> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№41 listopad 2007

Muzyka bez adresu („Smokey Rolls Down Thunder Canyon” Devendry Banharta) Adam Kruk

„Smokey Rolls Down Thunder Canyon” to dla mnie, jak dotąd, najlepsza płyta 2007 roku. Po rewelacyjnym krążku „Cripple Crow” sprzed dwóch lat, Devendra Banhart powraca z materiałem jeszcze lepszym, głęboko przemyślanym, wręcz powalającym z nóg. Płyta zawiera 16 utworów po angielsku i portugalsku, urzekających prostotą i spokojem z jednej strony, z drugiej zaś dziwnie niepokojących. Bo coś tu jest nie tak, to nie są zwykłe piosenki, a słowo „dziwne” samo się narzuca (niektórzy wyróżniają nawet nurt „New Weird America”, którego wyznacznikiem ma być właśnie owa dziwność). Głos artysty jest tu dużo spokojniejszy niż na płycie poprzedniej (na „Smokey” znajdują się niemal same ballady). Spokojniejszy, ale nie starczy. Czuje się, że Devandra odpłynął jeszcze dalej w tylko sobie znany świat. Dzięki temu wydawnictwu możemy się w nim zanurzyć. Jak głęboko? To zależy tylko od wyobraźni słuchacza.

Płyta jest długa, ale nie nużąca, każdy utwór przynosi nową jakość. I trudno wyróżnić utwory szczególne, nie dlatego, że takich brak, ale dlatego, że wszystkie są takie. „So Long Old Bean” i „Samba Vexillographica” przyjemnie narkotycznie kołyszą, „Bad Girl” i „Freely” przejmują smutkiem wypranym z sentymentalizmu. Bo to nie odgrywanie znanych emocji raz jeszcze (co samo w sobie też może być przyjemne), mamy tu jednak do czynienia z kompletnym nowatorstwem, tak w perspektywie kariery artysty jak i historii muzyki rozrywkowej w ogóle. Nie znaczy to, że nie brak tu rozmaitych wpływów. Czuję się inspiracje tzw. „world music” („Rose”), jak i tradycją amerykańskiego country w najlepszym wydaniu oraz, widocznym nawet w image’u artysty, zapatrzeniu w czas kontrkultury („Saved” mogloby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do „Hair” Formana). Banhard urodził się w Teksasie i w jego muzyce czuje się przestrzeń amerykańskich bezdroży. Ale wychował się w Wenezueli i stąd południowe brzmienia nie są traktowane jako egzotyczne. Wraz z tradycją amerykańskich songów tworzą symbiotyczny, nierozerwalny związek, zjednoczony w jego muzyce.

Jeżeli wpisać muzyka w poczet artystów nowofolkowych (przy czym New Folk inspirowany jest bardziej Nickiem Drake’iem niż Bobem Dylanem), to bezsprzecznie pieśniarz jest jego najwybitniejszym przedstawicielem, pozostawiając w tyle tak uzdolnionych artystów jak Jose Gonzalez, Iron & Wine, Laura Veirs czy Joanna Newsom. Możemy być dumni, że gościliśmy artystę tego formatu w Polsce na zeszłoroczny festiwalu Malta w Poznaniu. No i nadzieją należy pałać na powrót, choć takiego geniusza zapewne niełatwo jest sprowadzić. Jednak, jeśli udało się z Coco Rosie, to czemu nie z Banhartem?

© 2007 Adam Kruk

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Muzyka bez adresu

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski