Cztery lata temu Islandia była najmodniejszym krajem na muzycznym globie. W roku 2000 wychodzi „Ágætis Byrjun” autorstwa Sigur Rós. W 2001 dołącza Múm z „Yesterday Was Dramatic — Today Is OK”. Po tych płytach, tak samo jak po pierwszym płaczu, pierwszym uśmiechu, narodzinach i śmierci, nic nie jest już takie samo. Björk przestaje być samotnym żaglem na północy. Flotylla zimnych dźwięków zdobywa krytyków i fanów. Trendy jest umieć parę słów po islandzku. Czas płynie. W 2004 roku Sigur Rós, kompletnie rozmienionie na drobne serią nieprzyswajalnych projektów, zamyka się w studiu. Múm wydaje mierną, trzecią płytę, idąc w kierunku popu. I tylko Björk nie zawodzi, stanowiąc kanon wykonawców, których nie trzeba lubić, ale wypada szanować.
Z biegiem czasu w jej twórczość wkradło się zmęczenie materiału. Kolejne longplaye były tylko nową aranżacją jej charakterystycznego wokalu, który nagle stał się przekleństwem. Stała się ofiarą własnej niepowtarzalności, bo cokolwiek by nie stworzyć, to nadal była… Björk. Ta sama, nieco już przebrzmiała i szamocząca się w oceanach dźwięków podejrzanie podobnych. Co okazało się lekiem? Podniesienie siebie samej do n-tej potęgi. Zaprzeczając prawom logiki, powiew chłodnej obojętności został wywiany przez arktyczny wiatr geniuszu. Udało się znaleźć więcej Björk w Björk, bez kopiowania Björk. Proces analogiczny do badania cukru w cukrze. Podobne rezultaty — umiarkowanie silne upojenie. By to wreszcie powiedzieć dosłownie — „Medúlla” składa się w absolutnej całości z głosów ludzkich, w większości autorstwa Björk. Nie ma na niej ani jednego instrumentu. Gdyby jednak sam sposób emisji dźwięków miał mieć znaczenie, to absolutem byłaby płyta zawierająca dźwięki znanych mostów świata, wprowadzanych w drgania akustyczne młotkiem. Rozbawionych informuję, że taka płyta istnieje.
Efekt jest niekoniecznie niecodzienny. Melodyka i wyszukane linie wokalne siłą rzeczy muszą być głównym akcentem, jeżeli nie jedynym. Szczęśliwie udaje się uniknąć przekomponowania utworów. Wrażenie znudzenia cudeńkami artykulacyjnymi nie pojawia się często. Dominuje głównie niecierpliwe oczekiwanie na coś zapadającego w pamięć. W połowie płyty uderza singlowe „Who Is It”. Płaty mózgu odpowiedzialne za przyjmowanie muzyki w jej radiowym znaczeniu zostają nasycone. Potem do dyspozycji pozostaje przestrzeń znacznie swobodniejsza, którą Björk sukcesywnie eksploatuje. Konsekwencja z biegiem czasu staję się nieco męcząca, bo tli się nadzieja na rozszerzenie granic zakreślonych epickim wstępem. Nic takiego nie następuje, jednak rekompensatą jest klasa i dojrzałość. Przypomina to obcowanie z butelką wina za cenę powyżej 100 złotych. Tym się nie wypada schlać w trupa, tym się delektuje.
Drugie przesłuchanie przynosi refleksję nad wspomnianym pomysłem, będącym osią całej płyty. Śmiałość Björk jest godna zauważenia, chociaż w jej pozycji porównanie do Bobby McFerrina (niezapomniane „Don’t Worry, Be Happy”, również całkowicie a capella) nie groziło. Upatruje się więc w niej rewolucjonistki. Nabierając dystansu i odkaszliwując przesadzone peany, dociera do nas fakt, że w dzisiejszych czasach wykonanie spójnej płyty tą techniką jest prostsze. „Medúlla” brzmi pełnymi basami, perkusyjnymi uderzeniami, szerokimi, pociągłymi syntezatorami, a nawet terkotami à la Múm. Można więc wnioskować, że przy użyciu komputera, z ryku jeleni można swobodnie wyprodukować niejeden utwór taneczny, a śpiewy wielorybów pozwolą osiągnąć efekt prawie identyczny z „Medúlla”. Z pominięciem Björk „na czysto” oczywiście, bo jej głosu fiszbinowe paszcze mogłyby nie móc wyartykułować. Poczułem się też oszukany słysząc w jednym z utworów najprawdziwszy fortepian.
Odcedzając złośliwość, wynikającą z mojej nieuzasadnionej niechęci do Björk, uważam „Medúlla” za płytę wyjątkową. Puentą tej wypowiedzi nie może być „kolejny znakomity album spod tego samego szyldu”. Nowa jakość, świeżość, pewny akcent. Udało się oddać hołd ludzkiemu ciału, jak sama artystka mówi. Płyta jest jedną z jaśniejszych gwiazd na zachmurzonym niebie przemysłu muzycznego roku 2004. Wynikają zeń dwie istotne implikacje. Pierwsza — jeżeli następna płyta będzie „normalna”, będzie przyjęta bardzo chłodno. Druga — wysłuchanie „Medúlla” na żywo, bez technicznych sztuczek, może być najwspanialszym muzycznym przeżyciem, jakie dane będzie doświadczyć ludzkości.
© 2004 Jakub Chmielewski
verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Bobby McFerrin w spódnicy z warkoczy
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski