> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№27 wrzesień 2006

Fenomen, cokolwiek by nie powiedzieć… („Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” Arctic Monkeys) Jarosław Bytner

Tak, to z pewnością hochsztaplerka. Bez wątpienia jakiś podejrzany małpi biznes. Wszyscy daliśmy się nabrać: Europa ze Zjednoczonym Królestwem na czele, gdzie ci pryszczaci dziewiętnastolatkowie spoglądają z co drugiego bilboardu. A w angielskich sklepach, jeśli nawet w ofercie są tylko dwie płyty, to tą drugą — poza składakiem z pieśniami sławiącymi piłkarzy Albionu — jest z pewnością „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” Arctic Monkeys. Bo jak, licząc tyle wiosen co oni, można nagrać taki debiut? I za pierwszym singlowym podejściem zdobyć Hit List UK (z „I Bet You Look Good on the Dancefloor”)? Ze 120 tysiącami płyty sprzedanej w ciągu jednego dnia aspirować do miana najszybciej sprzedającego się albumu wszech czasów? Jak można też, debiutancką płytą, w rankingu czytelników „New Musical Express” na najpopularniejszy brytyjski album, zostawić w tyle wszystko, co nagrali The Beatles, nie wspominając już nawet o jakichś Radiohead czy Franz Ferdinand?1

Fenomen popularności młodziaków z Sheffield tłumaczyć można paroma w istocie prostymi pomysłami. Strategią zaistnienia, zdobycia armii fanów poprzez internet: sieciową sprzedaż mp3 oraz wykorzystanie systemu p2p, co szybko przełożyło się na pełne sale koncertowe. Po drugie właśnie koncerty; zagrane tak, że oczekiwanie na tradycyjnie wydaną płytę stało się dla wyspiarskiej młodzieży obsesją. I najważniejsze przecież w tym wszystkim piosenki: muzyka i słowa. Prócz tradycji pisania zgrabnych melodii wielu brytyjskim zespołom w ostatnich dekadach w zdobywaniu popularności pomagał też fakt, że opowiadali o sprawach każdemu ze słuchaczy szczególnie bliskich. Teksty traktowały więc o społecznych, obyczajowych czy ogólnie egzystencjalnych perypetiach kolejnych pokoleń wchodzących w dorosłość. A stopień utożsamienia się słuchaczy z tymi historiami zdecydował (prócz samej muzyki, oczywiście) o kultowym statusie takich wykonawców, jak: Elvis Costello, The Jam, The Clash, The Smiths czy Manic Street Preachers. Piszę tu, żeby było jasne, o sytuacji w Wielkiej Brytanii i wykonawcach tam właśnie zaliczanych do kulturowego mainstreamu. Arctic Monkeys jest kontynuatorem tych tradycji. Muzycznych: melodyjnego rockandrollowego i postpunkowego brzmienia oraz literackich, podejmujących kwestię pokoleniowej autoidentyfikacji. Bez wątpienia jednak tak Małpy (z ich autorefleksyjnym podejściem: „Who the Fuck Are Arctic Monkeys?”), jak i ich fani dalecy są od podobnego ujmowania sprawy, od wszelkich definicji i manifestów. Krytycy raczej też nie powinni próbować, przed daremnością takich zamierzeń przestrzega już tytuł płyty. Można więc tylko powiedzieć, że zespół muzycznie i tekstowo trafił w dziesiątkę. Pewnie dlatego, że opowiadane przez nich historie, to codzienność najmłodszego pokolenia brytyjskiej młodzieży. Że ta codzienność jest banalna, zwyczajna, od pubu do dyskoteki? Przecież przez to jest właśnie tak generacyjnie prawdziwa. Zresztą czyż nie jest tak, iż ważne jest też to, jak się opowiada? Alex Turner gawędziarską umiejętność posiadł na pewno: ironicznie (w „I Bet You Look Good on the Dancefloor” nawiązuje i do tekstu „Rio” Duran Duran i do Szekspira) i bez złudzeń, ale też daleki od desperacji, wykazuje, że z prawdziwą miłością to obecnie wśród młodzieży raczej kiepsko (wspomniany „I Bet You…”, „A Certain Romance”, „The View from the Afternoon”), a do tego świat wokół pełen niegodziwców („When the Sun Goes Down”, „Perhaps Vampires Is a Bit Strong But…”). A i otaczająca rzeczywistość nieszczególna; to wrażenie wzmacnia również oprawa graficzna albumu oraz singli Arctic Monkeys: młodzież tu raczej poimprezowa, zmęczona, ulice pełne śmieci, wszędzie typowo angielska zabudowa, szaro, nudą rzeczywiście aż wieje.

Teorie są różne. Dość oględnie zwykło się mówić, że prawdziwym sprawdzianem dla zespołu jest płyta druga. Niektórzy zaś twierdzą, że trzecia lub czwarta. W przypadku Małp sytuacja jest jednak istotnie ciekawa. Po tak wysoko i entuzjastycznie ocenionym debiucie, który bez wątpienia musiał przyspieszyć proces dojrzewania, muzycy mogą bądź to pozostać rzecznikami pokolenia bądź to uczynić swój przekaz bardziej uniwersalnym. Wolałbym opcję pierwszą, gwarantującą (w co naprawdę chciałbym wierzyć) autentyczność i szczerość. Nawet gdy teksty znów nijak będą się miały do problemów tych już dobrze po dwudziestce, trzydziestce i wzwyż. Spokojnie przymykam na to oczy, jeśli tylko następna płyta Arctic Monkeys choć w 70% posiadać będzie potencjał i energię „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not”.

© 2006 Jarosław Bytner

1 Pierwsza dziesiątka brytyjskich albumów wszech czasów wg zestawienia czytelników NME ze stycznia 2006 roku: 1. The Stone Roses „The Stone Roses”, 2. The Smiths „The Queen Is Dead”, 3. Oasis „Definelety Maybe”, 4. Sex Pistols „Never Mind the Bollocks”, 5. Arctic Monkeys „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not”, 6. Blur „Modern Life Is Rubbish”, 7. Pulp „Different Class”, 8. The Clash „London Calling”, 9. The Beatles „Revolver”, 10. The Libertines „Up the Bracket”.

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Fenomen, cokolwiek by nie powiedzieć…

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski