> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№3 wrzesień 2004

Książka na płycie („Cathedral” Castanets) Jakub Chmielewski

Lubię, kiedy w ramach pogawędki zapoznawczej przy szynkwasie wypływa temat muzyki. Zaciekawione czego słuchasz?, które pada gdzieś pomiędzy czym się zajmujesz? i jest późno, odprowadzisz mnie do domu?, z puszczeniem zalotnego oczka. To pytanie o muzykę, to moje pięć minut dziwactwa i odmienności, jakie sobie zawsze z upodobaniem serwuję. Skanuję wówczas pamięć w poszukiwaniu najbardziej snobistycznych i podziemnych płyt, jakie miałem okazję posłuchać i barwnie o nich opowiadam. Zwykle odbijam się od ściany niezrozumienia. Nie zawsze jednak bycie muzycznym snobem to tylko znak ujemny w walce o prokreację. Czasem wśród tych nieistniejących punktów na mapie muzyki znajdzie się diament najcenniejszy, bo nieszlifowany i wtedy lolitki przy barze tracą znaczenie.

Nie dalej jak miesiąc temu pocztą pantoflową polecono mi płytę zespołu Castanets. Zespół ów stworzył Raymond Raposa. Człowiek obdarzony niezwykłą wrażliwością, włóczęga, wizjoner z ciężkim bagażem doświadczeń. Wraz ze śmietanką podziemia muzycznego San Diego został przyjęty pod skrzydła znanej wytwórni płytowej Asthmatic Kitty, której flagowym artystą jest nie kto inny, jak Sufjan Stevens (znakomita płyta „Greetings from Michigan: The Great Lakes State” w 2003 roku). Efektem jest „Cathedral”.

Płytę można zlokalizować pomiędzy Calexico, Cohenem i Pavement. Wynika z tego folkowy mariaż suchych, meksykańskich przestrzeni, z głębią i swobodą. Próbując dodać zdarzeniu nieco szerszego wymiaru, można tę muzykę uczynić bardziej kameralną i zamknąć w zamglonym pubie, gdzie serwuje się Coronę z cytryną, żeby muchy nie wpadały. Na tym tle Raposa snuje swoje ballady w molowych tonacjach. Sprzedaje po kawałku duszę, uważając, aby nie przebarwić lub nie przekazać za dużo. Starannie ucina opowieść, kiedy nadszedł czas, aby słuchacz dodał coś od siebie. Środki wyrazu dobiera oszczędnie. Aranżacje są ubogie, ale posiadają ten niepowtarzalny smak Tequilli pitej w skupieniu.

Pomiędzy tragediami rysuje się czasem gęstsza rytmika, szersze brzmienie i melodyka zbliżona do popowej. Ta jednak bywa zaledwie konturem, wstępem. Jak kolorowanka dla dzieci. To samo relaksujące przeznaczenie i tak samo dużo zależy od barwiącego. Smyczki, meksykańskie gitary, delikatna, stojącą jakby tuż obok perkusja i pełen emocji głos tworzą wyrazistą treść. Niedopowiedzenia zaś powodują, że spektrum jej odbioru może być nieskończone. Najznamienitszym momentem jest utwór „Three Days, Four Nights”. Rozpłakana, gasnąca historia, na końcu której niespodziewanie rodzi się nowy temat, z wciągającą melodyką, który jednak równie niespodziewanie milknie. Ma się wrażenie, jakby ktoś powiedział nam początek znanego przysłowia i nie dokończył, widząc zrozumienie w naszych oczach. Banał jednak nadal pozostaje prawdziwy. Czasem warto go zaznaczyć i przytaknąć prawdzie w nim zawartej. Analogicznie — dobry utwór wystarczy zacząć.

Czasem razi ckliwość, jak w „No Light to be Found”, schematycznej balladzie na gitarę klasyczną. Jej wykonanie sprawia jednak, że kolana drżą przy przejściu z jednego akordu do drugiego. Osiągnięciem finalnym jest, jakżeby inaczej, finał. „Cathedral 4” jest tym właśnie popowym konturem, który daje możliwość samodzielnego zabarwienia. Utwór jest pewnie akcentowany. Czuć ulgę, swego rodzaju rozluźnienie po traumatycznym przeżyciu, traumatycznej płycie. Powoli naprowadzani jesteśmy na puentę. Czterokrotnie powtórzone There is no path in our flight w momencie, kiedy utwór zdawałoby się dopiero się rozwija i… cisza.

Będąc człowiekiem świadomie odrzucającym książkę jako medium zbyt czasochłonne, podświadomie łaknę przeżyć nieco głębszych i wymagających. Są takie momenty, kiedy groove, chwytliwa melodia i skrzący się wokal nie wystarczają. Nie uwiodą sztuczki reżyserskie, tekstury brzmień, bogate faktury aranżacji. Zaczyna brakować treści, którą bębenki zaaranżują na swój własny, niepowtarzalny sposób. Brakuje tworzywa, potencjału, masy plastycznej. Potrzebny jest tekst, do którego wyobraźnia stworzy wizję, a nawet fonię. Książka na kompakcie. Innymi słowy — Castanets: „Cathedral”.

PS

Ze źródeł pobocznych można się dowiedzieć, że Raymond Raposa zamierza rozwinąć wątki podjęte w „Cathedral” w swojej książce.

© 2004 Jakub Chmielewski

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Książka na płycie

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski