Wydawcą płyty jest niemiecki ZYX Music, celujący w upowszechnianiu muzyki dance, pop, black, jak i serii Italo 2000, World Off, Hit Box, Techno Trax oraz wielu innych, cokolwiek znaczą. Po otwarciu digipacka widzimy więc uśmiechnięte twarze Adriano Celentano, Ricchi E Poveri, Toto Cutugno, a i pozostali artyści spoglądający z okładek wyglądają (lub przynajmniej kiedyś wyglądali) najwyraźniej na zadowolonych z życia. Nie żebym się czepiał, ale i Nirvana, i ich muzyka pasują do profilu wydawnictwa jak pięść do nosa, choć, z drugiej strony, przy obecnej tendencji „utaneczniania”, sentymentalnych muzycznych podróży, mody na covery, przyjąłbym bez większego zdziwienia nawet fakt, że to właśnie flagowi wykonawcy ZYX Music zabrali się za miksowanie utworów Cobaina i spółki. Nie dość jednak, iż tak się nie stało, to, o dziwo, i dobór zespołów i zagrane przez nich utwory są jak trzeba. I to jeszcze jak! Pomijam niezwykle frapującą okoliczność, że prawie identyczny zestaw (z jednym wyjątkiem na trzynaście są to te same zespoły i takie same piosenki!) znalazł się na płycie zacnej amerykańskiej wytwórni Cleopatra „Smells Like Bleach. A Punk Tribute to Nirvana”. Można więc spokojnie przyjąć, że w zasadzie piszę o dwóch płytach. A już nawet boję się sprawdzać, co na swoim trybucie dla Nirvany zamieścili nie mniej zasłużeni dla niezależnej muzyki wydawcy z Cherry Red…
W jednym z dokumentalnych filmów (tytułu nie pamiętam, ale, słowo daję, nie zmyślam) powstałych po roku 1994, Cobain, z jakiejś archiwalnej taśmy, mówi o swoim zespole, że to zwykła punkowa grupa. I mnie ta prosta prawda odnoszona do tej formacji jakoś nigdy nie opuszczała, stąd też może niechęć wobec dopisujących teorię i mitologię grungu, Seattle, Nirvany, apologetów flanelowych koszul czy jedynego stosownego obuwia. Trudno zresztą kontestować — gdyby ktoś chciał — w jakiś teoretyczny sposób ten krótki wycinek historii muzyki rockowej, bo jeśli nawet wyszperać jakieś jego definicje, to są one tylko formułami, werbalnymi konstrukcjami nijak przystającymi do życia, a muzycznego już w szczególności. Można słuchać, czytać o emocjach wywoływanych w innych przez konkretne formacje, a najlepiej, rzecz jasna, posłuchać samej muzyki. Niby oczywiste, ale trzeba, właśnie, posłuchać. A osobiście, po paru próbach, zachowuję bezpieczną odległość przede wszystkim od Pearl Jam, jak i Stone Temple Pilots, niespecjalnie nawet lubię Nirvanę, bardziej już Mudhoney, szczerze Afghan Whigs, a już naprawdę bardzo The Walkabouts, sytuujący się przecież (przynajmniej do albumu „Acetylene” z 2005 r.) na zupełnie innym biegunie muzycznej wrażliwości: tam gdzieś w pobliżu Breathless, Tindersticks, Black Heart Procession. I tak przy okazji, Chris Eckman, wokalista i gitarzysta, jeden z liderów The Walkabouts, w wywiadzie udzielonym ostatnio miesięcznikowi „Teraz Rock”, potwierdza, że rozumienie fenomenu Seattle przez muzyków i dziennikarzy, to jak praktyka i teoria, to dwie odrębne percepcje:
Byliśmy częścią tamtej sceny. Cały paradoks polegał na tym, że mieszkając w Seattle nie miałeś świadomości istnienia jakiejkolwiek sceny. Ludzie z zewnątrz mogli się w tym trochę gubić — przynajmniej jeśli chodzi o The Walkabouts, muzycznie w końcu nie mieliśmy z grunge’em nic wspólnego… Scena w Seattle była jednak na tyle zróżnicowana, że nie czuliśmy, abyśmy od niej jakoś mocno odstawali. Owszem, niektóre zespoły grały podobnie, ale też nie na tyle, żeby wspólnie stworzyć jakąś hermetyczną grupę. A może nie czuliśmy się izolowani, bo się z tymi muzykami po prostu przyjaźniliśmy…1
Na trybucie dla Nirvany takich gatunkowych rozterek nie ma: poza gotycką Rosettą Stone, są sami przedstawiciele sceny punk i hard core, nie ma też wątpliwości, że to prawie sami klasycy nurtu. Mamy więc punkową surowiznę, riffy najbardziej chyba charakterystyczne dla ostatniej muzycznej dekady XX wieku podane przez legendy: The Vibrators (1976, „Come As You Are” — tu podaję rok powstania zespołu i tytuł zagranego utworu Nirvany), UK Subs (1976, „Stay Away”), Dee Dee Ramone (wiadomo, niestety, „Negative Creep”), Flipper (1978, „Scentless Apprentice”), Agent Orange (1981, „Serve The Servants”), DOA (1978, „All Apologies”), I.C.U („On A Plain”), Blanks 77 („Smells Like Teen Spirit”), Dr. Know („Aneurysm”), Burning Bridges (1985, „Something In The Way”), Vice Squad („Lithium”), Total Chaos („Breed”), zestaw dopełniają, jak się rzekło, goci z Rosetty Stone z kapitalną wersją „Territorial Pissings”.
Pewnie, gdyby wszystko potoczyło się normalnie, zwykłym biegiem czasu, rytmem życia zwyczajnego człowieka, to Cobain z kolegami graliby, dziś czy jutro, trybuty wszystkim zespołom obecnym na tej płycie (czy płytach, jak ktoś woli). Wiadomo wszakże, że normalne życie większości muzyków rockowych akurat nie jest tym, co ich wyróżnia, na opak więc zupełnie, już nawet nie ojcowie, ale dziadkowie punkrocka wygrywają pieśni Nirvany w hołdzie jej nieżyjącemu liderowi. Szczęście w tym całe i nadzieja, że mimo wieku emerytalnego, wspomniani punkowcy dalecy są od zasilenia nurtu geriatrycznego, popularnego bardzo w Polsce wśród wykonawców krajowych i zagranicznych; choć może to już bardziej kwestia osobowości, gatunku muzyki, etc. Jeśli ktoś widział i słyszał często ostatnio goszczących w Polsce sześćdziesięciolatków z The Vibrators czy UK Subs, a potem którąś z wielkich rockowych legend na jedynym w kraju koncercie, zapewne musiał tego uczucia doświadczyć…
Trudno cokolwiek napisać, a szczególnie mądrego, w sytuacji, gdy młody człowiek strzela sobie z karabinu w głowę. Pewnie w końcu ktoś kiedyś wyjaśni prawdziwe powody i rozwieje ostatnie wątpliwości. Jest też może tak, że to rock’n’rollowa bestia domaga się ofiar z tych najlepszych, zabierając je, zostawia nam na pocieszenie jakiś ersatz: kulturowe ikony. Jednym na pocieszenie, drugim, trzecim i czwartym na zarobienie. Wartości, na szczęście, mierzyć można wciąż jeszcze ładunkiem emocji, jakie przynosi sztuka, a nie liczbą reedycji płyt czy sprzedanych koszulek z wizerunkami martwych idoli, choć i tu szczęście bywa pewnie często liczone… Fatalnym zrządzeniem każda z ostatnich rockowych generacji takiego idola miała: Morrison, Curtis, Cobain. Na kogo kolej? W ten krotochwilny nastrój rozważań kandydatur wprowadził mnie rysunek także zawarty w lutowym numerze „Teraz Rocka” (na stronie 16), przedstawiający upiornego, z ładnie czerwonym kolorem podkreślającym na szyi ślad po sznurze, Iana Curtisa, komentującego Kurta Cobaina powyżej, ze sporą giwerą w dłoni i krwią wyciekającą z mózgu. Curtis z dezaprobatą wypowiada się więc na temat nieprofesjonalnego wyczynu młodszego kolegi: Splunę w twarz każdemu kto nazwie Cobaina samobójcą z klasą. Ten wiecznie zaćpany wieśniak nigdy nie odstrzeliłby sobie mózgu bez pomocy Courtney Love. Jakbym się nie starał zrozumieć tak samej konwencji, jak i zamierzeń autora, wydaje mi się, że naprawdę musiał rysunek i podpis uważać za zabawny. Cóż innego bowiem mogłoby uzasadniać jego powstanie i zamieszczenia na łamach ogólnopolskiego wydawnictwa? Od jakiegoś czasu autor ma zresztą w piśmie stałą rubrykę i w równie wesoły sposób puentuje przywary także innych muzyków, celnie wychwytując ich charakterystyczne słabostki.
Trudno: ostatecznie ważna jest pamięć. I jej przywracanie, jeśli komuś zdarzy się zapomnieć, nie wiedzieć. Nawet skłonny byłbym uznać za wartościowe i takie przypominanie: trochę mimochodem, jakby nieświadome, przypadkiem, na opak. Nawet jeśli sposób nijak przystaje do kulturowego znaczenia zjawiska, nawet gdy reguły emocjonalnej, intelektualnej i artystycznej odpowiedniości sztuka-produkt dla (wy)twórcy tegoostatniego nie mają żadnego znaczenia. I nawet wtedy, gdy pozbawiony on jest elementarnego poczucia empatii i choćby tej odrobiny szacunku dla czyjegoś złamanego życia. Można to odnieść do opisywanej tu płyty, jak i satyrycznego (?) rysunku, jak też wielu innych produktów kultury masowej. Być może w tym wszystkim ważna jest jedna rzecz: wiedzieć jak naprawdę i po co ktoś, przed laty, pisał oraz śpiewał takie piosenki. Że niektórzy tę wiedzę posiedli, a innym z nią nie po drodze, to już przypadłość naszego ponowoczesnego świata, choć — tak naprawdę — czy kiedyś było inaczej?
© 2006 Jarosław Bytner
1 The Walkabouts. Dramat, thriller, komedia. Z Chrisem Eckmanem rozmawia Angelika Kucińska, [w:] „Teraz Rock” 2006, nr 2 (36), s. 31.
verte.art.pl > Muzyka > Eseje > Wszystko na wspak
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski