Obrazy miast w literaturze, nie tylko tych wyimaginowanych, ale także tych istniejących naprawdę i opatrzonych nawet autentycznymi nazwami, jak „Londyn”, „Paryż” czy „Warszawa”, nigdy nie ich będą dokładnym ich odbiciem. Najpierw przetwarza je przecież subiektywne, natchnione widzenie pisarza, potem z kolei, odtwarza je (już naznaczone artystyczną wizją) w swojej głowie czytelnik, w sposób równie indywidualny. Świat literacki nigdy nie będzie przystawał zatem w pełni do świata rzeczywistego. Niemniej jednak, każdy opis bazujący na jakiejś konkretnej przestrzeni i konkretnym czasie, staje się automatycznie czymś w rodzaju para-dokumentu danego stylu czy epoki. Jakaś obiektywna, uniwersalna prawda zawsze przecież pozostaje, oczywiście przy założeniu, iż nie mówimy o literaturze science-fiction oczywiście, ustanawiającej zupełnie nowe światy.
Kluczem do opowiadania Edgara Allana Poe „Człowiek tłumu”, pochodzącego z kultowego niemalże już zbioru „Opowieści nadzwyczajne” — jest wstęp (cytat z La Bruyére): Wielką jest klęską niemożność przebywania sam na sam ze sobą! Ale o tym za chwilę… Dzięki narratorowi i jego początkowym ogólnym, a później coraz wnikliwszym obserwacjom tłumu, jaki przewija się za oknem kawiarni D. w Londynie, dostajemy niezwykle barwny obraz i przekrój społeczeństwa londyńskiego. A więc mamy: szlachciców, kupców, doradców, giełdziarzy, pośredników, rzemieślników, graczy, dandysów, wojowników, Żydów, żebraków, inwalidów, prostytutki, pijaków, posłańców, węglarzy, kominiarzy, kataryniarzy, „pokazywaczy” małp, handlarzy pieśniami, rzemieślników, robotników. I każda ta grupa różni się od siebie zasadniczo, co zauważalne jest dopiero, gdy poświęci się im trochę więcej uwagi. Spośród nich wszystkich, narrator wyławia nieoczekiwanie jedną osobę — starca o niezwykle charakterystycznej twarzy. Oto, co z niej wyczytał: Starając się w przeciągu krótkiej chwili, niezbędnej dla pierwszego rzutu oka, zdać sobie jakkolwiek sprawę z ogólnego wrażenia, które otrzymałem, uczułem mętnie i paradoksalnie zrodzony we mnie wniosek o potężnej inteligencji, przezorności, sknerstwie, chciwości, zimnej krwi, złej woli, drapieżności, tryumfie, rozpasanej uciesze, bezmiernym przerażeniu oraz usilnej rozpaczy. Motywowany chęcią zgłębienia tajemnicy tego człowieka, narrator zaczyna go śledzić. Co się okazuje? Że człowiek ten panicznie boi się samotności, miejsc i ulic, gdzie nie ma ludzi. Cały czas zatacza tą samą rundę, byle by tylko nie zostać sam. Gdy tłum niebezpiecznie się rozrzedza, wpada w panikę, miota się, usilnie wypatruje grupy. Gorączkowo szuka miejsc gwarnych. Na szczęście dla niego — nie ma z tym w Londynie większego problemu. Tak zatem, jeśli nie jest to główna arteria miasta, pełna bogatych panów, to są to jego plebejskie krańce, gdzie mieszka biedota: Była to najniezdrowsza dzielnica Londynu, gdzie wszystko miało na sobie pieczęć najopłakańszej występności. W przypadkowym świetle mrocznej latarni widniały domostwa drewniane, wysokie, zgrzybiałe, robaczywe, grożące upadkiem — w tak zawiłym i dziwacznym bezładzie, że ledwo można było wśród nich wypatrzyć coś w rodzaju przejścia. Bruk sterczał w dowolnym rozpierzchnięciu, wyważony ze swych nor zwycięskim chwastem. Przeraźliwe nieczystości butwiały w zatamowanych rynsztokach. Nawet w tych miejscach Londyn jest zawsze pełen ludzi — ludzi samotnych i anonimowych. W opowiadaniu tym nie chodzi przecież o ukazanie obrazu konkretnego miasta, lecz o człowieka w mieście (w czasie XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej). Londyn jest tu zaledwie mgliście zaznaczonym tłem, tłem pełnym niedookreślenia. A o całym sensie opowiadania stanowi ta oto wizja człowieka w społeczeństwie: — Ten starzec (…) jest symbolem i geniuszem straszliwej zbrodni. Unika przebywania sam na sam ze sobą. To — człowiek tłumu. Pogoń za nim jest nadaremna, gdyż nie zdobędę żadnej innej wiedzy ani o nim, ani o jego czynach. Najgorsze na świecie serce jest księgą bardziej odpychającą niż „Hortulus animale”1 i, być może, że jest to jedna z wielkich łask bożych, iż „es loesst sich nicht lesen” — że księga owa przeciwia się odczytaniu swej treści.
Tłem swego opowiadania „Tajemnica Lorda Singelworth” uczynił Cyprian Kamil Norwid — Wenecję. Pisze o niej tak: …Wenecja, nazbyt będąca oryginalną, ażeby mogła być ostatecznie ujarzmioną, pozostawała tym samym dziwnym miastem. Miastem w posadach swoich mającym pierwowieczną lakustralną konstrukcję na palach; potem targiem rybaków i uskoków schronieniem; potem jeszcze miastem kramarzących z fenicka przedsiębiorców, zawiązanych nareszcie w Republikę bynajmniej spartańską, ale owszem noszącą bisior szeroki (…). Miastem — które zaiste że przeżyło idyllę, dramę, nadużyło tragedii i komedii, i które, jako znudzona już wszystkim wielka dama, pozostało piękne i czarowne (…). — i dalej — (…) Wenecja ma misję świadczenia człowiekowi, że jest fantastyczna sfera życia, że stolica nie jest tylko samym z-centralizowaniem administracyjnym kilku biur — że plac może być salonem, bo to zależy od przechodniów i onychże obyczajności (…). Oto wizja powszechna, pewien opis uniwersalny, ogólna wizytówka. Ale tytułowy bohater widzi ją na swój własny sposób: Tymczasem miasta wasze, siedziby i społeczności sklepią się, budują i rozwijają w kloakach… Te wykwintne kuchnie, które co dnia pod wieczór buchają aromem wonnych przypraw i sosów, mają pod posadzkami swoimi trzęsawiska zgnilizny — te ponętne błyskotem swym i elegancją salony, gdzie równie lekki jak zefir trzewik tanecznicy walcuje z zefirem, one są usklepione na podziemiach ciężkich i odrażających. Leniwe tam ramię rozkładającego się olbrzyma przeciąga się, ale nieustającą walkę co dnia i co chwile toczy — coś, jakby wciąż gnijący Laokoon, przewraca się w pieczarach stolic pod umiecionymi gładko ulicami. Wizja ta, tak diametralnie odbiegająca od ogólnej, uznana zostaje zatem za szaleńczą. A całe nieracjonalne postępowanie Lorda, czyli ciągłe loty balonem wysoko nad miastem, przestają wkrótce absorbować uwagę mieszkańców Wenecji. Tymczasem przebywanie w powietrzu było dla niego puryfikacją swojej miejskości, swojego trywialnego ucywilizowania. Wenecja, tak wspaniała w oczach ogółu, była dla niego czymś odrażającym, brudnym i do cna zepsutym. Manifestował zatem Lord swój anty-miejski stosunek do całego, wciąż psującego się sposobu życia ludzi.
Bruno Schulz jak zwykle czerpie inspiracje ze wspomnień. Opowiadanie „Ulica Krokodyli” ze zbioru „Sklepy cynamonowe” nie jest obrazem ot tak stworzonym na podstawie imaginacji. Tytułowa ulica jest odbiciem rzeczywistej drohobyckiej ulicy Stryjskiej. Tyle, że mistrz poetyckiej prozy stworzył z niej miejsce na wpół magiczne. Ta niesamowitość spowodowana jest wydobyciem z pamięci obrazów utrwalonych na podstawie percepcji dziecięcej, uwarunkowanej czystym rozumem dziecka.
Ulica Krokodyli to miejsce zgoła różne od pozostałej części magicznie pięknego miasta. Tutaj zdążył się już wedrzeć komercjalizm. Oto, co pisze Schulz: Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Czyż to nie brzmi znajomo? Wszystko dla narratora jest tu inne, jakieś dziwne, jakby niezdrowe i nienaturalne. Jest dla niego parodią wszystko, co odbiega od tradycyjnego, harmonijnego stylu życia. Ludzie z Ulicy Krokodyli są śmiesznym, szarym, bezosobowym tłumem płynącym monotonnie i bez celu. Wychwytując ich poszczególną wizualność, widać, iż są brzydcy, przerysowani i zepsuci. W tej dzielnicy pozoru i gestu nawet dorożki zdają się naszemu bohaterowi jeździć samopas, bez woźniców, a tramwaje — być zrobione z papier-mâché. Jakby wszystko było tu jedynie imitacją, a ludzie udawali tylko życie. Jednak mieszkańcy są najwyraźniej dumni z tej swojej karykaturalności. Ci snobi puszą się i wzajemnie adorują, nieświadomi swojej śmieszności. Sedno sprawy ujawnia się dopiero na końcu opowiadania. Wtedy narrator wskazuje na prawdziwy problem Ulicy Krokodyli. Oto, co pisze: (…) fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega swego definitivum. Wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogąc przekroczyć pewnego martwego punktu. I najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że co wrażliwszy odbiorca dostrzeże w Ulicy Krokodyli alegorię dzisiejszego świata, życia w wielkich, tzw. „cywilizowanych” miastach, zwykłych merkantylnych molochach. Ulica Krokodyli była koncesją2 naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet. — tak brzmi koniec opowiadania, ale zanim on następuje, miejsce ma chyba najbardziej bolące stwierdzenie, wskazanie na największy problem mieszkańców Ulicy Krokodyli: Cała ona jest niczym innym, jak fermentacją pragnień przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i rośnie w pustą, wydętą narośl. Wystrzela szara i lekka wegetacja puszystych chwastów, bezbarwnych, włochatych maków, zrobiona z nieważkiej tkanki majaku i haszyszu. Wszystko jest tu zatem połowiczne. Życie ludzkie jest gonitwą za czymś nieuchwytnym — być może szczęściem — ale nie tylko. Rzec by można — za prawdziwym życiem. Bo w momencie, gdy wszystko jest tak proste i wręcz na wyciągnięcie ręki, to tak naprawdę traci znaczenie. Gdy nie trzeba się starać, nie ma też przyjemności i satysfakcji z osiągnięcia jakiegoś celu. Mieszkańcy Ulicy Krokodyli zrezygnowali z poczucia spokoju i spełnienia na rzecz szybkiego, łatwego i wygodnego życia. Ci mieszkańcy — to przecież my!
Podsumujmy zatem. We wszystkich wyżej omówionych utworach do czynienia mamy z, mówiąc najprościej, krytyką współczesnej cywilizacji, tym samym miasta, jako komórki cywilizowanego świata. I nie chodzi jedynie o stronę formalną, lecz o wciąż zawężającą się treść mentalną. Pierwotny system wartości ulega nieustannej degradacji, a człowiek w społeczeństwie sprowadzony zostaje do roli mrówki robotnicy w mrowisku, czy prostego trybu w maszynie. Bynajmniej nie jest to wizja pocieszająca, bo wciąż aktualna.
© 2004 Emilia Walczak
verte.art.pl > Literatura > Eseje > Szablon miejski
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski