Co to jest „poezja kobieca”? Na pewno nie „poezja pisana przez kobiety”, bo przecież Szymborskiej, Lipskiej czy Hartwig nikt nigdy takiej etykietki nie przyklejał, a po ich poszczególnych wierszach raczej trudno byłoby się domyślić ich płci (chociaż nie wiadomo — czytałam je pod tym kątem wiedząc już, kto zacz). Nie załatwia też sprawy żeński podmiot liryczny: powszechnie znane są utwory z kategorii tzw. liryki roli, w których „mówi” kobieta, a które napisał mężczyzna — lub na odwrót. Czytając taki wiersz i znając autora (np.: Rafał Wojaczek), będziemy mniej skłonni do sięgania „poza” tekst i szukania odniesień biograficznych, czyli potraktujemy go jako bardziej „sztuczny”, w dobrym sensie tego słowa. Natomiast „poezja kobieca” jako pewna kategoria odbioru zakłada naturalny, organiczny związek miedzy autorką a podmiotem lirycznym, a właściwie znosi wszelkie rozróżnienie między nimi. Poetka nie musi nawet pisać o sobie; ważne, żeby wiersz był napisany z jej „kobiecego punktu widzenia”, czyli musi być emocjonalny, zmysłowy i broń Boże intelektualny. Nic nie wiem, prócz, że pachną bzy, jak pisała matka-założycielka gatunku.
Zadanie wydaje się o tyle łatwe, że tradycyjnie pojmowana kobiecość sama w sobie zawiera już element „poetyczności”. Ktoś kiedyś powiedział czy napisał dowcipnie, że z poezją to jak z anoreksją — typowo kobieca przypadłość, ale tylko w męskim wykonaniu śmiertelnie skuteczna. Pisanie wierszy byłoby więc czymś podobnym do kucharstwa czy krawiectwa, które w powszechnej opinii są raczej babskimi zajęciami, natomiast mężczyźni, kiedy już się za nie zabiorą, nadają im rangę sztuki, co jest równoznaczne z nazywaniem ich z francuska: haute cuisine i haute couture mówią same za siebie.
Żeby być traktowaną poważnie, uprawiająca poezję kobieta musi zatem uwolnić się od cienia pensjonarki piszącej do sztambucha; inaczej grozi jej wrzucenie do stosownej szufladki. Wprawdzie dostaje w ten sposób gotowe uzasadnienie dla swojego pisarstwa, ale brzmi ono trochę jak wyrok: poetka ma wylewać serce na papier i już. Nikt nie będzie spodziewał się po niej niczego więcej; „kobiecość” stanie się łatwym kluczem, pozwalającym odczytać wszystko, co niby w wierszu istotne. Dlatego etykietka „poezji kobiecej” odpada od najbardziej uznanych nazwisk, a te, do których przylgnęła na dobre (?), mają zasięg i pułap z góry ograniczony. Wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej można wpisać sobie lub koleżance do pamiętnika, ale eseju się już raczej o nim nie napisze (zwłaszcza jeśli to „się” jest rodzaju męskiego).
Zapewne przesadzam i „poezja kobieca” nie jest tylko fetyszem niektórych krytyków; zapewne można używać tego pojęcia w sensowny sposób, jeżeli odetnie się wszystkie „naturalne” konotacje (jestem kobietą, a więc…), przyjmując zamiast tego perspektywę narracyjną (a więc jestem kobietą…). Na pewno co innego było prawdą o sobie dla poetek w epoce balów z kotylionami (Wolałabym, by mnie Mickiewicz chciał całować, niż gdyby mnie chciał słuchać — to znowu Pawlikowska-Jasnorzewska), a co innego jest nią dla poetek współczesnych — zwłaszcza tych urodzonych od lat siedemdziesiątych wzwyż. „Bycie kobietą” stało się dla nich nawet w wierszach czymś problematycznym, czymś, co nie tyle wyraża się na papierze, ile jest obiektem nieustannego pościgu i „przymierzania się”. Zbuduj to, skonstruuj z powierzonych części — namawia jedna z autorek, której propozycja poetycka wydaje mi się najbardziej wyrazista, i to właśnie jej chciałabym się przyjrzeć bliżej.
Nazwisko Marty Podgórnik (rocznik ’79) jest prawdopodobnie znane każdemu, kto interesuje się tzw. młodą poezją. Jej debiutancki tomik „Próby negocjacji”, wydany w 1996 roku jako pokłosie prestiżowego konkursu im. Jacka Bierezina, spotkał się w młodopoetyckim światku ze sporym oddźwiękiem. Autorka dochodzi w nim właściwie do ściany: trudno byłoby pisać ostrzej i z większym zanurzeniem w sobie. Autobiograficzność tych wierszy jest wyraźna, chociaż dotyczy raczej stanów emocjonalnych, niż konkretnych wydarzeń, które przebijają się w mocno zniekształconej formie. Układ tomu jest linearny: to historia jednej miłości, jej załamania i postępującego rozpadu świata/osobowości, zakończonego nieudaną próbą samobójczą i pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Wydany po czterech latach tomik „Paradiso” przynosi już inny, bardziej stonowany obraz, i nie ma porównywalnej z pierwszym siły rażenia. Ale niejako w zamian możemy tu obserwować narodziny nowego „ja”, czy raczej nowego sposobu „opowiadania siebie” przez dojrzalszą i bardziej doświadczoną (w każdym sensie tego słowa) autorkę.
Coś się porobiło z współczesnymi młodymi poetkami, a może i z kobietami w ogóle — nie potrafią już mówić o pewnych rzeczach bez ich jednoczesnego obnażania, brania w ironiczny cudzysłów i stawiania siebie w pozycji tej „wiedzącej”. Najczęściej smutna to wiedza, nabyta poprzez kolejne próby ogniowe i następujące po nich rozczarowania sobą i światem. W pierwszej kolejności rozwiewają się złudzenia typu „wystarczy chcieć” — już nie wszystko wydaje się kwestią woli, wzięcia spraw w swoje ręce i tak dalej. Zaczyna się dostrzegać powtarzalność, istnienie wzorów we własnym zachowaniu, wreszcie stereotypy, którym się ulega. Jedyną obroną wobec powyższych staje się ironiczny dystans i coś w rodzaju wtórnej afirmacji, przyznania się do siebie widzianej już nie jako ta wolna, swobodna, ale jako część struktury małego systemu — jakkolwiek nie brzmi to sympatycznie (ani „kobieco”).
Żeby dostrzec to wszystko w wierszach naszej bohaterki, nie trzeba nawet specjalnej wnikliwości — Podgórnik kluczowe kwestie nazywa wprost, co działa trochę jak egzorcyzm i ustawia to, co nazywane, we właściwym świetle. Jak to często bywa, poznawcze przybliżenie wiąże się z emocjonalnym zdystansowaniem; widzi się ostro, bo odsunęło się już na odpowiednią odległość. O sobie i do siebie mówi się per „ty” (ty i twoje lęki przed szkołą przed dentystą zbędnymi trzy kilo) lub bezosobowo (już zrobić tę karierę), albo zaznacza się własną „podwójność” metaforą (wszystko oglądane zza mokrej szyby nie chodziło o mnie). Swoje uczucia wyraża się nie swoimi słowami, uciekając się pod obronę Boba Dylana (it ain’t me you’re looking for) czy Pink Floyd (wish you were here); żadnej różnicy to nie sprawia, bo przecież jak w piosenkach miłość musi być słodka i bolesna. Dobrze też trochę poironizować na temat własnego odnalezienia się w stereotypowo kobiecych rolach, nawet jeżeli te ostatnie nie narzucają się już z taką mocą (nikt w to nie wierzył, a umiem gotować i lubię na niego patrzeć kiedy je).
Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że spod tej lotnej autoironii przebija czasem coś w rodzaju… tęsknoty? za utraconą prostotą rzeczy i spraw? Trudno powiedzieć. Jedyne, co można stwierdzić na pewno, to widoczna niemal w każdym wierszu nadświadomość autorki (przepraszam: podmiotu lirycznego), raczej wykluczająca powrót do bycia kobietą „po prostu”, chyba że na zasadzie przymknięcia oczu i zgody na ułatwiający życie mit. Tylko czy do osiągnięcia tej łatwości wystarczy sprzątać, kupować bibeloty i myśleć o dziecku?
Ciało i jego przygody są dla Marty P. obszarem żywotnego zainteresowania. Ta sfera z całą pewnością wyzwoliła się już spod dyktatury Jej Wysokości Duszy i rządzi się sama, co nie budzi nawet szczególnych emocji; cóż, w kwestii biologii trudno mieć własną prawdę. Właścicielka ciała nie ma złudzeń co do swojej z nim relacji, która momentami zbliża się do pełnego utożsamienia. Nie próbuje ubrać go w żadne szczytne intencje i zazwyczaj nie udaje, kiedy chodzi o łóżko, chociaż z tym bywa różnie — czasem po jakiejś przygodzie w bramie mimo wszystko pojawia się uczucie moralnego kaca (dysonansu, mówi wykształcona właścicielka ciała), które jednak da się załatwić bujdą o nadwrażliwości. Ciało ma także swoją własną, „spisaną” historię, choćby dotyczyła tylko kilku ostatnich godzin, a jego pismem są produkty uboczne: miesięczna krew, zapach czułości czy blizny pozostałe po nieudanym cięciu — notatki Pani Śmierci, pojawiającej się w tomiku jeszcze kilkakrotnie.
Ale ciało to również On, i odwrotnie. Jak można się było spodziewać, spojrzenie Marty jest raczej trzeźwe i dalekie od konwencjonalnej „optyki pocałunku”, w której wszystko rozmywa się i miesza ze sobą w różowej mgiełce. Takie pojmowanie erotyzmu po prostu jej nie pasuje: wystarczą proste konstatacje zaspokojonej kobiecości, czyli twoje brwi, nos, usta, zmarszczki dokoła oczu i cała reszta. Jeżeli jest w tym wszystkim miejsce na miłość, to bez latania zbyt wysoko. Zdarzające się (jednak!) chwile słabości najlepiej nazywać po imieniu i zwyczajnie przyznać, że jest pewien facet, przy którym upuszczam przedmioty — ktoś, kto mimo wszystko trochę wystaje poza ciało. Wejdź ze mną w relację, doceń mnie i wtedy posiądź, docenioną — oto recepta Marty na udany związek, a dla każdego, kto zechce posłuchać, ma popartą doświadczeniem radę: nie prośmy o więcej.
„Paradiso” spotkało się z mieszanym odczuciami krytyków: jedni zarzucali autorce wulgarność i ekshibicjonizm, inni chwalili ją za uniknięcie pułapek banału, kolokwialnego bełkotu czy estetyzującego zadęcia (nota Mariusza Grzebalskiego na tyle okładki). Wszyscy zastanawiali się, jak długo Podgórnik „pociągnie” idiom „życiopisania” oraz jak wyobraża sobie swoje miejsce w literaturze i miejsce literatury w swoim życiu. To, co najważniejsze — autokreacyjny charakter tej poezji — przeważnie nie wychodziło na pierwszy plan, mimo zapewnień poetki, że jest zawodowo wyzuta z szczerości. Warto wiec powtórzyć i podkreślić, że to „ja”, które spotykamy w wierszach, nie występuje w przyrodzie, podobnie jak niektóre substancje nie mogłyby zaistnieć poza laboratorium. Poezja pozwala na tego rodzaju eksperymenty z konstruowaniem tożsamości, które od prób wykonywanych od czasu do czasu przez wszystkich (Powiedz mi coś o sobie) różnią się tylko warsztatem i sterylnością warunków. Nie są przez to ani bardziej sztuczne, w potocznym sensie tego słowa, ani mniej znaczące; są natomiast dużo łatwiejsze do ogarnięcia.
Wniosek: poezja Marty Podgórnik jest „kobieca” w takim stopniu, w jakim odpowiada komuś na pytanie: co to znaczy dla poetki: być kobietą?
Mnie odpowiada.
© 2005 Anna Myślak
Wszystkie przytoczone fragmenty utworów, podobnie jak tytuł i śródtytuły, pochodzą z tomu „Paradiso”.
verte.art.pl > Literatura > Eseje > Oby stać się znów sentymentalną
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski