Od około dwu miesięcy próbuję znaleźć wiersz, który byłby przywiódł mnie o refleksję, ponad tę w kierunku sprzedawców nieświeżych bułek zwróconą. Czy znalazłem? Nie pisałbym tak wstępu do tego eseju, gdybym wiersz znalazł.
Czymże zatem zawiniłem, że poezji nie napotykam? Czy, po prostu, brak jest poezji inspirującej? A może moja wyobraźnia osiągnęła już taki poziom atrofii, że komunikacja poetycka przestaje być dla mnie zrozumiała. Jedną z wersji usprawiedliwień jest (być może) fakt, że przestrzeń poetycka mieści się w zupełnie innych rejestrach, niż mnie przebywać przyszło. Spotkać nam się zatem niepodobna.
Załóżmy jednak chwilowo, a założenie to najmilsze z możliwych, że problem cały (nigdy nie jest tak prosto) tkwi w takim oto wyłożeniu problemu o różnicy światów (rejestrów): pojęcie słowa rozciąga się obecnie na tak obszerne płaszczyzny interpretacyjne, że konflikt komunikacyjny, czy też nawet zupełny brak komunikacji, jest nie tyle oznaką zawężenia zdolności komunikacyjnych jednostki (piszącej i / lub czytającej), ile oznaką jest poziomu rozwoju rozumienia języka jako języka, ujętego w jego istocie, przez społeczeństwo (czy też cywilizację) w całości. Wynikałoby z tego niezbicie, że to, iż wiersza refleksyjnego nie znajduję, jest niczym innym, niźli efektem wybujałego rozwoju wyobraźniowego: tak mojego, jak i poetów. Innymi słowy: im głębiej w las (słowa) tym więcej drzew. Trzeba, jednakowoż, pamiętać, iż las nieskończony i wciąż się „pogłębiający” jest utopią tak samo oczywistą, jak nieomylność papieża. Wszakże ta druga będąc ciągle faktem (utopią zrealizowaną), tej pierwszej realności wcale nie odbiera, a wprost przeciwnie. Gdzieś musi się jednak, przyjmując, raczej krytycznie, świat jako byt autopijny, granica owego lasu znajdować i drzew już więcej tam nie będzie. Przez co rozumieć należy, że słów także.
Jak to zatem jest ze słowem? Do którego to pytania wstępem doprowadzić chciałem. Co też uczyniłem i niniejszym za odpowiedź się biorę. Mając wszakże świadomość, której struktura opracowana jest na wzór sceptyczny. Co, przeciętnie rzecz ujmując, oznaczać będzie, iż (jak uczył, podziału sceptycyzmu dokonując, Sekstus Empiryk) wciąż jeszcze szukam tego, czego być może wcale odszukać nie zdołam. Byłbym tu zatem sceptykiem pirrończykiem, w przeciwieństwie do sceptycyzmu akademickiego, który miałby twierdzić, że znaleźć nic nie może.
Więc szukam. Jak to zrobić, nie wiem. Zatem narzędzi różnych się chwytam, co niektórzy anarchizmem metodologicznym (albo i ignorancją nawet) by nazwali. To ich problem; nie mój. Jako cel wystawiam sobie heideggerowski, z wczesnego okresu twórczości, ideał egzystencji (bycia): poszerzyć pole możliwego rozumienia. Co już zaczyna być zbieżne z pewną kłopotliwą ideą / obrazem porządkującą i początkującą myśl tego eseju.
Do rzeczy zatem, w trzech krokach, nigdzie nie wyszedłszy, docierając.
Noc, która cofnęła się przed jego słowami, znowu zamknęła się wokół mnie. Wbrew temu, co mówił, wiedziałem… Wiedziałem, że w dniu, gdy władający światem duch rozdzieli ludzkość na dwie wrogie połowy, ja stanę po stronie ludu, i wiem, bo widzę to odciśnięte w tkance nocy, że ja, eklektyczny tropiciel doktryn i psychoanalityk dogmatów, wyjąc jak opętany, przeskoczę barykady czy okopy, unurzam broń we krwi i, oszalały z furii, będę podrzynał gardła wrogom. A potem, jakby w nagłym znużeniu po niedawnym porywie, złożę siebie w ofierze tej prawdziwej rewolucji, która ujednolica dążenia jednostek, powtarzając przykładnie mea culpa. Czuję już w rozszerzonych nozdrzach zapach kurzu i krwi, zapach śmierci wroga; prężę już ciało, gotów do walki i uczynienie z siebie świętego przybytku, w którym zwierzęce wycie zwycięskiego proletariatu zadudni z nowa siłą i z nową nadzieją.1
Oczywiście, myśląc o słowie, można byłoby rozpocząć od Świętego Jana i jego przeświadczenia o tym, iż na początku było słowo. Z pewnością nie jest kulturowym błędem rozpoczynanie od początku. Jakkolwiek wiemy, że tak rozpoczynają wszyscy i nic, a w każdym razie niewiele, z tego wynika. My zatem, dlatego właśnie, zaczynamy od zupełnie innej strony, można by powiedzieć: niespodziewanej. Z czego może również niewiele wyniknąć, ale przynajmniej będzie inaczej.
W przedsięwzięciu intelektualnym, jakim są „Dzienniki motocyklowe”, kryje się coś, co w pewien sposób zniewala, choć nie ma w tym nic nowego. Oto bowiem od dawna już krążą po świecie ludzie, którzy to swoje krążenie później, a niektórzy i w trakcie, w peregrynacje słowne przemieniają. Znamy wielość piszących podróżników: polityków, przyrodników, reportażystów, miłośników przygody, czy banitów. Wszystkie te cechy, w sposób szczególny, łączą się w postaci południowoamerykańskiego rewolucjonisty. Jest lekarzem, łowcą przygód, snuje polityczne rozważania, buduje nieustanny reportaż, który co chwila zaskakuje nowością. W pewien sposób Che jest również banitą. Tyle, że nie społeczeństwo, a raczej tego społeczeństwa kultura goni go na zewnątrz. Wszystkie te cechy jednak zupełnie nielogicznie, choć może właśnie zupełnie logicznie, kulminują w wydarzeniu fantastycznie łączącym dwa światy.
Oto bowiem duch jakiś, rządzący światem, miałby podzielić ludzkość na dwie połowy. Wizja metafizyczna na jakiej zbudowany jest ten obraz, nagle i niespodziewanie, włącza nas — czytelników — w niespotykanie szeroki i długi ciąg myślicieli filozoficznych. Do tego bowiem miejsca, do owego wyznania wiary w metafizyczną zasadę świata, tkwiliśmy raczej lekturą w perspektywie lekko rozsypującej się socjologizującej opowieści drogi. Perspektywa ta istotnie odpowiadała naszemu przeświadczeniu o tym, kim jesteśmy w otaczającej płynnej fazie nowoczesności. I nie było nam ciężko; ani, tym bardziej, lekko. Po prostu było.
A potem być przestało. Bo się nam bohater poczuł źle. Zapewne zbyt lekko i ciężko zarazem. I wymyślił sobie, że tę lekko chybotliwą konstrukcję, którą zamieszkiwał zaraz diabli jakoweś porwą. Czego się przestraszywszy, zbudował naprędce konstrukcyjkę metafizyczną, której się deklaratywnie sprzeciwiwszy, bohaterem zostać postanowił. Budowla ta na tyle przekonującą była, że nawet najtęższe umysły dały się jej zwieść. Oto bowiem metafizyk, rewolucjonista, lekarz staje się więźniem własnego wyobrażenia. Nigdy sobie zresztą owego uwięzienia nie uświadomił. Zarejestrował je zaś w swojej wyobraźni jako wyznanie wiary w lud. Lud, po którego stronie obiecać stanąć, gdy dojdzie do rozgrywki ostatecznej.
Z pewnością nie wolno ofiary, jaką ze swego życia złożył Che na ciele ludu / proletariatu, lekceważyć. Ale wolno, a nawet trzeba, zło jakie z tym się wiąże widzieć. Każdy bowiem bohater ma swoje strony nieświęte.
Jest pytaniem, którego nie zadać nie można, cóż Che ma z poezją (trochę jednak ma), a co ze sceptycyzmem (tu już w ogóle nic)?
Kto czytał książkę, wie ile poezji myślenia jest w tych stronicach. Nie jest to bowiem proza. O tem zresztą mówić niepodobna.
Co zaś się tyczy sceptycyzmu, o tem powiedzieć nam trzeba więcej.
Postawiliśmy tutaj Che jako pierwszego bohatera w naszym pytaniu o słowo. Przede wszystkim po to, aby ujrzeć jaką władzę ma słowo. Jak bardzo zaczyna przylegać do świata życia. Jest przecież słowo podstawowym budulcem świata. Od słowa wyzwolić się nie da. Kiedy Che ujrzał ową siłę rozdzielającą świat / ludzkość na dwoje, cóż ujrzał jeśli nie słowo? To właśnie słowo jest pierwszym, fundamentalnym podwojeniem w jedności. W słowie kryje się ograniczenie milczenia. Ale to ograniczenie milczenia jest również daniem milczeniu szansy. Z jeszcze innej strony: słowo zbudowane jest ze współgry milczenia z aktywnością. W milczeniu gruntuje się aktywność, w aktywności milczenie nabiera znaczenia. Choć samo już mówi. Mówienie zaś, w przeciwieństwie do słowa, jako dynamika słowności, jest walką. Walka ta buduje świat. Walka toczy się, to nie nowość, między tym co powiedziane, a tym co przemilczane. O co się toczy? Niektórzy mówią, że o prawdę. Że oto mówienie ma przedkładać wyobraźni / rozumowi świat takim jakim jest. Podczas kiedy, pozwolę sobie zauważyć, świat ten który to niby jakiś jest, zbudowany jest z tej walki / mówienia. Byłoby to oznaczało, iż prawda jest tylko efektem mówienia. Każde wypowiedzenie rodząc jedną prawdę, zabija całą mnogość innych, wypowiedzianych, aktywnych prawd.
Tak oto Che dał się ponieść pewnej poetyckiej współgrze / walce mówienia świata. Znalazł on bowiem poezję inspirującą. Znalazł bo, jak to sobie w głowie układam, chciał znaleźć. A czyż ja nie chcę? I co?
My wszyscy, którzy powierzamy nasze myśli dyskietkom komputerowym miast ręko- czy maszynopisom, a następnie konwersujemy z ekranem komputera przepisując i przesuwając bez końca to, cośmy już na dyskietce zapisali, wiemy aż nadto dobrze, że każda następna wersja tekstu czyni wszystkie poprzednie niebyłymi, zacierając doszczętnie ślady drogi, jaka przywiodła do obecnej tekstu postaci.2
Zygmunt Bauman jest socjologiem. Socjologiem w najpiękniejszym tego słowa znaczeniu. Socjologiem, o którego socjologii można by powiedzieć, że jest poematem naukowym, ponad większość poezyj, urastającym. Każda książka Baumana jest swoistym zagłębiem metafor. Ich eksplorowanie, swoiste górnictwo przenośne, strojne zapewne w czapki zdobione piórami z kolan Hermesa, staje się (może się stać) przygodą tyleż trudną co fascynującą. I przez to przyjemną.
Co mówi Bauman w swojej socjologii o społeczeństwie? I jest oczywiste, już teraz, że socjologiczna opowieść o ludziach jest świata ludzkiego stwarzaniem. Jeśli wstawiam w porządek tekstu metaforę, sprawiam, że świat ludzki, pewna społeczna kofiguracja zostaje powłana do życia. I żyje już dalej odtwarzając się i mnożąc kolejne odniesienia do nowych konfiguracji. Myślę, że taki jest wydźwięk metodologiczny hermeneutyki socjologicznej Baumana.
Socjologia pracuje rozumnie nad doświadczeniem człowieka. I z tego faktu, wywołanego brakiem, znalezieniem się na marginesie narracji, wyrasta nowa perspektywa metodologiczna, a za nią zupełnie nowy byt. Okazuje się, że proces symulakrytyzacji metodologii ma charakter stwórczy. Pojawia się byt na miarę myśli. A nie jak dotychczas — myśl na miarę bytu. Niech nas jednak nie zwiedzie pozorne odwrócenie porządków. Nowy byt jest czymś (o ile można nadal używać tej metafizycznej konstrukcji: czymś?), co funkcjonuje zupełnie nie jak dotychczasowy byt. Nie jest konstruktem niesprzecznym, opisywalnym językiem zbudowanym w oparciu o logikę dwuwartościową. Jest tak długo przestrzenią obecności komunikacyjnej, jak długo nośne są metafory powołujące go do istnienia. Tak długo czyjeś imię ma obraz twarzy, jak długo ktoś je wypowiada. W chwili milczenia zapada się w rozszarpującą wszelką tożsamość sieć.
Czym zatem opowieść o Baumanie wpisuje się rozgrywkę sceptycyzmu z poezją? Tym samym, czym wpisał się Che, tylko zupełnie odwrotnie. Bauman, kiedyś, też dał się uwieść pewnemu opisowi świata. Zresztą opisowi tej samej proweniencji co Che. Z tą wszakże różnicą, i to jest rzeczona odwrotność, że Zygmuntowi Baumanowi udało się, zdobyć perspektywę.
Ten dystans ukonstytuował to, co tutaj, i tylko tutaj, nazwiemy antykonfesyjnością. Podczas gdy Che uwiedziony był uwiedziony do końca swoich dni. Zygmunt Bauman pozwoliwszy sobie na porwanie poezją pewnego porządku społecznego w imię modernizacji, dziwnym i zaskakującym, może nawet tajemniczym, przewrotem intelektualnym, zaczął sam uwodzić. Dziś są niektórzy Baumana myśleniem uwiedzeni. I ja wśród nich.
Tylko że ja, od dwóch z górą miesięcy, chcę wiersza, który mnie uwiedzie. I nie mam go. Nie znajduję. A jeśli już znajduję coś, co budzi nadzieję na uwiedzenie, to po chwili, czasem kilka dni trwającej, odnajduję w sobie myśl, którą, dawno temu odnalazł inny Polak. Człowiek tak ironiczny, że trudno uchwytny. Człowiek który swej przewrotności pozwolił stać się sensem jego własnego życia.
Żądamy dużo więcej od słów przeciwstawiających się współczesnemu światu.3
Poeta, pisarz, polityk i szereg innych, Słonimski niech stanie się trzecim krokiem podsumowującym moje zastanawianie się nad brakiem w moim własnym życiu poezji inspirującej.
Może, i byłoby dobrze, szukam czegoś więcej. Czego, jako sceptyk, zapewne nie znajdę. Pozostaję więc z zadaniem: w tym co jest znaleźć to, czego się szuka. Inspiracja, zapewne jak wszystko, musi wyjść ode mnie. A słowo będzie jej pierwszym medium, najpierw zaś gruntem, potem już wszystkim.
Czym wobec tego jest słowo? Nie wiem. I tą wiedzą o niewiedzy nakarmiony, oddaję się gdzieś, nie wiem gdzie, w sokratejskie rejony oddalenia od każdego słowa. W tym, może najbardziej, słowa pisanego.
© 2006 Karol Zamojski
1 Ernesto Che Guevara, Dzienniki motocyklowe, Świat Literacki 2005, ss. 155-156.
2 Zygmunt Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień, Sic! 2000, s. 270.
3 Końcowy fragment recenzji z „Genewy” Georga Bernarda Shawa; ostatnia przed II Wojną Światową recenzja Słonimskiego w Wiadomościach Literackich.
verte.art.pl > Literatura > Eseje > Poezja i duch sceptycyzmu
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski