> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№7 styczeń 2005

Mamo, a skąd ja się wzięłam? — pyta Muzyka Jakub Chmielewski

I stworzył Bóg bębenek, trąbkę i młoteczek, i gazrurkę…

Ilekroć budzi mnie stuk uruchamianego hi-fi, z którego płynie reklama piwa (błogi odgłos otwieranego kapsla), jeden dżingiel („Trojka i usłyszysz Rojka”), dwa pop-kawałki („Baśka miała słaby gust”), to dziękuję wszystkim świętym, że w ten właśnie sposób mogę się budzić. Wychodząc na ulicę smakuję silniki mijanych aut, wiatr grający na małżowinach usznych i wdzięczny jestem naturze, że mogę słyszeć Dźwięki. Kilkanaście reguł, rządzących ruchem fal sprężystych, aby uderzony gazrurką kaloryfer Brzmiał dźwięcznym DONG! w całym bloku. Kilkuset bywalców filharmonii, czujących to samo „miękkie” w dołku, kiedy wybitny pianista subtelnie wprawia fortepian w ciche podrygiwanie. Po tym wstępie beznamiętne spojrzenie na słowika uznam za karalną bezduszność.

I zachwycił się Bóg, bo małpy rytmicznie pukały w pieniek i gwizdały źdźbłem trawy…

Homo cokolwiek przebywa na nudnawym polowaniu. Zwierzyny nie ma, słońca też nie, lekko kropi i generalnie rzecz ujmując, jest nieszczególnie. Stoi więc przy drzewie i bezmyślnie uderza w przewrócone drzewo drągiem. Zupełnie przypadkiem uderzył weń cztery razy, z niezmienionym interwałem czasowym, prawdopodobnie idealnie tak samym, jak czas pomiędzy jednym, a drugim uderzeniem jego serca. …I spodobało mu się. Zaczął utrzymywać Rytm. Instrument (drzewo) z nieznacznymi modyfikacjami nazywa się dziś perkusja. Najbardziej przełomowy wynalazek w dziedzinie muzyki — Rytm — jak każdy wynalazek, powstał przypadkiem i ma się do dzisiaj całkiem dobrze. Jest podstawą każdego Utworu. Analogia do bicia serca nasuwa się sama. Człowiek nie funkcjonuje bez przepływu krwi. Takoż Rytm pompuje życie w Utwór. Toczy weń energię, oddech, siłę. Determinuje jego momenty aktywności, albo spokoju. Wycisza, lub pobudza. Rytm ma ciśnienie i tempo. Niedoskonałość analogii przejawia się jedynie w tym, że Utwór może stać samym Rytmem, a człowiek samym li tylko układem krwionośnym być zasadniczo nie może.

Do tego stukającego nieboraka na „polowaniu” podszedł razu pewnego równie wrażliwy na piękno osobnik i umieszczając podłużny listek między kciuki, począł weń dąć tak sprytnie, że piszczał, niczym piskorz. Tak sobie kwadrans improwizowali, dogadując się w międzyczasie co do definicji metrum, tempa i figury rytmicznej. Potem uczenie stwierdzili, że jak coś drga, to zwykle Brzmi, a im coś dłuższe, tym wolniej drga, tym Dźwięk niższy i na odwrót. Potem ideę rozbudowali na kilkaset sposobów. Stąd krok do mniej lub bardziej kompletnego instrumentarium wieku XX-tego. Po drodze inni, co mieli więcej oleum w głowie i krzemu w kieszeniach wynaleźli komputery, a potem nauczyli te komputery też drgać, tylko kapinkę bardziej automatycznie.

I zafrasował się, bo „ta pio-sen-ka jeeeest pisana_dla_pieniędzy”…

Gdzie dobre pomysły, tam od razu znajdą się mądrzy, albo raczej przebiegli, ludzie. Pomiędzy wódkę, a zakąskę, wprowadzają marketing, rynek, reklamę, ankietę, promocję, menadżera i rzecznika prasowego. Perkusista-drzewomistrz i trębacz-trawogwizd zostają wepchnięci w trybiki maszyny ogłupiania głupich, ograbiania umiarkowanie głupich i wzbogacania najbogatszych, czyli rzecz przeciwna do kierunku obranego przez Robin Hooda. Zasadniczo taki stan rzeczy powinien martwić koneserów. Jednakowoż koneser, bestia z natury cwana, za nic ma zabiegi produktowe i z lubością wybiera to, co sam chce, a nie snikersa i kokakolę.

Dawno temu do wyboru była tylko muzyka zwana dziś klasyczną i wszyscy jej słuchali. Potem była muzyka barokowa, i ta trochę mniej barokowa, grana przez uliczników i bardów na bałałajkach. To pierwszy podział na prostaków i smakoszy, jaki było czuć w sensie rynkowym. Bard dostawał do kapelusza nieprzeliczalne bździdła biednych bywalców gospody, a baronowie i baronówny obsypywały złotem cudownych wirtuozów. Później role się odwróciły, bo ludzi o mniejszych wymaganiach dźwiękowych zrodziło się druzgocąco więcej i te ich miedziaki w sumie dawały sporą pryzmę grosza, podczas gdy trzech koneserów na krzyż, mimo szczodrości, nie usypało nawet kopczyka. Teraz jak to zsumować i puścić koła czasu 50 lat w przód, w stosunku do dnia dzisiejszego, to mamy muzykę popularną pisaną przez komputery i wykonywaną przez animowane wirtualne postacie, nabijającą konta korporacji. Dla koneserów, w imię alternatywności ich muzyki, powstaną pieśni tak udziwnione, że nawet ultra-snob zdziczeje. Oto bezkrwawa wojna.

I uśmiechnął się Bóg, bo pozostali sprawiedliwi, i im wrzucił w nagrodę po CeDeku do discmana…

A wszystko to nieważne, bo we wszystkich szerokościach i długościach geograficznych jednoczy nas fakt, że słuchamy Muzyki i dobrze nam z tym. Jedyną różnicą jest ewentualna świadomość, lub jej brak. Posiadanie świadomości muzycznej na poziomie przewyższającym bluszcz oplatający telewizor i lodówkę koło odbiornika radiowego w kuchni, jest kluczem do czerpania z Dźwięku maksimum radości. Świadomość pozwala na prawo selekcji, którego to prawa lodówka i bluszcz nie mają. Selekcja z kolei, daje prawo wyboru tego, co jest dla nas najlepsze. Biorąc to, co najlepsze, kierując się przy tym naszym gustem, a nie strumieniem papki, dążymy do wynagrodzenia — do dostosowania proporcji Rytmu, Dźwięku, Brzmienia, Natężenia i Melodii. Tych darów natury nie można sprowadzić do statystycznej normy i tak po prostu przeliczyć na euro.

© 2005 Jakub Chmielewski

verte.art.pl > Muzyka > Felietony > Mamo, a skąd ja się wzięłam? — pyta Muzyka

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski