> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№29 listopad 2006

Na bezdrożu („Breaking Point” Clan of Xymox) Jarosław Bytner

To znów nie takie łatwe: napisać recenzję słabej płyty lubianego zespołu. Obwieszczają przy tym, obklejając pudełko płyty kolorowymi nalepkami, wydawcy i sponsorzy, „rewelacyjny powrót”, przebojowość i tym podobne. Po pierwszym słuchaniu jednak żadnych rewelacji nie ma. I — niestety — nie będzie też po kolejnych. Clan of Xymox jest bez formy i na artystycznym bezdrożu. Trzy pierwsze utwory nie dają żadnej nadziei. Otwierający, singlowy „Weak In My Knees” to zdumiewająca hybryda wiejskiego (nikogo nie chcąc urazić) disco z tematem jak wprost z przygód Jamesa Bonda. Początek „Calling You Out” usypia brakiem jakichkolwiek emocji, dopiero melodyjny gitarowy motyw wprowadza dynamikę i ratuje przed niechybnym zaśnięciem. Z drugiej wszak strony lepiej już drzemać, niż słuchać kolejnego „She’s Dangerous”, z koszmarną zagrywką à la Papa Dance.

Fana wyrozumiałego, o silnym charakterze, za wytrwałość spotyka jednak w końcu nagroda. Dwie nawet: „Eternally” i „We Never Learn”, wprowadzające charakterystyczny dla Holendrów klimat melancholii i tajemniczości. Przypominający zresztą o pierwszych zimnofalowych fascynacjach Clan of Xymox. Gitara jest tu jak wyjęta z „Seventeen Seconds” i „Faith” The Cure. Smutnie więc i melancholijnie. Szkoda tylko, iż wreszcie uzyskany nastrój zadumy nie współtworzą, zwłaszcza w tych dwóch piosenkach, dość banalne teksty.

„Be My Friend” to muzyczny stop Depeche Mode i New Order, ze wskazaniem na tych ostatnich: tak przez charakterystyczną linię basu, jak wokal, bo Ronny Moorings śpiewa tu jak Bernard Sumner. Utwór nie jest jednak aż tak zły, jak następny, przebojowa ponoć „Cynara”. Rzecz zupełnie bez wyrazu, która od popowego dna odbija się tylko dzięki nośnemu refrenowi. „Pandora’a Box” przynosi kolejną chwilę klimatycznego wytchnienia. To stonowany instrumentalny pejzaż rodem z „Medusy”. Jak jednak — bez mała dwadzieścia lat po jej wydaniu — brać to za dobrą monetę? Dwa ostatnie: „Under the Wire” i „What’s Going On”, w obu zresztą z motywami przewodnimi już nieraz zagranymi przez zespół Gore’a i Gahana, na ocenę albumu wpłynąć nie mogą. Przynajmniej pozytywnie, bo pomimo melodyjnego potencjału i one ostatecznie rozmywają się w nijakości cechującej tę płytę.

Eklektyzm nie jest zagrożeniem. A szczególnie nie powinien być dla Clan of Xymox, który w połowie lat osiemdziesiątych, wzorując się na mrocznych tuzach (Joy Division, The Cure, The Sisters of Mercy) stworzył swój niepowtarzalny styl i szybko stał się jednym z filarów 4AD, najbardziej ze zjawiskowych brytyjskich wytwórni płytowych. Później jako Xymox flirtując z popem i znów pod szyldem Clan of Xymox, od połowy lat dziewięćdziesiątych, odnajdując się w repertuarze gotyckim. Dziś, w roku 2006, trudno nawet powiedzieć, że Holendrzy są własnym cieniem. Gorzej chyba, bo raczej zdeformowanym odbiciem synthpopowej mody. Żaden tam „powrót legendy gotyku”, ale — niestety — zbiór bardziej lub mniej wtórnych kompozycji. Dla zespołu o tak określonej pozycji i rozpoznawalnym od razu stylu, patenty i harmonie — w najlepszym wypadku — jak z Depeche Mode, mogą wśród fanów budzić tylko rozpacz albo zażenowanie.

Warto jeszcze wspomnieć, że w Polsce płyta została wydana przez Vision Music, dzięki czemu ma normalną cenę. Fakt dystrybucji przez Vision przywołuje więc, przy okazji, również inne zespoły licencyjnie wydawane przez tę wytwórnię: IAMX i Minerve, Lowe oraz Camouflage. Jak wypada porównanie „Breaking Point” z „Tenant” Lowe czy „Relocated” Camouflage?

Cóż — szczerze i jak najszybciej, życzę Clan of Xymox prawdziwego powrotu…

© 2006 Jarosław Bytner

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Na bezdrożu

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski