Przypomnijmy sobie piosenkę Stinga — „Englishman in New York”. O czym ona jest? O poczuciu obcości, wyalienowaniu. Ten sam klimat panuje w „Moscoviadzie” Jurija Andruchowycza. Główny bohater, młody literat, niejaki Otto von F., Ukrainiec, alter ego Andruchowycza, przygląda się Moskwie od środka. Te wszystkie czynniki wpływają na to, że pojawia się tu zgoła oryginalne i krytyczne zarazem spojrzenie na rzeczywistość, spojrzenie osoby spoza, osoby wyobcowanej, nieprzystającej do irracjonalnego w jej mniemaniu otoczenia. Tutaj Moskwę po prostu toczy choroba. Miasto rozpada się, sam Andruchowycz — za pośrednictwem Ottona — zarówno je demaskuje, odziera z mitów, jak i dokonuje jego dekonstrukcji. Dlaczego „Powieść grozy”? Bo grozą tchnie codzienność, prozaiczne sytuacje pretendujące do miana absurdalnych. To dopiero jest straszne; łatwo stracić zmysły przy takim stanie rzeczy, jaki pokazuje Andruchowycz, łatwo też się stoczyć z braku perspektyw.
Jeżeli wiemy już, że Otto von F. — czyli Ukrainiec w Moskwie — to Andruchowycz, czyli że „Moscoviada” to po części autobiografia jej autora, spróbujmy opisać oryginalny styl pisarski tegoż, styl, jaki powstaje na styku dwóch kultur, rosyjskiej i ukraińskiej, które wcale nie są tak do siebie podobne, jakby się komu mogło wydawać.
Posłużmy się w tym celu czystym konstruktem teoretycznym, pogdybajmy sobie, dokonajmy jakiejś przykładowej — lecz bynajmniej nie przypadkowej! — fuzji kulturowej.
Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby złączyć w jedno Irlandczyka Joyce’a, Anglika Orwella (czyli „Englishmana”!) oraz Hłaskę i Konwickiego — czyli połączyć inne dwie kultury: północno-zachodnioeuropejską i środkowoeuropejską. Otrzymalibyśmy taki właśnie mix konwencji, jaki charakteryzuje Andruchowycza. Przypatrzmy się bowiem nieco bliżej jego „Moscoviadzie”.
Wędrówka Ottona po Moskwie trwa jedną dobę — na myśl przychodzi więc oczywiście „Ulisses”. Ale ten sam motyw wykorzystał przecież nie raz Konwicki, ot, chociażby w „Małej apokalipsie”! Zresztą generalnie Konwickiego jest dużo u Andruchowycza, co zauważają nawet niektórzy literaturoznawcy, na przykład. p. Jerzy Jarzębski. Poza tym „Moscoviada” spotyka się w pewnym momencie z „Małą apokalipsą” — bohaterowie obu książek — nota bene, oboje są pisarzami — wędrują w pijanym widzie jakimiś tajnymi przejściami podziemnymi, jakie służą, bądź służyły kiedyś, tylko i wyłącznie przedstawicielom totalitarnej władzy państwowej, a o których, tych przejściach, normalni obywatele nie mają bladego pojęcia. W efekcie tej wędrówki obaj bohaterowie trafiają na wielki państwowy raut, z tymże bohater książki Konwickiego trafia do sali, w której dopiero ma się odbyć takie przyjęcie, podczas gdy bohater „Moscoviady” zjawia się w samym środku karykaturalnej pijatyki wynaturzonych panslawistów — i w tym miejscu kłania się również „Czytadło” Konwickiego! A do tych tuneli, które na owo przyjęcie prowadzą, bohater „Moscoviady”, von F., trafia po tym, jak zostaje uwięziony w pewnym centrum handlowym pod dziwną nazwą „Świat Dziecka” i musi znaleźć jakieś inne wyjście stamtąd — przypomnę, że taką, nieco senną wizję mieliśmy też wcześniej u Marka Hłaski w jego „ósmym dniu tygodnia”. Zresztą znamienną czarną poetykę, jak i bezkompromisowość wypowiedzi tegoż pisarza także bez trudu odnajdujemy u Andruchowycza!
A à propos wspomnianej władzy totalitarnej, „Moscoviada” ma też coś z antyutopii — choć powinno się właściwie mówić: antyeutopii, zważywszy na etymologię słowa.
Tu dygresja: utopia to miejsce, które w ogóle nie istnieje, eutopia natomiast to kraina, gdzie wszystko jest w jak najlepszym porządku, a dystopia to państwo, gdzie wszystko jest źle pomyślane i urządzone; te dwa ostatnie terminy mieszczą się zatem w jednym pojęciu: utopia. Tak więc w przypadku dzieł — przykładowo — Eugeniusza Zamiatina, Aldousa Huxleya czy George’a Orwella winniśmy raczej mówić o gatunku „dystopii”, ale że powszechnie utarło się tu określenie „antyutopia”, należałoby wprowadzić zaledwie drobną poprawkę, właśnie w postaci litery „e”, jako że eutopia jest antonimem dystopii — zatem: „dystopia” = „antyeutopia”.
Powracając, Andruchowycz ma coś z samego czołowego, a jeśli nie czołowego, to najbardziej znanego, przedstawiciela gatunku antyeutopii — czyli George’a Orwella. U Andruchowycza, tak samo jak w „Roku 1984” Winstona Smitha, tak tu Ottona von F. straszy się nie czym innym, jak tylko… szczurami. Motyw ten jest tak oczywisty, że należy go potraktować tylko i wyłącznie jako, raczej nieszkodliwy, pamflet na Orwella.
Zresztą takie podśmiewanie się z tematów realizowanych przez wielkich mistrzów pióra, poruszanych przez nich problemów, a także parodiowanie różnych gatunków literackich — to wszystko również charakteryzuje „Moscoviadę”. A jej autor dodatkowo posługuje się jeszcze autoironią — bo tragikomiczny Otto von F. cytuje kilkakrotnie wielkiego poetę, swój niedościgniony wzór, mianowicie, niejakiego… Andruchowycza.
„Moscoviada” to doskonała żonglerka wszystkim, co tylko było do dyspozycji, a więc na przykład: realizmem, absurdem, wspomnianą anty(e)utopią, romansem, czarnym humorem; żonglerka, na jaką autor-erudyta może sobie pozwolić, bo co mu tam. To wszystko czyni Andruchowycza ukraińskim odpowiednikiem polskiego znakomitego pisarza, śp. Ireneusza Iredyńskiego, uwzględniając nigdy nieskrywane zamiłowanie do alkoholu obu z nich, a także biorąc pod uwagę fakt, iż obaj urodzili się w tym samym Stanisławowie/Iwano-Frankiwsku.
© 2006 Emilia Walczak
verte.art.pl > Literatura > Recenzje > Ukrainiec w Moskwie
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski