Książki czasem wpadają w ręce przypadkowo. Ja pozwalam im na to szczególnie latem. Perspektywa kilkugodzinnej podróży, podczas której przyszłoby mi czytać wyłącznie obdrapane nazwy mijanych miejscowości na dworcach kolejowych, wyzwala we mnie jękliwą prośbę, której nie sposób było odmówić. Chwytam więc za najbardziej wystający grzbiet książki na półce znajomych, ufając, że nie będzie to podręcznik grzybiarza czy harlequin (znajomi wszakże sprawdzeni), po czym dokonuję szybkiej oceny książki, jak za starych czasów szkoły podstawowej, czyli – po okładce. Tak to właśnie Barbara Kosmowska zabrała mnie do swojego „Niebieskiego autobusu”, z którego, jak się później okazało, żal wysiadać, czego nie można powiedzieć o pociągu, w którym lektura ta ratowała mnie przed nudą.
Historia, którą opowiada Barbara Kosmowska, jest opowieścią o Miśce Pietkiewicz, jej rodzinie i znajomościach. Opowiedzenie fabuły nikogo nie zachęciłoby do przeczytania książki – banał goni banał i jeszcze tkliwe zakończenie, którego nie powstydziłaby się polska komedia romantyczna – pomyślałby każdy przedwcześnie wtajemniczony (czyli taki, który książki w ręku nie miał) w historię Miśki. „Niebieski autobus” nie zatrzymał się jednak ani na chwilę na przystanku „wzruszająca, lekka powieść obyczajowa”. Pomknął dalej, zabierając ze sobą barwne postaci, które zadbały o to, by w autobusie nie było miejsca na nastroje w kolorze blue.
Najprzyjemniej gości się czytelnikowi w rodzinnym domu Miśki. Szczególnie gdy do szklaneczki domownikom samogonu własnej roboty nalewa sam wujek Roman – ot, drobny cwaniaczek, o którym Miśka mówi, że jedyne, czego własnego się w życiu dorobił, to imię. Jakże irytujące jest obcowanie z takimi „wujami Romanami” na co dzień (sprytnych typów z rozbieganymi oczkami i wysokim mniemaniem o sobie nie brakuje), a jak przyjemnie poczytać doskonałe, ironiczno-pobłażliwe teksty na ich temat, których nie szczędzi nam autorka. Nie tylko wujek Roman jest zwierciadłem, w którym odbijają się wyraźnie narodowe cechy Polaków. Jest bezzębna babcia Bronia, która uwielbia się kłócić i oddaje emeryturę zięciowi, jest malkontencka mama Miśki, której największym marzeniem jest nowy kredens. Kosmowska zarysowała każdą postać zamaszyście, grubą kreską, nie zapominając jednocześnie o szczegółach i grymasach, gestach i pochrząkiwaniach, nim przedstawiła idealnie „skrojonych” delikwentów czytelnikowi. Jestem pewna, że sama autorka doskonale bawiła się rolą powieściowego stwórcy prześmiewczych dialogów i opisów.
Ciepło, humor, swojskość i prostota opowieści snutej na kartkach tej książki pozwalają nam odpocząć. Dajemy naszej głowie wolne od własnych problemów, gadających głów i wkraczamy w skromne progi Pietkiewiczów, co rusz parskając śmiechem i niemal mlaskając z zadowolenia nad pyszną porcją dobrej literatury.
Warto czasem skłonić się ku literaturze takiej jak „Niebieski autobus”. Styl pisania, rodzaj poruszanych problemów zupełnie inne niż u Drotkiewicz czy Masłowskiej, kontrastowy sposób patrzenia na życie postaci tych dwóch literackich nurtów. Czytając, aż chce się być bliżej Miśki i jej problemów z codziennością, niż egzystencjonalnych rozterek Basi – bohaterki „Paryż, London, Dachau”.
„Niebieski autobus” warto przeczytać, nie zważając na to, czy czytanie zabawnych, przyjemnych w odbiorze powieści obyczajowych jest trendy czy passe.
© 2009 Iwona Gilewicz
verte.art.pl > Literatura > Recenzje > W barwnym korowodzie postaci – dobre, bo polskie („Niebieski autobus” Barbary Kosmowskiej)
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski