Śmiesznie czy bardziej strasznie? Zależy pewnie, jak znosi się codzienność hipermarketów, gazetek reklamowych, strategii perswazyjnych, przedstawicieli handlowych, Świadków Jehowy, wszystkich innych świadków i wyjątkowych okazji. I śmieci, z jakich „Produkt polski” został wycięty: Konstruowałem — powiada Shuty — wszystkie te kolaże, modlitwy, manifesty, medytacje, katechezy a nawet teksty naukowe z rzeczy, które się zazwyczaj wyrzuca. Tworzyłem to wszystko z reklam, starych gazet, bezużytecznych opakowań. Jako że moją nazwijmy to fascynacją są śmieci w różnym wymiarze, więc ze śmieci konstruowałem nową rzeczywistość.1 Strasznie jednak, bo ta komiksowa, absurdalna, pełna reklamowego bełkotu rzeczywistość znów nie tak bardzo różni się od tej, co za oknem. Jeszcze się różni? Czy może pytania w tym miejscu powinny być zupełnie inne? I komu dziękować, że nie są, że być nie muszą?
Bo ta książka, obnażająca pustkę rozpasanego konsumpcjonizmu, dość paradoksalnie, przywołuje kilka jeszcze wspomnień. W roku 1987 udało mi się kupić płytę (analogową oczywiście) „Fresh Fruit for Rotting Vegetables” Dead Kennedys, jak wiadomo, muzycznie rewolucjonizującą scenę punkową. Na szczęście polskiemu wydawcy, Polton Records And Tapes, nie przyszło do głowy, by licencyjną edycję okroić z pokaźnych rozmiarów plakatu, ni mniej ni więcej, przedstawiającego, w formie i przesłaniu, historie, jakie można teraz znaleźć w „Produkcie polskim”. Przypuszczam nawet, że cenzor musiał być wówczas dość kontent: oto zespół ze słonecznej Kalifornii piętnuje zidiocenie kapitalistycznego społeczeństwa i jego imperialistycznych polityków. Pamiętam punkowe ziny, z trudem (znikąd reklamowych gazetek!) tworzone przez zapaleńców uzbrojonych w maszynę do pisania i jakieś tam dojście do powielacza. I że w ciągu tych paru lat, gdy moje pokolenie wchodziło w dorosłość (a wcale nie uważam, by — w większości przypadków — ten proces już się zakończył), wyrosła nam wokół nowa rzeczywistość. Ta z „Produktu polskiego”, antycypowana plakatem z „Fresh Fruit” czy tym dołączonym do kolejnej płyty Dead Kennedys, „Frankenchrist”. Tym razem dodatkiem był „Penis Landscape”, obraz autorstwa szwajcarskiego surrealisty H. R. Gigera, przedstawiający pole spółkujących genitaliów, ot, taka metafora ogłupiałej konsumpcją masy. Muzyków oskarżono wówczas o szerzenie pornografii oraz wytoczono proces, który przyczynił się do rozpadu wytwórni Jello Biafry i jego zespołu.
W Polsce końca lat osiemdziesiątych udawało się więc kupić Dead Kennedys, książkę Gombrowicza, pójść na koncert Clan of Xymox. Czasami coś się udawało, ale czasami, ciągle jeszcze, system łamał komuś życie.
Te kilkanaście lat wiele zmieniło. Pozacierało granice. Wybory przestały być jednoznaczne. Niezmiennie pozostając dramatyczne, więc i dziś, choć dotyczą zazwyczaj już innych kategorii: mniej w nich Herberta, więcej towarowych znaków. Jeśli jednak nawet w supermarkecie trafia mnie szlag, klnę potykając się o sterty makulatury pod moimi drzwiami, to gdy już je zamknę, zawsze mogę sobie wrzucić ulubionych cyników. „Fresh Fruit” przywieziony przez znajomego z Chicago, czy „Frankenchrista”, którego kupiłem w małym sklepiku z niezależną muzyką w Budapeszcie. Angielską edycję Alternative Tentacles, nieocenzurowaną, z kopią wiadomego krajobrazu wewnątrz.
© 2006 Jarosław Bytner
1 D. Kuropaś, Krótka rozmowa o śmieciach ze Sławomirem Shutym, ksiazka.net.pl.
verte.art.pl > Literatura > Recenzje > Ze śmieci, z historii
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski