> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№23 maj 2006

Spowiadam się Wam, Fanom Wszechmogącym („Confessions on a Dance Floor” Madonny) Emilia Walczak

Ostatnio naszła mnie pewna refleksja. I to nie była taka zwyczajna refleksja. Bo ona nadeszła w momencie najmniej oczekiwanym — ha, wtedy właśnie, kiedy wyłączyłam na moment swój proces myślowy! Takie bezrefleksyjne refleksje są ciekawe. Głębokie przemyślenia bez myślenia. Czasem samo się coś pomyśli i jest.

W pewnym momencie skonstatowałam: Halo, panno Emilio, przeczytałaś już w swoim życiu tyle książek, ile inni przez cały swój żywot nie zdołają przeczytać. Widziałaś już prawie wszystkie filmy świata. Stop. Odetchnij. Tak bezczelnie sobie pomyślałam.

Przystanęłam więc, słuchając arytmicznego głosu serca, rozejrzałam się dokoła, spojrzałam za siebie — nikt mnie nie goni. Kim jestem: Achillesem czy żółwiem? Wszystko jedno, jak ta strzała, i tak stoję (wiszę) w miejscu. Cóż więc za różnica: tu czy tam?

I to była chwila osłabienia, chwila, gdy najłatwiej ulec wpływom z zewnątrz. Ignorancja, rezygnacja, spasowanie — jakkolwiek. Pomyślałam nawet, jakby natchniona romantyczną akwafortą Goyi: Gdy rozum śpi, budzi się zły gust.

A może to jest wręcz przeciwnie — jakiś wyższy poziom świadomości? Meta-poziom.

Ale do czego zmierzam i co ja właściwie chcę tu powiedzieć? Okazało się, że nie jestem tak pilnie strzeżonym i tak trudno dostępnym bastionem, jak by się komu mogło wydawać. Ba, nie można nawet odnieść do mojej osoby modnego powiedzenia: Do trzech razy sztuka. Wystarczą dwa razy, jak się za chwilę okaże, dwa, byle dobrze wymierzone. Pierwszy raz to był w Sylwestra ’05…

W głowie szumy, rozszczepione obrazy na zewnątrz głowy, choć tak naprawdę rozszczepiające się dopiero za oczami. Lecz kto tego dowiedzie? I nagle wszyscy wstają, dokoła piski, dzikie wrzaski. Pewna byłam, że pali się, moja panno. Otóż — nie. Włączyli piosenkę Madonny „Hung Up” (jeszcze wtedy nie znałam tego utworu). Łapię kogoś za ubranie, kogoś, kto wraz z tłumem biegnie na densflor i pytam: Co się dzieje, co to jest? Słyszę na to pośpieszną, zdawkową, acz wymowną i jakby pełną dezaprobaty czy niesmaku wywołanego moją zaściankowością odpowiedź: Jak to co — Madonna, wydarzenie muzyczne roku 2005!!! I jeszcze: Puść mnie! Tak, zdążyłam jeszcze, w ten ostatni dzień mijającego akurat roku, dowiedzieć się, co było jego muzyczną wizytówką… Ale nic to, odespałam kaca i wróciłam do swego zaścianka i do swoich płyt, jakże różnych od dokonań Madonny…

To był ten pierwszy raz. Drugi już nie był takim szokiem. Po prostu jakoś tak mnie ta Madonna niechybnie za serce schwyciła i jednocześnie zadziwiła swoim usilnym dążeniem do nieśmiertelności, wspomaganym botoxem. Z początku pewna byłam — ona zawsze będzie na topie, zawsze coś wymyśli, żeby nie zejść, żeby jej nie zepchnęli z firmamentu sławy, nie wykopali z warstwy średniej klasy wyższej. Zresztą, ponoć jej majątek nie jest aż tak ogromny, aby mogła nie robić absolutnie nic do końca życia… Możecie to sobie wyobrazić?

Tak więc, w przyszłości mogłaby na przykład robić covery swoich własnych piosenek, gdy wyczerpią się już wszystkie sample ABBY, kto wie… Prawdę mówiąc, refren „Push” i tak już wygasa w niezwykle podobny sposób, co refren „Like a Prayer”, a „Isaac” jakoś tak przypomina mi „Frozen”, natomiast „Future Lovers” — „What It Feels Like for a Girl (Remix)”… Coś jest zatem na rzeczy.

Ale zaskoczę Was, moi milusińscy, tym, co i mnie zaskoczyło. Ze zwierzeń pani Ciccone, czyli z tytułowych „confessions” wynika, że jej kariera powoli się kończy, że czuje ona (Madonna) upływ czasu, w końcu: że wie, zdaje sobie sprawę z faktu, iż nie jest wieczna („Let It Will Be”, „How High”). Wprost niewiarygodne.

Zresztą ów upływ czasu jest, zdaje się, jakże smutnym i rzewnym motywem przewodnim tego albumu — tykający zegar, tykająca Madonna: tick tick tock („Hung Up”), jakiś wielce drażniący budzik, dzwoniący w „Get Together” i wiele innych.

Oczywiście jest też taka opcja, że te teksty ktoś dla niej pisze, podsuwa pod nos i mówi: Ej, Madonna, weź to zaśpiewaj, zaśpiewaj, trochę ich postraszymy, będzie śmiesznie („ich” — w domyśle: fanów).

Tak, są głębokie refleksje i dogłębne zwierzenia na tej płycie (choć oczywiście nie takie, jak na „American Life”, bo „Confessions…” ma służyć raczej zabawie, niżeli kontemplacji). No, załóżmy, że są. Tak je potraktujmy, bo takie było czyjeś zamierzenie. Ale są też „mega-ambitne” teksty w stylu: Are you ready to jump? / Get ready to jump / Don’t ever look back, oh baby, / Yes, I’m ready to jump / Just take my hands / Get ready to jump („Jump”). Cóż — i to się zdarza. Swoją drogą, to jest ciekawe, że takie bzdury w języku angielskim i tak brzmią o niebo lepiej, niż w polskim. Nie wyobrażam sobie tej zwrotki wyartykułowanej w naszym rodzimym słownictwie! A Wy? Albo na przykład, jak brzmiałyby w naszym wykonaniu słowa następujące z „Confessions on a Dance Floor”: Tick tick tock it’s a quarter to two („Hung Up”) — tik tik tak, kwadrans do drugiej czy też może: tik tik tak, kwadrans, tu-tu? Doprawdy, oba warianty zdają się być na równi pozbawione szczególnego sensu.

Ale posłuchać warto, chociażby po to, aby móc potem kompetentnie krytykować. Bo krytykować w ciemno, kierując się wyłącznie uprzedzeniem czy jakąś ogólną, zgoła nie ugruntowaną niechęcią? Tak robi tylko nie-powiem-kto.

PS

Średnio co trzy lata ulegam takim wpływom muzyki popularnej, tak więc w 2009 znowu Was czymś zaskoczę i to będzie albo przejawem mego złego smaku, albo nagłym i krótkotrwałym przebłyskiem mojej świadomości — wybierajcie. Przy odrobinie szczęścia Madonna nadal będzie śpiewać i być może to będzie właśnie recenzja jej kolejnej, n-tej już płyty.

PS 2

Obyśmy tylko zdrowi byli, obyśmy nadal żyli, bo, jak śpiewa Madonna, time goes by…, mimo że: so slowly.

© 2006 Emilia Walczak

verte.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Spowiadam się Wam, Fanom Wszechmogącym

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski