Rozkwit muzyki hip-hop, house, czy postpunk jest naturalną konsekwencją nieświeżości, stężenia i wypełnienia przestrzeni banału po sam brzeg szklanki z wódką. Podskórnie rośnie potrzeba historii wziętej z życia, z wieczornych wiadomości, z gazety. Przełykanie opowieści o wampirach, śmierci, szatanie, księżniczkach i miłości do piersiastej, ugładzonej seksbomby powoduje szybki rozstrój żołądka i zapalenie opon mózgowych. Teraz czas na upijanie się wściekłym psem, zakochiwanie w kobietach toksycznych, indywidualistkach. Do klubu wychodzi się po rozmowę, po przeżycie społeczne. Idzie się „zmiażdżyć małym lolkiem”, zamiast upić w sztok. Idzie się przeczytać darmowy zin walający się po kontuarze, albo skomentować flyersa podziemnego zespołu z piwnicy pod klubem. Nie ma miejsca, czasu i przestrzeni dla czegoś niestycznego z rzeczywistością. Minimalizm, soundtrack mojego życia, tłusty beat, you’re listening to the streets.1
Słuchanie ulic niesie przyjemność. Parę elementów — syntetyczny rytm, jeden loop, zazwyczaj łatwo przyswajalny, a do tego potok niedbałych treści Skinnera. Niezdarnością przepływu informacji Mike nieśmiało przykrywa zegarmistrzowskie rytmy, często kilkakroć mnożone (Call up on geezers to rid these green trees of my reeking jeans2), albo wybornie dźwięczne (It’s now seven-fifty, getting ready, better be nifty3). Kawałek kończy wersem And nothing holds relevance, cause the only thing I see now is her elegance.4 Dziś genialność to mariaż tego co za oknem, z tym co ulotne. Z całą odpowiedzialnością — nie znam i nie poznam nigdy bardziej oczywistego opisu rzeczywistości, który łączy w sobie poetycką zwiewność i język codzienny, uliczny. A czy wspominałem, jak doskonale brzmi niedbały, nierytmiczny, angielski akcent na tle pełnych, jak śmietanka UHT 18%, rytmów?
Co daje Streets, to dystans, relaks i kiwanie głową w geście przytakiwania, co drugi utwór. Soundtrack mojego życia. Spotykasz się z dziewczyną, która jest „tą”. Podenerwowanie, podekscytowanie, przyjemność z obcowania z czymś półboskim. Bawisz się naklejką na piwie, próbujesz ją zedrzeć, zastanawiasz się, czy fryzura w porządku, zakręcasz popielniczkę w palcach i rozmawiasz. Ciągle. O niczym — o tym, że przyjaciele, że rodzice, że urodziny, że pogoda. Gdzieś w tle samemu sobie mówisz, że jest cudowna i o tym, jak dobrze się z nią czujesz… No i tak właśnie to brzmi. Nie inaczej. Żadnego Meat-Loaf-Bryan-Adams-Stingowego opowiadania czczych historii, ukradzionych z używanych wierszy. W zamian za banał mamy Nice to talk about shit in my head, someone who just listens to you instead.5
Dwie płyty — obie zwycięskie. Pierwsza („Original Pirate Material”) stoi podkładem: breakbeatowym, przyswajalnym, pełnym, a na tym tle snuje się melodyjnie potok myśli. Druga („A Grand Don’t Come for Free”) to konceptowa opowieść. Taka normalna — o życiu. Żadnej magii, żadnych niestworzonych fantazji. Ot, zły dzień, pieniądze zgubione, komórka wysiada w niewłaściwym momencie. Ale potem spotykasz „tę” dziewczynę w pubie i jakoś tak cieplej. Potem się zakochujesz, potem jest dobrze. Potem tracisz przytomność na imprezie, potem ją doceniasz. A jak to wszystko zły los niweczy, to wiesz, że żyjesz, bo boli. Życie się toczy tam, za oknem, na ulicy. Nie ma życia w czarach, cudach, fantastyce, w nazywaniu miłości transcendentalną. Życie jest namacalne. Życie pachnie, śmierdzi, głaszcze, kopie i podnosi i o tym wszystkim jest ta muzyka. O życiu.
Kiedy poznałem The Streets spory kawałek muzyki zatracił sens. Przeżycie porównywalne z zobaczeniem „Revelations” Billa Hicksa — genialnego komika. Uśmiech równie szeroki, jak na dowolnym innym przedstawieniu kabaretowym, ale ten człowiek bawiąc, bez przerwy mówi druzgocącą prawdę. Z tej perspektywy Tofik zaczyna być idiotyczną humoreską o niczym, a w dramatach Kabaretu Potem razi infantylność. Analogicznie — Skinner potocznym potokiem, krok po kroku, słowo po słowie, mówi to, co widzi, przeżywa, słyszy, czuje i nie czuje. Z tej perspektywy Fisz bezustannie produkuje kicz, a Paktofonika opowiada bzdury o pluszowych misiach. Mike Skinner to jeden z tych maluczkich, poruszających maleńki kawałek przestrzeni, który nigdy już nie będzie taki sam.
© 2004 Jakub Chmielewski
1 Słuchasz ulic.
2 Zawołałem starych, by pozbyć się zieloności z dymiących spodni.
3 Jest ósma za dziesięć, zbieram się do kupy, lepiej się pospieszyć.
4 I wszystko traci na wartości, nie mogę przestać się przypatrywać, oprzeć jej piękności.
5 Dobrze tak pogadać o tym, co w głowie, co w duchu, mieć kogoś kto słucha.
verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Słuchając ulic
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski