Dwanaście miesięcy słuchania muzyki znów za nami. Łagodzący obyczaje jej powiew zapewne w tym roku musnął subtelnie i mnie, bo wyjątkowo nie będę rozwijać swoich ulubionych wątków wszelakich patologii związanych z muzycznymi obiegami w naszym kraju. Żadnych więc narzekań na koncerty, dystrybucję i ceny płyt, liczbę oraz jakość rockowych programów telewizyjnych czy audycji radiowych, jak też sensownych pism muzycznych. Bez zbytecznych narzekań zatem, a w samych pozytywach, rok ten odchodzący postaram się przedstawić.
Pamiętając wciąż, że zestawienie dotyczy płyt roku 2007, najpierw jednak parę słów o koncertach. A to dlatego, już tłumaczę, że także zeszłoroczny ranking obejmował występy muzykantów, a w tym, odnoszę wrażenie, zagrała u nas światowa reprezentacja rocka w lepszym nawet składzie. Poza tym, jaki ma sens słuchanie płyt bez sprawdzania formy faworytów na żywo? Spełniony tu oczywiście musi być warunek, że faworyci jeszcze żywi. A jak ktoś już fajnie gra, to wypada kupić jego płytkę, choć niekiedy wychodzi potem, że fajnie było, właśnie, tylko na żywo. Związek wszak między kupowaniem i słuchaniem płyt a obecnością na koncertach wydaje się tyleż organiczny, co dla każdego oczywisty. To do rzeczy.
Trudno właściwie narzekać na koncertowe propozycje roku 2007. Obiektywnie rzecz ujmując pojawiła się u nas czołówka poszczególnych gatunków mainstreamu. Zagrali więc w Polsce zeszłego roku: Slayer, Sepultura (dwa razy nawet), Testament, Paradise Lost, My Dying Bride, Type O Negative (też dwa razy), Korn, Tool, Pearl Jam z Linkin Park, Red Hot Chili Peppers, The Rolling Stones, Iggy Pop and the Stooges, Patti Smith & Her Band, Tori Amos, Sinéad O’Connor, Van Der Graaf Generator, Genesis, Marillion (3 razy), Fish, Porcupine Tree, Chris & Carla (z The Walkabouts), Placebo i Editors. Już tradycyjnie w jednym miejscu najwięcej klasowych zespołów można było zobaczyć i posłuchać w czasie Open’era. Obsada z 2007: Sonic Youth, Muse, Björk, Beastie Boys, Bloc Party i The Roots przesądziła, że wyzwanie porównywania tego festiwalu z jakimkolwiek innym w Polsce rezerwować możemy wyłącznie dla najambitniejszych z szermierzy erystyki.
Z koncertów widzianych i słyszanych osobiście mam jak najlepsze wrażenia. Najpierw jednak o rozczarowaniach. Tych nie było wiele: na pewno występ Port-Royal, włoskiej postrockowej nadziei, gościa mysłowickiego Off Festivalu, który latem w Poznaniu skutecznie uśpił tych, co nie zdążyli uciec. Największym chyba występ Placebo, choć może o tej ocenie zadecydowały moje zbyt duże oczekiwania. Zdecydowanie za to polecałbym każdemu koncertowe wcielenie Japończyków z Papaya Paranoia. Świetny, drugi dopiero w Polsce koncert zagrała Patti Smith, dla niej szczególne uznanie za klasę i punkowy etos. Dla The Legendary Pink Dots za oniryzm i umiejętność wywoływania magii. Mogę pochwalić i polskie zespoły: za młodzieńczą ekspresję The Car Is On Fire, za niezwykłe występy formacje George Dorn Screams i Potty Umbrella, za profesjonalizm w każdym calu Myslovitz. I dwa koncerty poza wszelką konkurencją. Dwóch zespołów pochodzących z trochę innych rockowych światów, ale obdarzonych wspólnym darem: wyrażania muzyką, słowem i scenicznym ruchem emocji absolutnie skondensowanych. Proszę Państwa — oto w tym roku ponad podium: The Paper Chase i Editors!
W przypadku przyznawania punktów według klucza frekwencyjnego płytą roku 2007 autorów „Mrocznej Środkowo-Wschodniej Europy” i „verte” zostaje „White Chalk” PJ Harvey. Co tam dużo mówić: triumf zasłużony, bo album melancholijnie piękny. Ten graniczny smutek jest tu kategorią równie nową, jak sposób ekspresji. Fortepian oraz wyciszony głos Polly Jean zastępują i tak zazwyczaj skromne na jej płytach instrumentarium. Efekt — pewnie także przez zaskoczenie — jeszcze bardziej piorunujący. W piętnastym roku kariery (debiut w 1992 „Dry”) PJ pokazuje, jak środkami najprostszymi wyrazić maksimum estetycznych i uczuciowych doznań.
Do innych płyt wydanych w roku 2007 nie ma wśród autorów rankingów już takiej zgodności, co świadczy o rozpiętości muzycznych zainteresowań piszących na naszych stronach. Parokrotnie wyróżnione zostają jeszcze albumy uznanych rockowych indywidualności: „Icky Thump” The White Stripes, „In Rainbows” Radiohead czy „American Doll Posse” Tori Amos, pierwsze punkty, i od razu w tak poważnym zestawieniu, zdobywają za debiutancką płytę The Klaxons. Przeważa jednak różnorodność tak międzygatunkowa, jak i ta w obrębie określonych konwencji. Wśród typów naprawdę bardzo wiele interesujących płyt potwierdzających, iż miniony rok rzeczywiście w kategorii albumów muzycznych należy uznać za udany.
W rejestrze artystycznych rozczarowań bezkonkurencyjnie wygrywa „In Rainbows” Radiohead. Po czterech płytach zmieniających oblicze ambitnego rocka Anglicy zaserwowali nam produkt absolutnie bez wyrazu. Produkt to chyba zresztą najlepsze określenie: bo poza doskonałą produkcją nic więcej na tej płycie nie odnajdziemy. Najmodniejsza z konfekcji nie przykryje braku pomysłów i emocji. Król jest nagi. Choć szata kosztuje tylko funta.
Podobne zarzuty, w innych wszak częstotliwościach, bo i ranga zespołu inna, odnieść by można do „Our Love to Admire”. Interpol zapowiadał, że ich trzeci album będzie miał siłę rażenia plutonu egzekucyjnego. Trzy lata pracowali nowojorczycy, by świat usłyszał tylko kapiszonowy wystrzał. O trafionych nie słyszałem. Jak i żadnego echa.
Słowo jeszcze o moich zwycięzcach. Druga płyta Editors nie przekonała mnie od razu. A pierwsze single nawet wystraszyły, bo zimnofalową motorykę i surowość, tę niezwykłą esencjonalność debiutanckiego albumu („The Back Room”, 2005) zastąpiły dość teatralne, leniwie rozwijające się kompozycje i aż nadto manieryczny głos wokalisty. Ale „An End Has a Start” w końcu jednak uzależnia. A brzmienie, moc i charyzma zespołu w czasie warszawskiego koncertu nie pozostawiły nikomu z obecnych wówczas w „Stodole” wątpliwości, jakiego formatu zespołu w końcu się doczekaliśmy. Doczekaliśmy — my wszyscy z punkowymi i nowofalowymi ikonami końca 70. i lat 80. na piersiach i — w sercach przede wszystkim.
Dziękując serdecznie autorom „Mrocznej” i „verte”, zjednoczonym w misji przygotowania tego zestawienia, czytelników proszę, by traktowali je nade wszystkim jako dar osób uzależnionych od słuchania muzyki w wersji granicznie fanatycznej i bezinteresownej. O ile więc nie znacie którejś z ujętych tu płyt, sięgnijcie po nią. Warto. Lepszej rekomendacji już nie będzie.
© 2007 Jarosław Bytner
Zestawienie powstało dla magazynu „verte” i strony „Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa”.
verte.art.pl > Muzyka > Zestawienia > Co grało?
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski