> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№66 grudzień 2009

Utopia „powrotu do natury” i klęska świadomości romantycznej w „Panie” Knuta Hamsuna Michał Kruszelnicki

W mijającym powoli roku 2009 Norwegia obchodziła 150. rocznicę urodzin swojego największego pisarza – Knuta Hamsuna – w którym powszechnie rozpoznaje się jednego z prekursorów nowoczesnej powieści psychologicznej i niedoścignionego mistrza w opisywaniu piękna przyrody, zwłaszcza tej majestatycznej i groźnej, którą Hamsun znał dobrze jako mieszkaniec dalekiej Północy. Z tej okazji, i nie tylko, chciałbym poświęcić kilka słów jednej z najsłynniejszych powieści Hamsuna pt. „Pan. Z papierów porucznika Tomasza Glahna”, którą często przywołuje się jako przykład unikalności i głębi Hamsunowskiego odczucia przyrody. Ja spróbuję jednak wskazać na głębszy, filozoficzno-psychologiczny wymiar tego dzieła, przynoszący w mojej opinii bardzo smutną w istocie refleksję nad przepaścią, jaka w epoce spełnionej nowoczesności oddzieliła jednostkę od „romantycznego”, a więc dającego poczucie duchowej pełni i autentyczności, doświadczenia natury.

Od momentu publikacji w roku 1894, aż do lat 60. XX wieku „Pan” czytany był, w Norwegii i gdzie indziej, jako powieść neoromantyczna. Słynna przyjaciółka Nietzschego Lou Andreas-Salomé widziała w „Panie” program zerwania z obmierzłą cywilizacją i sentymentalnego powrotu do natury: Tutaj człowiek wraca z wyżyn kultury z powrotem do natury, lecz nie do natury w sensie symbolicznym, lub natury wystylizowanej, tak by pasowała do innych potrzeb duszy, nie, tutaj człowiek wraz z poetą, szczerze i prawdziwie, odchodzi z przyprawiającej o mdłości i dusznej ciasnoty miasta do szepczących lasów i samotnych gór1. Zdaniem Einara Skavlanda: Przez książkę przetacza się potężne odczucie natury, poczucie szczęścia z prymitywnej, prostej natury samej w sobie2; To baśń, sen o miłosnym szczęściu w raju młodości, wśród przyrody Północy, o miłości cudownej i niebezpiecznej3. Tore Hamsun z kolei sugerował, że żaden człowiek nie przeżył tak wielkiego szczęścia na ziemi, jak Thomas Glahn4, a to dzięki jego nadzwyczajnej zdolności do przeżywania ekstatycznych wrażeń w kontakcie z naturą.

Późniejsi badacze zaczęli jednak coraz częściej dostrzegać, że ta tradycyjna, neoromantyczna interpretacja „Pana” jako wielkiego hymnu na cześć przyrody, postroussoistycznej krytyki skażonej cywilizacji z wplecionym w nią wątkiem pięknej, choć tragicznej, miłości między Glahnem i Edwardą, cierpi na niedostatki. Otóż postromantyczne wykładnie nie są w stanie zdać sprawy z psychologicznego wymiaru Hamsunowskiego arcydzieła, w którym konflikt między naturą a kulturą oraz między subiektywnym odbiorem rzeczywistości przez Glahna a obiektywnym porządkiem świata, który on uchyla lub mistyfikuje w ramach własnej narracji – o czym za chwilę – wydaje się kluczowy dla zrozumienia tej postaci jako jednostki próbującej bezskutecznie wyrwać się z „odczarowanego” świata nowoczesności i powrócić do przednowoczesnego „świata natury” niczym do królestwa pierwotnego, transcendentalnego sensu.

Epokę nowoczesności cechuje ostateczne wyodrębnienie się człowieka z porządku metafizycznego (autorytet religii) oraz z ograniczającego siłę sprawczą indywiduum porządku społecznego i jego właściwe narodziny jako jednostki. Wedle słynnej charakterystyki Kanta oświecenie było wyjściem człowieka z niepełnoletności, czyli z niezdolności do posługiwania się własnym rozumem, który to rozum, wyzwoliwszy się wreszcie ze złudzeń metafizycznych, rozpocząć mógł budowę świata społecznej racjonalności, wolności i demokracji. Racjonalizując, demitologizując i sekularyzując ostatecznie egzystencję człowieka, absolutyzując w nim autonomię świadomości i krytyczność myślenia, Oświecenie zarazem ostatecznie przepołowiło, rozdarło wewnętrzny świat człowieka na dwie antagonistyczne sfery, które już nigdy nie ulegną scaleniu. Pierwsza to sfera świadomości i tożsamości jednostki, jej refleksyjnego odbioru samej siebie jako osadzonego w planie historyczno-kulturowym podmiotu życia społecznego. Z drugiej sfery, ukrytej głębiej i tylko czasem dającej o sobie znać, sfery kryjącej być może indywidualną (dzieciństwo), albo archetypową, zbiorową, pamięć o czasie dawnym czy wręcz archaicznym, płynie niewygasłe pragnienie odnalezienia utraconej pełni, bezpośredniości i ciągłości w doświadczeniu Bytu.

Próbując reanimować ten utracony raj bardziej intymnego i intensywnego przeżywania świata, człowiek nowoczesny może jednak tylko z rozpaczą skonstatować, że nie jest on już dlań dostępny. Już Rousseau, w powszechnej świadomości funkcjonujący jako głosiciel hasła „powrotu do natury”, w rzeczywistości bez satysfakcji obserwował, że chcąc powrócić do naturalnego świata niewinności, autentyczności i intensywności wrażeń, który opuścić kazała mu rudymentarna potrzeba społeczna, człowiek nowoczesny powraca już tylko jako jednostka refleksyjna5. Jego odbiór rzeczywistości został już raz i na zawsze zmediatyzowany, przytępiony przez pracę świadomości, intelektu, który skutecznie filtruje i despirytualizuje romantyczne porywy ducha ku przyrodzie, czyniąc z ich coś neutralnego, miałkiego, przeciętnego.
Dramat stopniowego zanikania poczucia „bliskości” bytu i „intensywności” egzystencji opisywała i na różne sposoby próbowała przezwyciężyć XX-wieczna filozofia, począwszy od Heideggera, przez Jaspersa i Jüngera, po Bataille’a, Klossowskiego i Blanchota. Osobną, własną ścieżką szła równocześnie literatura, potrafiąc w sposób równie głęboki, co filozofia, ująć i przedstawić filozoficzne problemy. Dramat, o jakim tu mowa, uzyskał jedną ze swych najświetniejszych reprezentacji w postaci Thomasa Glahna – myśliwego w norweskiej Nordlandii i głównego bohatera powieści „Pan”Knuta Hamsuna.

Czytając pierwsze strony tej niezwykłej książki, łatwo jest dać się pochłonąć pięknu opiewanej przez Glahna przyrody, ukazywanej z liryzmem, pasją i jakąś wręcz nadnaturalną głębią, jakiej nie było dotąd w literaturze i nie było dane zdarzyć się już kiedykolwiek później. Opisy te pulsują tak wielkim bogactwem nastroju i życia, tak dokładnie odzwierciedlają nadzwyczajne stany duchowe, w jakie pobyt w górach i lasach wprawia ich autora, że niejeden czytelnik pomyśli: ach, jakże szczęśliwy musi być ten, kto zdolny jest do tak barwnego i intensywnego przeżywania rzeczywistości! Toż Glahn to człowiek absolutnie spełniony, wiodący nieledwie życie olimpijskiego boga! Jego egzystencja wydaje się utkana z głębokich estetyczno-duchowych wrażeń, z chwil rozczulenia i wdzięczności za niezwykły dar, jaki otrzymał od losu, mogąc mieszkać wśród cudów przyrody północnej Norwegii:

Spokój i cisza dokoła. Leżę późnym wieczorem i patrzę w okno. Blask czarodziejski zalewał o tym czasie pola i lasy, słońce zaszło i barwiło horyzont światłem soczystym, czerwonym, stężałym w swej nieruchomości niby oliwa. Niebo było wszędzie przeczyste. Wpatrzywszy się w ową jasność, miałem uczucie, że leżę twarzą w twarz z dnem świata i że sercem me uderza dla niego tak żywo, jak gdyby tam było u siebie. Bóg jeden wie – pomyślałem – czemu dziś niebo przystroiło się w fiolety i złoto; a może jakaś uroczystość odbywa się tam na górze, uroczystość w wielkim stylu, przy dźwiękach gwiazd i z przejażdżką łodziami po potokach niebios. Tak być mogło! Zamknąłem oczy i uczestniczyłem również w owej przejażdżce łodziami, i myśl za myślą żeglowała poprzez mój mózg…6.

Jedząc leżałem na suchym miejscu. Cisza na ziemi, jeno łagodny powiew wiatru ją przerywał i niekiedy głos ptaka. Leżałem i patrzałem na gałęzie kołyszące się leniwie w powiewie; cichy ten wietrzyk spełniał swoje zadanie, roznosząc pył kwietny od gałązki do gałązki i napełniając nim wszelkie niewinne blizny. Las stał jakby w zachwyceniu (s. 20).

Znam miejsca, obok których przechodzę, drzewa i kamienie stoją tam, jak stały, w samotni, suche liście szeleszczą pod mymi stopami. Monotonny szum i drzewa znajomki – to dla mnie aż nadto dużo, szczególna wdzięczność mnie przepełnia, wszystko ze mną obcuje, jednoczy się ze mną, kocham wszystko! Siedząc tam i rozmyślając o swych sprawach, podnoszę jakąś leżącą u mych stóp suchą gałązkę i trzymam ją w ręce, i przyglądam się jej. Gałąź jest prawie całkiem spróchniała, mizerna jej kora wzrusza mnie, litość budzi się w sercu. Kiedy się więc dźwigam, by iść dalej, nie odrzucam gałązki od siebie, lecz kładę ją na ziemi i stoję nad nią, i lubuję się w niej; na koniec, w chwili opuszczenia jej, jeszcze raz na nią spoglądam – przez łzy (s. 21).

Wnosząc z tych urzekających opisów, bohater „Pana” wiedzie całkowicie szczęśliwą i samowystarczalną egzystencję, odcięty od reszty świata w swojej chatce na skraju lasu, spędzając rozkosznie czas na polowaniach i ekskursjach po bajkowej okolicy. Obraz ten wzmacniają powtarzające się zabiegi narracyjne Glahna, by prezentować się jako „syn lasów”, który źle czuje się w mieście, wśród ludzi, pragnąc jak najszybciej uciec z powrotem do swej leśnej samotni. A jednak, dokładniejsza lektura pierwszych stron opowieści Glahna skłonić może do przekonania, że narrator próbuje coś ukryć przed przyszłym czytelnikiem swoich zapisków. Tym, co Glahn próbuje mistyfikować, jest, na pierwszym poziomie, znaczenie i wpływ, jaki miało nań spotkanie z Edwardą, a na drugim, głębszym poziomie, egzystencjalna pustka, w jakiej jego życie jest pogrążone pomimo prób zintensyfikowania go w doświadczeniu przyrody. Mistyfikacja ta odbywa się na drodze manipulowania narracją: wypełniania jej opisami odwiecznej harmonii panującej w naturze i obejmującej duszę Glahna oraz wplecenia w ową narrację mityczno-onirycznych wyobrażeń o sobie jako prymitywnym „człowieku natury”, zamieszkującym lasy wraz z fantastycznymi postaciami Diderika i Iselin. W wyobrażeniach tych Glahn ukazuje się jako jednostka w pełni integralna, pogrążona w rzeczywistości poza-czasowej, naznaczonej ciągłością i intensywnością doznań, wypełnionej poczuciem wszechogarniającego, kosmicznego sensu.

Utopijność prób zapomnienia o Edwardzie, skorelowanych z wysiłkiem odgrodzenia się od alienujących realiów nowoczesnego świata, wychodzi na jaw już na początku opowieści Glahna. Powiada on, że zabiera się do spisania tego i owego, trochę dla zabicia czasu, a trochę i dla własnej przyjemności, że ani krzta smutku go nie trapi, życie wiedzie najweselsze i zadowolony jest ze wszystkiego (s. 7). Już te pierwsze wyznania skłaniają do zwątpienia w absolutnie spokojny stan umysłu narratora. Ktoś, kto jest szczęśliwy, nie odczuwa wszak potrzeby tak wyraźnego i częstego podkreślania tego faktu. Zaczynając opowieść o tym, co się zdarzyło dwa lata temu, Glahn sugeruje, że zdarzenie to wcale nie jest dlań ważne (wydarzyło mi się wtedy coś, albo też może mi się to tylko przyśniło), że właściwie przygasło ono już niemal zupełnie w jego pamięci (Wielu, co prawda, szczegółów owych zdarzeń już nie pamiętam, ponieważ od tego czasu nie myślałem o nich zupełnie, s. 7). Wszystko zaczęło się od poznania pewnej dziewczyny (Edwardy), która – tu znów akcent pada na chwilowość i nieistotność tego spotkania – na krótki czas zajęła [jego] uwagę. Po chwili narrator zdradza, że był czas, gdy jednak myślał o niej obsesyjnie, bez końca (Nie myślę już o niej tak bezustannie, przynajmniej nie teraz; tak, zapomniałem o niej zupełnie, s. 8), szybko jednak mityguje się, twierdząc, że myśli za to o wszystkim innym, o krzyku ptactwa morskiego, o polowaniach swoich w leśnej kniei, o swoich nocach, o wszystkich tych upalnych chwilach lata (s. 8), by w następnym zdaniu znów dowieść, że tak naprawdę wciąż nie może się uwolnić od wspomnienia owego szczególnego dnia (Zresztą poznałem ją całkiem przypadkowo i gdyby nie ów przypadek, nie postałaby nigdy w mych myślach, nigdy, ani na chwilę, s. 8). Wszystkie te słowa odsłaniają więcej, niż kryją. Glahn prezentuje się jako człowiek próbujący bezskutecznie zachować i ukazać taki obraz siebie i własnego życia psychicznego, który najbardziej mu odpowiada.
Tematycznym jądrem „Pana” wydaje się więc mistyfikowane przez narratora rozdarcie między pragnieniem odizolowania się od świata zewnętrznego, którego, jak twierdzi, nie rozumie, boi się, i w którym popełnia nieustanne gafy, a pragnieniem odnalezienia się w tym świecie, przy boku Edwardy – bądź co bądź dziewczyny „z miasta”. Na ten zasadniczy schemat fabularny kładzie się jednak cieniem szersza, mroczna refleksja nad dramatem nowoczesnej jednostki, która ani w sferze kultury, ani w kontakcie z naturą nie jest już w stanie odnaleźć źródła sensu i autentyczności.

Czytelnym symbolem tego rozdarcia i niespełnienia jest usytuowanie miejsca zamieszkania Glahna. Jego chata nie mieści się zupełnie w lesie, lecz na jego „skraju”, po jednej jej stronie widzi on przepastny las, po drugiej jednak dostrzec może zabudowania miasteczka Sirilund. Glahn nie należy więc całkowicie ani do świata natury, ani do świata kultury. Oczywiście robi on wszystko, by w oczach swoich i czytelnika uchodzić za w pełni samowystarczalnego, szczęśliwego „człowieka natury”, który z dala od świata społecznego cieszy się wewnętrznym spokojem i niczym niezmąconą radością „prymitywnego” życia. Dlatego właśnie mnoży piękne opisy przyrody i nieustannie akcentuje swoją „dzikość” i „prostotę” egzystencji. W opisach tych nie mamy jednak do czynienia z naturą „jako taką”, lecz z jej wystylizowanym obrazem, w jaki Glahn chce wierzyć i do jakiego chce zarazem przekonać swoich czytelników. Jest to więc natura przeintelektualizowana, wyposażona w symbolikę i znaczenia, jakie tylko człowiek wykształcony może jej przypisać – ciągłość, erotyzm, zmysłowość, boskość, etc.7. Dalej, jej doświadczenie naznaczone jest w przypadku Glahna pewną egzaltacją i przesadą: podnosi on na przykład uschniętą gałązkę i „ze łzami w oczach” kontempluje jej nędzny stan, albo nazywa swym „przyjacielem” kamień leżący obok jego chaty. Gesty te noszą znamiona afektowanej ckliwości; trudno sobie wyobrazić, by prawdziwie „pierwotny” człowiek obdarzał naturę tak sentymentalnymi uczuciami. Sverre Lyngstad słusznie w związku z tym zauważa, że zachowanie Glahna w lesie świadczy raczej o przeczulonej, nostalgicznej, miejskiej wrażliwości, aniżeli o pierwotnej jedności z naturą8. Henning H. Wærp z kolei obserwuje, że chociaż Glahn pisze o sobie jako „myśliwym” w Nordlandii, to zaskakującym jest, że nigdy nie sprawia on żadnych skór i nie przygotowuje mięsa, ani nie sprzedaje lub nie wymienia upolowanej zwierzyny lub futer. (…) Odzwierciedla on miejską tradycję polowań rekreacyjnych, popularną wśród przedstawicieli klas wyższych i przyjezdnej brytyjskiej arystokracji. Sposób poruszania się Glahna w lesie – pisze dalej Wærp – także nie przypomina ruchów prawdziwego myśliwego, lecz raczej: przechadzanie się po romantycznym ogrodzie, spacerowanie, głębokie rozważanie własnych myśli wśród wijących się ścieżek9. Glahn to zaledwie marzyciel i esteta w świecie przyrody, do którego integralna, metafizyczna przynależność pozostaje tylko jego prywatną fikcją.
Martin Humpàl świetnie wychwycił, że już otwierające powieść zdanie: W tych dniach odżyło we mnie wspomnienie lata podbiegunowego z jego niekończącym się dniem (s. 7), sygnalizuje bardzo ambiwalentny w istocie stosunek Glahna do świata i czasu natury, które tak pracowicie chwali i uwzniośla. „Niekończący się dzień” kojarzyć się może zarówno z pozytywną ideą wieczności i braku świadomości upływu czasu, jak i z negatywnym stanem monotonii i nudy. Z jednej strony – pisze Humpàl – Glahn szuka „wyzwalającej” bezczasowości natury jako lekarstwa na dla swego niespokojnego umysłu (…). Z drugiej strony zagrożenie, że takie życie okaże się nudne, czai się zawsze bardzo blisko w umyśle człowieka kultury10. W rzeczy samej, Glahna zapewnienia o prowadzeniu „najweselszego życia” z początku opowieści poprzedzone są wcale nie tak radosną uwagą, że: czas wlecze się bardzo powoli, nie tak szybko, jakbym tego pragnął (s. 7), a cała pierwsza część narracji, obfitująca w bodaj najbardziej poetyckie i intensywne opisy przyrody przetykana jest dwuznacznymi sugestiami (ta cicha melodia niejedną skracała mi godzinę, kiedym siedział w głębi gór i rozglądał się dokoła…, Tak minął niejeden dzień…, podkr. moje– MK), sygnalizującymi, że dla nowoczesnego człowieka kultury, jakim jest Glahn, natura nie może już być źródłem poczucia absolutnego sensu i że przed doświadczającą jej jednostką nieustannie rozwiera się otchłań nudy i pustki.

Równie niewiarygodne, jak Glahnowskie „metafizyczne” przeżycie natury, wydają się jego zapewnienia o bezproblematycznym oderwaniu od świata społecznego. Po pierwsze fałszywość tych deklaracji zdradza hołubienie przez Glahna całkiem konformistycznej idei pokazania się Edwardzie w swym mundurze wojskowym, którego nadejścia pocztą nie może się wprost doczekać. Po drugie pomimo wyznań Glahna, jak to źle się czuje w mieście i jak chętnie ucieka do swej leśnej samotni po kontakcie z mieszkańcami miasteczka, to właśnie zdarzenia z tego świata wyraźnie zaczynają odgrywać główną rolę w jego narracji, a wątek Edwardy wdziera się nieustannie w jego – przynależną rzekomo tylko „lasom i samotności” (s. 128) – myśl. Glahn zapewnia, że to natura jest dla niego jedynym i największym źródłem intensywności, lecz czego innego dowodzi jego narracja, w której fragmenty o związkach z miasteczkiem są bardziej skonkretyzowane, dynamiczne i udramatyzowane, niż fragmenty opowiadające o jego „naturalnym” świecie, które charakteryzuje wolniejsze tempo oraz powtarzalność obrazów i struktur semantycznych. Tak jakby to właśnie opowieść o zdarzeniach w świecie publicznym najbardziej interesowała narratora, a rozbudowane poetyckie sekwencje o pierwotnym życiu w lasach miały owo zainteresowanie jedynie ukryć.

„Pan” jawi się więc jako opowieść o kilkuetapowej klęsce egzystencjalnej, jakiej doświadcza nowoczesna jednostka, próbująca nadaremnie odnaleźć metafizyczny, przednowoczesny, a więc także przed-świadomy sposób przeżywania świata. Najpierw, jako „porucznik” w wojsku, był Glahn jedynie elementem beznamiętnego sytemu społecznego. Życie to nie dało mu żadnej satysfakcji, skończyło się porażką. W poszukiwaniu upragnionej autentyczności postanowił więc Glahn zamienić je na egzystencję wśród gór i lasów północnej Norwegii.

Tutaj jednak ponosi bohater drugą klęskę, jako że owa upragniona natura, idealizowana jako miejsce schronienia przed alienacyjnymi mechanizmami nowoczesnego świata, nie jest dlań dostępna w swej duchowej transcendencji i spontanicznej żywiołowości, lecz jedynie w swojej zmitologizowanej i estetycznie uwznioślonej, a więc wybrakowanej i sztucznej, wersji.  

Wreszcie, w obliczu niewystarczalności ucieczki do „mitu natury”, poszukuje Glahn schronienia w ponadczasowym porządku egzystencji, wprzęgając w swoją narrację wyobrażenia mityczne i oniryczne. Celem tego zabiegu jest, znowu, próba wpisania zracjonalizowanej, hiperrefleksyjnej egzystencji Glahna w porządek ponadczasowy, permanentny, a u czytelnika wywołanie wrażenia integralności i kompletności jego osobowości, jej całkowitej zbieżności, jak w przypadku człowieka pierwotnego czy mitycznego, z czasoprzestrzennym wymiarem otaczającego świata. W tych fantazjach Glahna wszystkie znaki zostają odwrócone: nie istnieje wrogi i bezduszny świat społeczny, czas ani nie pędzi, ani nie wlecze się niemiłosiernie, uświadamiając jednostce jej skończoność i śmiertelność, lecz stoi w miejscu. Wszystko jest pogrążone w wiecznym „teraz”, a niedostępną Edwardę zastępuje powolna Iselin – wcielenie mitycznej „kobiety natury”. Narracja Glahna, jak słusznie akcentuje Humpàl za Suzanne Fleischman, „odnosi się do przeszłości legendarnej lub mitycznej”, dlatego charakteryzuje ją użycie czasu teraźniejszego i przeszłego w mowie niezależnej, uwydatniającej „bezpośredniość” stawania się natury, tworzącej „iluzję »ciągle żywej przeszłości«” i pozwalającej oddać minione doświadczenie tak, jakby ukazywało się ono w formie niezmediatyzowanej przez świadomość tego, kto doświadcza11.

Te mityczne wyobrażenia dają jednak Glahnowi tylko chwilowe, pozorne szczęście. Nie są one w stanie na długo wypełnić poczucia nieautentyczności i pustki, beznadziejnego zamknięcia w więzieniu świadomości w pełni nowoczesnej, a więc świadomości wyostrzonej, przerafinowanej, która uniemożliwia doświadczenie bytu w jego formie mocnej, jaskrawej, „prawdziwszej”. Glahn rozpaczliwie próbuje zawrócić wskazówki historycznego zegara, wprawić się w nieświadomy stan umysłu, i powrócić do świata natury takiego, jaki musiał go widzieć jeszcze człowiek pierwotny lub jaki pamięta się z czasów dzieciństwa. Może jeszcze dla niektórych romantyków natura obdarzona była ową metafizyczną duchowością, stanowiąc dla nich jedno z głównych źródeł poczucia autentyczności, albo chociaż chwilowej egzaltacji. Glahn jest już jednak romantykiem spóźnionym, zabłąkanym w spełnioną nowoczesność, lecz wciąż usiłującym dokonać ekstatycznego wzlotu ku rejonom wiecznego, absolutnego sensu.

W pogoni za tą fantazmatyczną rzeczywistością musi Glahn odrzucić nawet miłość Edwardy. Kluczowa dla ewolucji miłosnego wątku w „Panie” jest scena w rozdziale XIII, ukazująca ekstatyczne, oszałamiające doświadczenie Glahna przechadzającego się pośród leśnych kwiatów i owadów:

Noce letnie i milczące wody, i lasy nieskończenie ciche. Ani krzyku, ani odgłosu kroków na drogach, serce moje jakby ciemnego wina pełne. Mole i ćmy wpadają bez szelestu przez okno, zwabione blaskiem paleniska i zapachem pieczonego ptaka. (…) siadają na białym rożku do prochu, wiszącym na ścianie. (…) Wychodzę przed chatę i nasłuchuję. Nic, żadnego odgłosu, wszystko śpi. Powietrze rozmigotane od latających owadów, miriadami furkoczących skrzydeł. (…) Kwitnie wrzos, kocham drobne jego kwiecie. (…) były one niby maleńkie pąkówki róż na mej drodze i z miłości ku nim płaczę. Gdzieś w pobliżu kwitną dzikie goździki, nie widzę ich, ale zapach ich czuję. I teraz też w godzinach nocy rozwinęły się nagle w lesie duże, białe kwiaty, kielichy ich rozwarte, oddychają. A ćmy kosmate opuszczają się między liście i wywołują drżenie całej rośliny. Idę od kwiatu do kwiatu, są to płciowo upojone kwiaty i widzę, jak dochodzą do upojenia (s. 41).

To są właśnie chwile, których poszukuje Thomas Glahn... Namiętne porywy ducha kończą się jednak poczuciem niewystarczalności, udręki, jak gdyby gdzieś pod powierzchnią świadomości bohatera nieustannie czaiła się pustka, której nijak nie umie on zagłuszyć. Glahn  wie, że ekstaza szybko się kończy, a po jej wygaśnięciu jeszcze trudniej jest wrócić do szarej rzeczywistości. W każdym razie, po takim doświadczeniu granicznym oferta zwykłego świata wydaje się bardziej jeszcze nędzna i trywialna. Ciekawe, że to właśnie tej nocy, po tym doświadczeniu, przychodzi do chaty Glahna Edwarda, z wyraźną intencją seksualnego oddania mu się. Pojawienie się Edwardy to jednak wkroczenie tego, co zwyczajne, przeciętne, ludzkie, a więc możliwe, do królestwa niewyobrażalnej i niedostępnej dla zwykłego człowieka intensywności, do którego Glahn wstępuje na chwilę tylko po to, by musieć je teraz, bez satysfakcji, opuścić. Wyraźnie roznamiętniony przeżytymi wizjami, rzuca się on zrazu do stóp przybyłej dziewczyny, wyznaje jej miłość w nadzwyczajnym afekcie. Nie są to jednak słowa i zachowanie prawdziwie wytęsknionego kochanka. W rzeczywistości, zauważając, że Edwarda przypisuje jego radość i podniecenie swojej obecności, Glahn usiłuje ochłodzić atmosferę, serwując skonfundowanej dziewczynie zgoła idiotyczną opowieść o sparaliżowanej kobiecie, którą poznał był kiedyś na pewnym balu. Gdy po chwili dziwnej rozmowy Edwarda obejmuje go gwałtownie za szyję i dosłownie „wpija” się weń wzrokiem „całkowicie pociemniałych oczu” (s. 42), Glahn zrywa się na nogi, pyta ją o jakąś błahostkę, a następnie sugeruje Edwardzie konieczność powrotu do domu... Daleki od problemów z udowodnieniem swojej męskości, o której prężności świadczą jego symultaniczne schadzki z Ewą, córką kowala, Glahn nie jest w stanie odpowiedzieć na seksualną ofertę Edwardy być może dlatego, że pozostaje więźniem niemożliwego fantazmatu o jakiejś totalnej, obejmującej wszystkie zmysły integracji z otaczającym go światem. Ten oczywisty afront leży w punkcie wyjścia dla dalszej degeneracji jego stosunków z Edwardą, a wreszcie ostatecznego rozstania niespełnionych kochanków.

„Pan” kończy się rozbudowanym epilogiem, opowiadającym dziwną historię śmierci Glahna. Spotykamy go jako myśliwego w Indiach, dokąd wyjechał po opuszczeniu Edwardy. Po jakimś czasie przychodzi do niego list, którego treści nie znamy, lecz swemu koledze od polowań Glahn sugeruje, że Edwarda prosi go, by wrócił, gotowa kochać go pomimo swego zamążpójścia! List ten bardzo unieszczęśliwia Glahna. Prowokuje on swojego przyjaciela, zazdrosnego o erotyczne sukcesy Glahna, do zastrzelenia go, niby przypadkiem, na polowaniu. Na tę śmierć idzie Glahn, śpiewając psalmy weselne, z uśmiechem na twarzy, który nawet w tej chwili – jak pisze Hamsun – był „piękny” (s. 147).

Być może ten finalny marsz Hamsunowskiego bohatera ku śmierci spowodowany był ostatecznym uświadomieniem sobie, że nigdy nie ucieknie on przed otchłannym poczuciem braku i bezsensu, które nosi w sobie. Że ani w Nordlandii, przy Edwardzie, ani w Indiach, bez niej, życie nie jest w stanie zaoferować mu wyższego sensu, którego on tak desperacko pragnie. Że skazany jest na doświadczanie tylko tego, co możliwe, a tego, co rozciąga się „poza” – czego istnienie Glahn przeczuwa, o czym marzy i co próbuje odnaleźć w kontakcie z naturą – nie da się uchwycić inaczej, jak samemu przestając istnieć. Śmierć staje się więc dla niego wytęsknionym Absolutem, ostatnim wyrazem pragnienia fuzji z pierwotną harmonią i totalnością egzystencji.

„Pan”, wspaniałe i piękne arcydzieło Knuta Hamsuna, nie wydaje się więc, wbrew pozorom, opowieścią o satysfakcji i pełni płynącej z „powrotu do natury”, lecz o utopijności takiego powrotu. Natura nie jest tu źródłem spełnienia, lecz jedynie nostalgicznie inwokowanym mitem, projekcją nowoczesnej świadomości, rozpaczliwym marzeniem o rzeczywistości minionej już i niedostępnej. To w gruncie rzeczy bardzo przygnębiająca historia człowieka, który stopniowo uświadamia sobie, że nie czuje już „bliskości” bytu: że po jego plecach nie chodzą już dreszcze a do oczu nie napływają łzy, gdy przygląda się pięknu świata; że jedyne, co mu pozostało, to mitologizowanie przeszłości we własnej narracyjnej symulakrii.
Tak czyni Thomas Glahn, tak również i my czynimy, wspominając ze smętnym uśmiechem, jaki to barwny i intensywny wydawał się świat, gdy byliśmy jeszcze młodzi. Los Glahna dowodzi, że horyzont nowoczesnej (a może po prostu dorosłej?), racjonalnej świadomości jest nieprzekraczalny, a próbująca zajaśnieć w nim wrażliwość romantyczna skazana na klęskę, lub na nowoczesną fikcję, parodię samej siebie.

© 2009 Michał Kruszelnicki


1 “Hier kehrt de Mensch aus der Überkultur in die Nature zurück, nicht zur symbolisch verstandenen oder für irgend welche Seelenzustände zurechtstilisierten, - nein, hier steigt er wahrhaftig und wirklich mit dem Dichter aus den dünsten und dumpfen Engen der Städte in die rauschenden Walder und auch die einsamen hohenzüge des Gebirges” – L. Andreas-Salomé, Skandinavische Dichter, “Cosmopolis” 1986, nr 4, s. 557; cyt. [za:] Ø. Rottem, Hamsun og fantasiens triumf, Gyldendal, Oslo 2002, s. 93.

2 “Det bruser en mektig naturfølelse gjennom boken: lykken over den primitive, enkle nature omkring en; og lykken over den opprinnelige natur i en selv” – E. Skavlan, Knut Hamsun, Oslo 1929, s. 197; cyt. [za:] Ø. Rottem, dz. cyt., s. 95.

3 „Det er et eventyr, en drøm om kjærlighetslykken i ungdommens paradis, Nordlandsnaturen – om kjærligheten some er deilig og farlig” – tamże, s. 203; cyt. [za:] Ø. Rottem, dz. cyt., s. 95.

4 „…intet menneske har vel opplevd en store jordisk lykke enn den Thomas Glahn…” – T. Hamsun, Knut Hamsun – min far, Oslo 1987, s. 162; cyt. [za:] Ø. Rottem, dz. cyt., s. 95 i n.

5 Por. P. Pieniążek, Między naturą a nieskończonością: nowoczesność u Rousseau, Schillera i Nietzschego, wykład wygłoszony w Instytucie Filozofii UWr. 13.01.2009. 

6 K. Hamsun, Pan. Z papierów porucznika Tomasza Glahna, przeł. Cz. Kędzierski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1969, s. 15. Dalsze przypisy do Pana zamieszczam bezpośrednio w tekście.

7 Por. M. Humpàl, The Roots of Modernist Narrative: Knut Hamsun’s Novels: Hunger, Mysteries, and Pan, Solum Forlag, Oslo 1998, s. 111.

8 S. Lyngstad, Knut Hamsun, Novelist. A Critical Assessment, Peter Lang Publishing, New York, s. 60.

9 H.H. Wærp, Northern Scenery or Symbolic Landscape? Pan,  “Ottar” 2009, nr 275, s. 28.

<10/sup> M. Humpàl, The Roots…, dz. cyt., s. 121.

11 S. Fleischman, Tense and Narrativity: From Medieval Performance to Modern Fiction, University of Texas Press, Austin 1990, s. 124, 25, cyt. [za:] M. Humpàl, The Roots…dz. cyt., s. 125, 128.

verte.art.pl > Literatura > Eseje > Utopia „powrotu do natury” i klęska świadomości romantycznej w „Panie” Knuta Hamsuna

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski