Co 365 dni wymienia się rok, ze Starego na Nowy. Z tego powodu ludzie piją więcej niż zwykle i czują moralny obowiązek dobrze się bawić i robić dużo hałasu. Nasmrodzą prochem, zarzygają klatkę schodową i ot, Nowy Rok. Co 30/31/28 dni jest Nowy Miesiąc, a co 24 godziny Nowy Dzień i tego tak hucznie się nie obchodzi, ale nie bądźmy małostkowi. Nie ma innego zdarzenia, które jednoczy cały świat we wspólnym podnieceniu i które w tak spektakularny sposób zwiększa ryzyko śmierci z przepicia. To ostatnie głównie w krajach słowiańskich.
Grudzień sprzyja absurdalnym pomysłom. Zimno, ciemno, a czasem nawet jesiennie, o czym nas aura z lubością przekonuje od czasu jakiegoś. Efektem ubocznym odsłuchania setek płyt przez człowieka z nadmiarem wolnego czasu jest szeregowanie krążków wedle ich wartości. Mówią, że sztuka jest rzeczą niewymierną i o gustach się nie rozmawia — nonsens. Wbrew frazesom, ktoś przecież te coroczne the best of śledzi i karmi krytyczne pióra poparciem, bądź sprzeciwem, jeśli jego faworyci za nisko w rankingach. Z całego cyrku wnoszę, że brać krytyków jest nieskomplikowana — autorytetów kilka, naśladowców wielokrotnie więcej i tak grają w głuchy telefon, czasem tylko przekłamując informację podczas wklejania zerżniętych list, aby wykreować się poprzez bycie pod prąd. Jako medium śmiesznie marginalne i mające w niskim poważaniu autorytet kogokolwiek (są wyjątki) oświadczam:
Że nie ma po co oglądać telewizji i słuchać radia. Cały rok 2004 spędziłem czytując niezależne media, słuchając o czym rozmawiają koledzy i odwiedzając koncerty w bydgoskim Mózgu. I może nie wiem, co jest teraz na topie w MTV, ale moje bębenki uszne są znacznie bogatsze w doznania, niż rok temu. Popkultura na pewnym etapie powinna się stać niegroźnym zjawiskiem dla wytrawnego słuchacza. Niech to będzie odpowiednik McDonalda dla miłośnika frutti di mare. Coś tam się czasem skubnie, jak na autostradzie tylko McDrive po drodze, ale bez emocji. Tych negatywnych też.
Że nie przekazuję bezmyślnie peanów na temat Arcade Fire. To ciekawy zespół, mający dobry pomysł na muzykę, ale znikomy jest ich ładunek epokowości. Entuzjazm podyktowany jest brakiem innych kandydatów na miano szoku ro(c)ku. 2004 to nuda i poszukiwania. Gdyby to mnie kazano wskazać jakiś istotny rockowy album, to błądziłbym pomiędzy nikomu nieznanym Dungen „Ta Det Lungt” i jeszcze mniej znanym Radio Dept. „The Lesser Matters”. Na szczęście nie mam takiego obowiązku.
Że po infantylnym „St. Anger” ciężka muzyka może powoli zacząć podnosić czoło. Płyty The Dillinger Escape Plan „Miss Machine” i Isis „Panopticon” były jednymi z najczęściej błądzących po moich głośnikach, pomimo mojej głęboko zakorzenionej alergii na wszystko, co wiąże się z noszeniem tłustych włosów i koszulek Cradle of Filth.
Że w Polsce nikt jeszcze mnie, skromnego obserwatora, niczym nie zaskoczył. Odkrywamy wszystko z opóźnieniem kilkuletnim i po cichutku kalkujemy. Fenomeny z przedziału Variete, czy Pogodno są zbyt głęboko osadzone w naszej kulturze. Brakuje czegoś reprezentacyjnego, co można by bez wstydu wypromować za granicą. Myslovitz wozi miód do ula, Vader jest groteskową wizytówką w Japonii i na tym się nasz eksportowy showbiznes kończy. W mediach ambitniejszych, czyli nas bardziej interesujących, słyszy się o Robotobiboku i Skalpelu. I jeżeli jazzem, czy elektronicznym jazzem ma stać Polska, to niech i tak będzie. Coma, Freak of Nature, Blue Raincoat… może gdybym nie słyszał na każdym kroku o ich cudności, to byliby bardziej lekkostrawni. W obecnym stanie gatunkowego ciężaru ich muzycznych wyznań, nie są w stanie we mnie wygenerować nic, poza lekkim rozczarowaniem.
Że nie ma gwiazd. The Streets jest jedną z niewielu ikon 2004 roku, której przytakują wszyscy. Ja również, z dużą nutą faworyzowania. Podobnie było z Outkast. Oby prawa analogii nie znalazły zastosowania. Nie chcielibyśmy Skinnera rozrywanego przez pop gwiazdy do wszelakich występów gościnnych. Clinch fists…
Groteską pachnie mi nominowanie zmarłych artystów do nagrody „wydarzenia roku”, a obawiam się, że nie będzie im dane zaznać spokoju. W tym roku odeszli Czesław Niemen, Jacek Kaczmarski. Kto wie, może gala Fryderyków w tym roku będzie kulawą stypą, rozdającą posążki bliskim zmarłych. Wydarzenie roku — śmierć Jacka Kaczmarskiego. Faux pas godne Monty Pythona. Oby moje obrazoburcze dywagacje nie okazały się prorocze.
W zasadzie nic się nie zmieniło. Przybyło trochę muzyki, dzięki czemu statystyczny słuchacz jest jeszcze bardziej zagubiony. W radiu za to muzyki coraz mniej i mniej. Zdarzyło mi się już znajdować pół-amatorskie rozgłośnie internetowe, a więc media z założenia niezależne, które stosowały dobór muzyki według ankiety wśród plebsu. Co dwie godziny przekręca się playlista i w koło Macieju. Postępujące upraszczanie przekazu nie wychowuje słuchaczy zaangażowanych. Uwstecznia ich coraz bardziej. A przecież serwowanie zwykłym ludziom po troszeczku muzyki wartościowej wywołałoby w końcu jakiś ruch, jakąś własną inicjatywę w poszukiwaniu dźwięków. Niestety, zasady rynku są bezlitosne i wszechobecne. Tylko poezji się nie tyka, bo poezji nie można słuchać w pracy, przegryzając ją bułką z szynką i siorbiąc kawkę, bo za mądra. Mickiewicza ze szkoły jeszcze nie wyrzucili, ale kto wie. Zdążamy do rozdzielenia muzyki na dwa byty — stabilną papkę i prawdziwą muzykę. Schodzącą w dół, do nielicznych pasjonatów. Ni to dobrze, ni to źle. Inaczej.
Zapytany o proroctwa na 2005 nie powiem nic. 2004 rok stał dance-punkiem, o którym w roku 2005 ledwie przebąknął Franz Ferdinand. Liczyłem na więcej, a nie dostałem nic. Z dalekiego zachodu powolutku da się słyszeć radykalną muzykę, opartą na hałaśliwym wykorzystaniu elektroniki. Z uwagi na bezużyteczność do słuchania / tańczenia / rozmawiania-o, nurt ten może się podejrzanie długo utrzymywać. W Internecie zapewne więcej i więcej artystów przekona się, że można sprzedawać swoje utwory tą właśnie drogą. Skoro i tak z sieci peer-to-peer pobiera się niezmierzone ilości muzyki, to może po prostu ułatwić jej dystrybucję, a wówczas znajdzie się znacznie więcej chętnych na zapłacenie za przyjemność słuchania. Zwłaszcza, że koszt będzie pomniejszony o wydatki na opakowanie i zawiezienie krążka do EMPiKu. W Polsce w każdym razie nie stanie się nic epokowego. To jedyne, czego można być pewnym. Dobrze, że Eurowizja nie jest wyznacznikiem żadnej wartości, nawet tej popowej. Ciekawe, kogo tym razem nominują SMS-y wysmakowanych oglądaczy telewizora. Nie mogę się doczekać.
© 2005 Jakub Chmielewski
verte.art.pl > Muzyka > Zestawienia > Muzyka w 2004 roku okiem autorytetu nieautorytatywnego
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski