> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№26 sierpień 2006

Obietnica („The Back Room” Editors) Jarosław Bytner

„The Back Room”, pierwsza płyta Editors, ukazała się równo rok temu — 25 lipca 2005 roku. Że przegapiłem? Nic prostszego: wsparcie krajowej prasy muzycznej (jakiej prasy zresztą?), wydawców czy rozgłośni dla muzyki choć nieco odbiegającej od mdłej popowej matrycy — jak wiadomo — jest żadne. Że nigdy nie usłyszę iluś tam ciekawych zespołów, z tym muszę dać sobie jakoś radę. A zwłaszcza teraz, po wakacyjnym pobycie w Anglii, gdzie wieczorami trudno było zdecydować, który z programów z niezależną muzyką oglądać, jest to wyjątkowo bolesne. A niech tam, muszę powiedzieć i to: nawet BBC zachęcało, by nabyć składankę z brytyjską nową falą i punkiem! No więc wiadomości, a po nich Buzzcocks, Siouxsie and the Banshees, The Jam i inni. Proszę wyobrazić to sobie (w obsadzie, powiedzmy, z Dezerterem, Siekierą i Variete) w naszej TVP 1…

Debiutu Editors nie potrafię ocenić obiektywnie. Pewnie dlatego, że od połowy lat osiemdziesiątych cold wave, brytyjska w szczególności, z flagowym Joy Division na czele, pomaga mi jakoś znosić wszystko, co wokół. I dlatego, że pod koniec lat 80-tych i w latach 90-tych ubiegłego wieku kontynuatorów tych trudnych prawd, apokaliptycznych wizji i posępnych dźwięków, tak bardzo w muzyce brakowało. Modlitwy zostały wszak wysłuchane i na początku nowego stulecia parę zespołów z dużym powodzeniem tę tradycję ożywiło: m.in. niszowi Belgowie ze Spiral of Silence („Leap” 1998; „Decadent” 2002), jak też grupy mające dotąd w dorobku po dwie doskonałe płyty: British Sea Power („The Decline of British Sea Power” 2000; „Open Season” 2005) oraz, zdaje się najsłynniejszy z tego towarzystwa, nowojorski Interpol („Turn on the Bright Lights” 2002 i „Antics” 2004).

Będzie nieobiektywnie, bo pamiętając o kultowych pionierach, jak i wymienionych i nie wyżej, mogę i tak tylko napisać, że każdy zwolennik gitarowego brytyjskiego grania po przesłuchaniu „The Back Room” musi być zadowolony, a fan brzmień zimnofalowych — wniebowzięty. A że podobnie jak Joy Division, że za Interpolem? Traktować to jako zarzut? Przecież i tak przestaje mieć to jakiekolwiek znaczenie, gdy Editors zaczynają grać, bo ich muzyka posiada wszystkie kardynalne cechy nowofalowej estetyki: intensywność, szczerość, wrażliwość. I przekonuje tym, co najważniejsze — emocjami. Rozpoczynają trzy melodyjne, energetyczne killery: „Lights”, „Munich” i „Blood”, potem dostojny, stonowany „Fall”. Znowuż przebojowe „All Sparks”, „Fingers in the Factories”, „Bullets”, a pomiędzy nimi piękne „Camera”, „Open Your Arms” i zamykający płytę „Distance”. Piosenki Editors prócz swoistej, alternatywnej przebojowości, wyróżnia jeszcze jedna cecha, którą można odnieść znów nie do tak wielu albumów, otóż autorom udały się wszystkie i „The Back Room” podoba się w całości.

Jeśli kogoś płyta jednak nie przekona, dostaje, by się nawrócić, jeszcze jedną szansę. Do limitowanej edycji festiwalowej z maja tego roku (jest też „normalna” limitowana) dołączona została płyta DVD z koncertem z 30 stycznia 2006 roku w amsterdamskim klubie Paradiso. Editors pokazuje tu doskonałą sceniczną formę, a Tom Smith, wokalista i gitarzysta grupy, całe pokłady charyzmy, pląsając w epileptycznym tańcu. To wydawnictwo rekompensuje mi więc w pewnym stopniu rok bez muzyki Editors.

Na razie zespół wydaje wciąż jeszcze single z pierwszego albumu. Trudno inaczej, mając tak doskonałe kompozycje. W czerwcu ukazał się znakomity „Blood”, w którym Tom niepokojąco wyśpiewuje: There’s nothing harder than keeping a promise. Wierzę jednak, że po takiej płycie jak „The Back Room”, na następnej też nie może się nie udać…

© 2006 Jarosław Bytner

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Obietnica

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski