Soul znów się mutuje i wkracza na parkiety. Jest się z czego cieszyć!
Kiedy w 1995 roku (jaka to już prehistoria) ukazała się płyta D’Angelo „Brown Sugar”, zaczęło się mówić o powrocie czarnej muzy i nurt szybko nazwano nu soul. Do grona tak ochrzczonych dołączała dziewczyna D’Angelo — Angie Stone, oczywiście Erykah Badu, Maxwell i kilkoro innych artystów. Wydawało się, że soul stał się na nowo odkrywczy i inspirujący. Dobra passa trwała kilka lat. Potem Lauryn Hill nagrała świetny album „Unplugged” i zniknęła, podobnie jak zresztą i cały nurt. Próbowano go reanimować jeszcze świeżą krwią Macy Gray i Joss Stone, ale było to nieco naciągane. Soul potrzebował już nowego impulsu. Ten zapewnić mogło tylko połączenie z electro.
Dziś już widać wyraźnie, że przemysł muzyczny musiał dojrzeć do electrosoulu, który rozpanoszył się ostatnio na parkietach. Znak do ataku dał Jamie Lidell, legenda brytyjskiej elektroniki spod znaku wytwórni Warp, nagrywając w 2005 roku album „Multiply”, gdzie niebezpiecznie mocno skręcił w stronę soulu, tyle że wciąż ze sporą dawką energii parkietów. I zaczęło się dziać. Pojawili się Gnarls Barkley z hitem gigantem „Crazy”. Ostatnio Lidell wydał nową płytę „Jim”. Wyszedł wreszcie rewelacyjny debiut Australijczyka Sama Sparro, chyba najbardziej reprezentatywny w tym zestawie, ale serwis Soul-sides.com zalicza do tego zacnego grona i Hercules & Love Affair, którzy narobili nieco dymu na początku roku. Jest też świetny krążek Neon Neon „Stainless Style”, ostro poczynający sobie z syntezatorami, jest Lightspeed Champion, Santogold, no i Calvin Harris rzecz jasna. Do wyboru.
Co określa electrosoul? Na pewno mocna dawka soczystego electrobitu, spleciona z wyrazistym, głębokim wokalem. Mimo sporej porcji elektroniki, utwory układają się w tradycyjnie rozumiane piosenki. „Black & Gold” — śpiewa wychowany na gospel Sparro — to czarna muza podrasowana złocistym połyskiem. Ciekawe też, że większość z wymienionych wykonawców, odwrotnie do nu soulowców, jest białych. Ale to przecież nie nowość, czego dowodzi tradycja soulu brytyjskiego spod znaku Roberta Palmera czy Dusty Springfield. A o Dusty, swoją drogą, Hollywood szykuje film. Jest o kim, bo Dusty to nie tylko początek inwazji brytyjskiego popu na Stany Zjednoczone jeszcze przed Beatlesami. Jej biografia to też otwarty biseksualizm, chórki dla Pet Shop Boys („What Have I Done to Deserve This”) i rak piersi. Główną rolę ma grać Nicole Kidman, która też już pierwsze kroki w muzyce ma za sobą — za sprawą duetów z Robbiem Williamsem i Ewanem McGregorem. Jeśli sama ma śpiewać piosenki Dusty, przyda jej się dobry producent. Może wziąć numer do Davida Sitka od Scarlett Johansson. A może lepiej nie.
© 2008 Adam Kruk
verte.art.pl > Muzyka > Felietony > Electrosoul
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski