> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№1 lipiec 2004

Nie bądź bezpieczny („Rites of Passage” Williama Goldinga) Tomasz Kojder

Początek dziewiętnastego wieku. Edmund Talbot, młody i światły arystokrata, w trakcie podróży morskiej prowadzi dziennik, spisując obserwowane zdarzenia. Tych jednak niewiele. Bo mimo że pasażerów sporo, to wszyscy skrępowani — jeśli nie przestrzenią pokładu, to konwenansami. Dokumentuje więc Talbot konwenanse — konwenanse nieodzywania się do kapitana, nieodczuwania smrodu pokładu czy nieokazywania znużenia rozmowami o niczym.

Żadna to jednak przeszkoda dla bystrego młodzieńca, który jednym ruchem pióra odziera swych współpasażerów z noszonych przez nich masek, by ujawnić kryjącą się pod nimi małość, głupotę i próżność. I wyszydza je z kunsztem, którego pozazdrościłby niejeden literat, czyniąc scenę z deku, a w hallu budując teatr.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, wpadł mi do głowy jakby przeniesiony żywcem z teatru pomysł, dzięki któremu mógłbym za jednym zamachem uwolnić się zarówno od Zenobii, jak i od pastora. Cóż prostszego, niż podrzucić kartkę do jego kajuty, a potem udać, że ją znalazłem? „Czy to list do panny Brocklebank? Coś takiego! Pan, osoba duchowna!… Natychmiast wyznaj wszystko, podstępny psie, i pozwól pogratulować sobie sukcesu!”

Cóż za przedni z niego dramaturg! A i aktor jakich mało! Wszak i na jego twarzy maska, uprawomocniona nie tylko konwenansem, ale i licencją poetycką, przywdziewana nie tylko, by zachować twarz, ale i ciągłość akcji, by pozostałe osoby dramatu tańczyły, jak im Talbot zagra. Bo mamy tu odwrócony teatr — najpierw zagrany, później spisany. Gdyby tylko pierwszy plan nie był pusty… I oto wchodzi pastor.

Do pomieszczenia wkroczyło niewiele ponad pięć stóp pastora, roztaczając wokół siebie aurę pobożności, nieśmiałości, szczęścia i samozadowolenia — atrybutów, których w normalnej twarzy trudno dopatrzyć się jednocześnie (…). Jednak w przypadku Colleya sprawa ma się zupełnie inaczej. Otóż w jakimś odosobnionym zakątku plaży Czasu (…) nie wiedzieć czemu nagromadziło się mnóstwo rozmaitych cech odrzuconych przez Naturę (…). Pewnego dnia ów przedziwny zlepek ożywiła zagubiona iskra, jedna z tych, co tlą się w umysłach owiec (…), rezultatem tego zaś stał się świeżo upieczony sługa Kościoła.

Deus ex machina! Wiwat wielebny Colley, z gębą nieosłoniętą maską, występujący jeśli nie w nieodpowiednim miejscu, to w nieodpowiednim czasie — choćby na mostku, na który wkracza bez zgody kapitana, wzniecając jego furię. Lecz co za tempo! Ledwo zdążyły ucichnąć oklaski, gdy kurtyna znów się podnosi, ukazując Colleya pijanego do nieprzytomności… sikającego na burtę! Katastrofa zaiste!

Rites of passage
Ceremonie lub wydarzenia wyznaczające istotny etap w życiu człowieka, takie jak narodziny, małżeństwo, etc.

Frapujący to tytuł. I gdyby nie on, powiedziałbym, że to książka o człowieku umierającym ze wstydu. Bo pastor, odurzony alkoholem, owego feralnego wieczora dopuszcza się czynu lubieżnego wraz z — o zgrozo dziewiętnastowiecznej obyczajowości — jednym z marynarzy. I umiera po kilku dniach w samotni swojej kajuty.

Tak jak jego podkute buty ciągnęły go w dół po szczeblach łączących mostek z pokładem rufowym, a pokład rufowy ze śródokręciem, tak łyk albo dwa ognistego trunku ściągnęły go w rejony, które potem, po otrzeźwieniu, musiał uznać za najniższy krąg piekła samoupodlenia. Pozwolę sobie wpisać jedno zdanie do niezbyt obszernego tomu zawierającego wiedzę człowieka o Człowieku: Ludzie czasem umierają ze wstydu.

Nie wstydzi się za siebie — wstydzi się siebie. Bo przez swój czyn dociera do prawdy o tym, kim jest. Zabija go prawda, która miała wyzwalać. Albowiem wolność, którą przynosi, to wolność przeklęta, wolność wygnańca. Bo wszystko, co stanowiło o jego jestestwie, wywodziło się ze świata, do którego nie ma już dla niego powrotu — świata uniżonego sługi bożego, pełnym sercem oddanego i ufnego swemu Bogu, którego po dopuszczeniu się występku staje się on niegodzien.

W przedśmiertnym lamencie pastora pobrzmiewa echo płaczu Ralpha zamykającego „Władcę much” — płaczu nad bezpowrotnie utraconą niewinnością, nad upadkiem naiwnej wizji świata pod brzemieniem okrutnej prawdy, w obliczu której nic nie będzie już takie samo i na nowo trzeba się będzie uczyć żyć, na nowo nazywać i wartościować. Tego samego płaczu, w którym opuszczano raj. Bo „Rites of Passage” to książka o raju utraconym. Tytułowy zwrot na drodze życia przynosi tu utrata niewinności.

Talbot pozostaje jedynym spadkobiercą prawdy o Collym, wykradając z jego kajuty napisany przezeń przedśmiertnie list. Zapiski pastora, dokumentujące wydarzenia prowadzące do jego śmierci, konfrontuje z tymi własnego autorstwa, pełnymi kpiny i wzgardy dla tegoż, które to nagle stają się zapisem tragedii, dowodem w sprawie. Jego farsa naznaczona zostaje tragedią zmarłego, w obliczu której szyderstwa Talbota stają się dlań brzemieniem.

A ja? Mogłem go ocalić, gdybym mniej miał na uwadze swą pozycję i nie obawiał się tak bardzo nudy podczas długotrwałej podróży. Ach, te przenikliwe sądy, interesujące obserwacje, krotochwilne dykteryjki, którymi swojego czasu miałem zamiar zabawiać waszą lordowską mość! Zamiast nich proponuję teraz prosty opis występków Andersona oraz moich zaniedbań.

Od tej chwili jego pamiętnik nie służy już rozrywce, lecz prawdzie o Collym. Zyskuje przeto Talbot odkupienie swoich zaniedbań; dostrzega swój błąd, którym okazała się być nie tyleż pycha, co ślepa wiara w możliwość racjonalizacji tego świata. Prawda go wyzwala, można by rzec, gdyby nie fakt, że jest to prawda jedynie po części jego, doświadczana z bezpiecznej odległości — niczym refleksja z obserwacji płonącego domu zza okna. Talbot wynosi z niej jednak właściwą naukę: że jego dom też może kiedyś zapłonąć.

Nie bądź bezpieczny — zdaje się mówić Golding. Ostrzeżenie, które było słyszalne już we „Władcy much”, tutaj rozbrzmiewa po stokroć donośniej, bo nie upada tu świat chłopca, który jego wizję wyniósł z ojcowskich opowieści, lecz człowieka, który sam o tym porządku winien rzekomo stanowić.

Nie bądź bezpieczny — w moralności, miłości, rozumie czy wierze. Bo nie ma w ludzkim umyśle jednej myśli, która w obliczu zła, cierpienia czy lęku nie ległaby w gruzach. Bo wystarczy jeden zły człowiek, by wykorzenić je z umysłów narodu. Bo to kolosy na drewnianych nogach, na barkach których wędrujemy przez życie. Im więcej w nas pewności, tym pewniejsze one stawiają kroki, eksponując przy każdym swą kruchość. A gdy upadają, podnosimy się i wznosimy kolosy nowe, a szczątki starych stają się mogiłą dla dawnych nas. I dzieje się tak do czasu, gdy na powstanie nie starcza nam już sił.

© 2004 Tomasz Kojder

Przytoczone fragmenty książki w przekładzie Arkadiusza Nakoniecznika

verte.art.pl > Literatura > Recenzje > Nie bądź bezpieczny

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski