…papiery, na których widniały okręty dobijające do portów nieistniejących ni w czasie, ni w przestrzeni, niby defilada chińskiej orkiestry wojskowej między wiecznością a nicością.
Jose Lezama Lima: „Raj”1
Wystarczy spojrzeć na magiczne realia tekstów literatury iberoamerykańskiej, by zdać sobie sprawę, że możliwe jest wszystko i nic jednocześnie. Ta myśl nie odpowiada szczególnie naszym zachodnim, pozornie pragmatycznym umysłom, które lubują się w zwalczaniu swojego horror vacui „za pomocą” katalogów Ikei, kolorowych czasopism i niewyobrażalnie potężnych sklepów. My, którzy stąpamy twardo po ziemi i piszemy listy na liniowanym papierze, doznajemy swoistego uczucia niesmaku, postawieni przez kogoś przed faktem dokonanym podróży w osiemdziesiąt światów dookoła dnia, do środka ziemi, jądra ciemności lub źródeł czasu (względnie: „podróży niemożliwych”). Naprzeciw, zapewne śmiesznie wyglądającym, kwaśnym grymasom naszych twarzy, „lekkim krokiem” wychodzą ulotne konstrukcje mandali ze słów, starannie układane przez twórców z Ameryki Południowej, gdzie niemożliwość możliwości wszechrzeczy zdaje się być bardziej namacalna i organiczna dla człowieka. W tym swoistym tandemie jest nam znacznie raźniej i decydujemy się wyrazić nieśmiałą gotowość do lekcji przepaści, którą nam wyżej wspomniani pisarze oferują. Trzymając zatem w ręku kartkę papieru (bo czegoś przecież musimy się „chwycić”), nasze twarze doznają szeroko rozumianego rozkurczu, objawiającego się między innymi znacznym przechyleniem żuchwy w kierunku podłogi, stwierdziwszy prawdziwość tezy (skierowanej przeciwko zegarkom2) o synchronizmach, metachronizmach i anachronizmach (przynajmniej) osiemdziesięciu światów3. Innymi słowy poznajemy diachroniczną przestrzeń, po której porusza się dany autor, dzięki czemu jesteśmy w stanie rzucić się w przepaść swoistej polichronii naszego życia bez lęku i dalszej asekuracji (opcjonalnie: przy niedostrzegalnej asekuracji, pozwalającej nam na nieskromne zadowolenie z własnej odwagi).
Poinstruowani i skwapliwie przygotowani do podróży w nieznane, zapuszczamy się więc nieco niezdarnie na tereny znajdujące się po drugiej stronie lustra (tej dziury w gładkiej tafli czasu i przestrzeni), a Alejo Carpentier oferuje nam swoje usługi doświadczonego przewodnika (lub też: obserwatora naszych potknięć). Przyjąwszy jego pomoc, podążamy za nim do miejsca do złudzenia przypominającego świat znany nam z codzienności, które dodatkowo przywołuje w naszych głowach wspomnienie krótkiej przypowieści Borgesa, o której pisał Jean Baudrillard na początku jednej ze swoich najsłynniejszych książek4. Jest to mianowicie historia o imperium, którego kartografowie postanawiają stworzyć mapę tak dokładną, że przesłania ona całą powierzchnię kraju. Według Baudrillarda jest to najlepsza z możliwych alegorii tego, co nazywa symulacją (simulation, simulacrum)5, a co owładnęło nieodzownie naszą (zachodnią) cywilizacją. Z początku tego jednak nie dostrzegamy, żyjąc, podobnie jak protagonista powieści, w świecie przenikających się przejawów różnych kultur, o zachęcająco świeżym alternatywnym smaku ciekawych przyjęć, przedstawień, wernisaży. Przeczuwamy, podobnie jak ludzie otaczający nas, chęć wydobycia na wierzch jakiegoś bliżej nieokreślonego czasu przeszłego, którego nikły puls tętniący w naszych żyłach skłania nas do penetrowania ogromu historii muzyki, literatury, czy teatru, lecz starania te charakteryzuje słomiany zapał gasnący na dnie butelki wina wraz z końcem wieczora. Ostatecznie czyjeś ramię wyrywa nas z objęć letargu tego intelektualnego pozerstwa i zmusza do wyjazdu, w celu zagłębienia się w ten nurtujący temat.
Kolejna przepaść.
Kropelkami potu rysuje się na naszych czołach mieszanka nieprzystosowania do klimatu atmosferycznego tego miejsca, jak i przerażenie spowodowane zintensyfikowanym wrażeniem rozdźwięku kulturowego, jaki tam panuje. Mimo wszystko odnajdujemy pewien szczery urok tylko pozornie przerysowanej rzeczywistości i postanawiamy stopniowo zrzucać zbędny balast obłudnych naskórkowych próżności i nawyków kulturowych. Myśl, że podążamy dobrym tropem, dodaje nam przyjemnego uczucia lekkości i zadowolenia. Zdzierając kolejne warstwy i pokonując kolejne odsłony tego spektaklu, docieramy do niemal preadamicznego (prenatalnego) stanu, w którym dostrzegamy obraz utopijnej harmonii pomiędzy człowiekiem i naturą, w której ciało stanowi odzwierciedlenie swych celów i potrzeb. W tej transcendentalnej wizji (tak żywej w wierszach Thoreau) wszystko zdaje się mieć zachwycająco pragmatyczny charakter. Nie ma tu miejsca na niepotrzebne gesty, słowa czy czyny, a wszystko zdaje się być ożywione tym samym oddechem i rytmem. Mit, rytuał i wszelka aktywność twórcza są tu esencją istnienia (obecności), czymś organicznym, niemającym racji bytu poza człowiekiem (będącym nieodzownym elementem natury). Wkrótce, przekonujemy się o wszystkim, podejmując próby tłumaczenia tego na nasz język, który jest tu czymś niezrozumiałym i obcym, co potęguje tylko poczucie własnej hybrydyzacji, rozszczepienia.
Z tego też powodu, przy najbliższej okazji, banalne pokusy, które jednak z niesamowitą siłą przemawiają do naszych konsumenckich zmysłów, przyciągają nas wraz z bohaterem opowieści do czasu teraźniejszego, gdzie wszystko jest bólem głowy i chęcią ponownego zaśnięcia w błogim łonie utopii, którą dopiero co opuściliśmy.
Nasze zaostrzone podczas podróży zmysły dostrzegają nagle w pełni nierealny charakter rzeczywistości, w której ułatwianie życia jest jego komplikowaniem, gdyż jest szukaniem wytrawnych rozwiązań, zamiast sięgania po te najprostsze.
Nie ma w niej muzyki organicznych szeptów materii martwej i ożywionej, ani prawdziwego rytuału (tylko pustka powtarzalności), ani bliskości z drugim człowiekiem (a jedynie kontaktoterapie itp.). Znaki, które miały odzwierciedlać rzeczywistość i uczynić ją komunikowalną, zastąpiły ją (tak jak mapa przesłoniła kraj u Borgesa). Nasza rzeczywistość to symulacja („brak rzeczywistości”) – kwintesencja nieobecności, jaką jest pismo-fundament naszej kultury6.
Co więcej – podobnie jak protagonista Carpentiera, który przebył tę długą podróż od marnych tęsknot, poprzez wspomnienia własnej przeszłości (np. dzieciństwa w ojczyźnie) i etapy historii ludzkości, dotarł do tytułowych źródeł prawdziwych dla każdego człowieka – zmuszeni jesteśmy zauważyć, że powrót jest niemożliwy. Proces symulacji jest bowiem nieodwracalny.
To, co nam pozostało to diachronia snów, literatury i błądzenie we mgle przebudzenia…
© 2009 Magdalena Rucińska
1 J. Cortázar, Opowiadania: Przeznaczenie wyjaśnień, przeł. Zofia Chądzyńska, Warszawa 1999, s. 321.
2 J. Cortázar, Opowiadania: Instrukcje. Jak nakręcać zegarek, przeł. Zofia Chądzyńska, Warszawa 2005, s. 510.
3 J. Cortázar, W osiemdziesiąt światów dookoła dnia, przeł. Zofia Chądzyńska, Warszawa 2002, s. 245
4 J. Baudrillard, Simulations, przeł. P. Foss, P. Patton i P. Beichtman, 1983, s. 1-5.
5 Z francuskiego simulacre = pozór.
6 Patrz: J. Derrida, „Farmakon”, przeł. K. Matuszewski, [w:] Pismo filozofii, red. B. Banasiak, Kraków 1993, s. 43-69.
verte.art.pl > Literatura > Eseje > Los pasos perdidos – czyli „Podróż do źródeł czasu” Alejo Carpentiera
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski