to uwagi, wszyscy siedzieli spokojnie, dojechaliśmy do końcowego przystanku, wysiadłem ze wszystkimi, tramwaj pojechał dalej, a za nim wlókł się niewielki ogon dymu (230).
Tragikomiczny charakter związku z Ołesią, determinowany brakiem „wewnętrznej gotowości” Hermana, doprowadził do zerwania planów małżeńskich, wielu powrotów i rozstań, intensywnej korespondencji, ciągłych podróży, końca miłości. Mężczyźni, którzy pojawiają się w życiu bohaterki nie są antypatyczni, brakuje im zdecydowania, dojrzałości; jednym, bo są jeszcze dziećmi (Tola), innym, bo to jeszcze młodzieńcy (Witia, Witalik), Hermanowi, gdyż sam nie wie jak, gdzie i z kim chciałby żyć. W innych tego zdecydowania i pewności siebie aż nazbyt, jak w Żeni-doktorze i jego projekcjach rodzinnej stabilizacji czy Enzo, emigrancie z Mediolanu, przy okazji którego obalony zostaje mit włoskiego superkochanka. Dostaje się także stereotypom innych nacji, nie odpuszczono Niemcom, ich rozpisanemu co do minuty grafikowi codziennych obowiązków, posiłków, skrupulatnie wydzielonemu na każdą osobę jedzeniu.
Lektura „Kolekcji namiętności” jest przyjemnością, uczestnictwem w zabawie, rozrywką. Przypomina, iż literatura może i powinna pełnić również taką funkcję, nawet w czasach głębokiego społecznego oraz politycznego kryzysu. Powieść ukazała się na Ukrainie w 2001 roku, wizja jakiejś „pomarańczowej rewolucji” musiała wydawać się wówczas fantazmatem. Sama Śmietanko, pracując od 2002 roku w redakcji „Lvivskij Gazeti”, dokładała starań, by uczynić Lwów transparentnym, wolnym od skorumpowanej regionalnej władzy i urzędników. W „Kolekcji namiętności” pokazała kawałek ukraińskiej codzienności wolny od poważnych problemów politycznych czy gospodarczych, życzliwą ludziom lwowską rodzinę i ich córkę, wyrozumiałą wobec słabości bliźnich, choć dopiero wchodzącą w życie. Dojrzałość Ołesi, pełna życzliwości i humoru postawa wobec innych, w rzeczywistości która takim zachowaniom nie sprzyja, w pewnym sensie może stanowić odpowiednik tego, co zdarzyło się w Kijowie i innych ukraińskich miastach w listopadzie 2004 roku. W „Pocztówce z Kijowa”, felietonie dla Wydawnictwa Czarne, Śniadanko podkreśla tę nadzwyczajną atmosferę życzliwości, którą wówczas ogarnął naród. Zaskakująco, nawet dla autorki, stało się tak, jakby nastrój Ołesi udzielił się w tych dniach większości naszych sąsiadów.
© 2005 Jarosław Bytner
Przytoczone fragmenty książki w przekładzie Katarzyny Kotyńskiej i Renaty Rusnak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004.
verte.art.pl > Literatura > Recenzje > Kolekcjonerski debiut
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski