> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№69 marzec 2009

Fabryka tanich strachów („Mechanize” Fear Factory) Jacek Szafranowicz

Pamiętacie finalną scenę „Terminatora”, w której Sarah Connor ostatkiem sił naciska przycisk prasy i zgniata śmiercionośnego cyborga, zanim ten zdoła ją udusić? A może ściślej: kojarzycie ten kadr, w którym czerwone światełko gaśnie bezpowrotnie w czeluści oczodołu? Tak, dokładnie taki obraz pojawia się przed oczyma, kiedy zastanowić się nad nowym albumem Fear Factory – „Mechanize”. W dobie hucznych comebacków oryginalnych składów trudno raz na jakiś czas nie pokusić się o odrobinę zdrowego cynizmu i nie wyśmiać deklaracji o odnowionych przyjaźniach, które zaowocowały niespodziewaną lawiną inspiracji, jak to lubią patetyzować co poniektórzy muzycy. Oto bowiem Dino Cazares i Burton C. Bell zakopali topór wojenny i nie bacząc, co mają na ten temat do powiedzenia Christian Olde Wolbers i Raymond Herrera, postanowili nagrać sobie płytę pod szyldem sprawdzonej marki. Posunięcie to jednak tyleż aroganckie, co właśnie cyniczne. Wszystko bowiem, co na „Mechanize” słyszymy, pracuje w monotonny rytm kasy fiskalnej.

Po pierwszym przytknięciu ucha, stylistycznie wszystko wydaje się być na swoim miejscu: rwane riffy Cazaresa perfekcyjnie współpracują z centralkami Gene’a Hoglana. Nad produkcją czuwa odpowiedzialny za brzmienie „Obsolete” Rhys Fulber, którego elektroniczne tekstury zręcznie opinają kompozycje. Bell zaś jak to Bell: growluje, w refrenach śpiewa, a niekiedy oba rejestry nakłada na siebie. Układ kompozycji też prędko staje się znajomy: na początek jedziemy szybko, potem nieco zwalniamy, dalej dodajemy gazu, a na koniec polecimy z lekka walcowatym kolosem z linią wokalną mdłą od tłustego patosu, jak to zawsze u nas. Nic tu jednak po powrocie Cazaresa, a i tym bardziej po usadowieniu Hoglana za garami; nie udaje im się wykrzesać ze starych patentów choćby odrobiny świeżości i wielce prawdopodobne, że nie mają oni nawet takich ambicji – materiał tu zawarty przypomina zbiór dziadowskich odrzutów z sesji „Demanufacture”. Gdyby chociaż spróbowali przełamać ten mocno wyeksploatowany przez metalcorowców styl, wplatając dla kontrastu nieco szaleńczej, grindcorowej energii, zabawić się własnym profesjonalizmem, zaskoczyć odrobiną dystansu – a gdzie tam! „Mechanize” chce być mroczne i wzniosłe, a w istocie jest zachowawcze, nudne i tak bezpiecznie przygotowane jak niewinny sernik na niedzielny podwieczorek. W gruncie rzeczy chodzi tu o to, żeby mieć pretekst, aby pojechać w długą trasę, zagrać więcej starego niż nowego i zarobić na sentymentach.

Jeśli, czytelniku, z pasją machałeś kiedyś łbem przy „Replice” i do dnia dzisiejszego uważasz, że po wydaniu „Digimortal” w 2001 roku należało dać sobie spokój, bądź pewien: niczego ciekawego tu dla siebie nie znajdziesz. Ta niegdyś świetnie działająca maszyna to dziś nic więcej jak tani bubel, który może chcieć wciskać tylko ktoś, kto dziś jest biznesmenem, a nie artystą.

© 2010 Jacek Szafranowicz

Powyższa recenzja ukaże się również w najbliższym, kwietniowym wydaniu kwartalnika muzycznego „Blackastrial”.

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Fabryka tanich strachów („Mechanize” Fear Factory)

z Google

© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski